Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 stycznia 2013

Dziennik morderczyni. "Lukrecja Borgia"

Co prawda historia już dość dawno zrehabilitowała postać Lukrecji, ale w dalszym ciągu kojarzy nam się ona przede wszystkim z morderczynią. John Faunce pokazuje nam inne jej oblicze.

Narratorką książki jest sama Lukrecja. Dożyła już ona sędziwego wieku i postanawia spisać swoje wspomnienia, aby potomni nie zapamiętali jej tylko w sposób przedstawiany przez legendy. Z jej pamiętnika wyłania nam się postać zaskakująca. Na początku jest to wrażliwa dziewczyna, której sielskie życie z kochającą rodziną zostało przerwane przez dzwony oznajmiające wybór Rodriga na papieża. Później mamy do czynienia z marzącą o miłości nastolatką, która podporządkowuje się woli ojca i brata i zawiera kolejne małżeństwa. Co dziwne w każdym z nich odnajduje szczęście i każdego z mężów darzy uczuciem.

Absolutnie bohaterka mnie do siebie nie przekonała. Tak samo jak nie przekonali mnie pozostali Borgiowie. Siedzący na papieskim tronie "papa" uznający siebie za zagubiony element boskiego czworokąta i traktujący Boga jako swoje odbicie i "złoty chłopiec" czyli Cezar, ogarnięty rządzą władzy i złota a jednocześnie przy tym pozbawiony ikry.

W ogóle powieść do najprzyjemniejszych w odbiorze się nie zalicza. Autor funduje nam długie, i nie zawsze barwne, opisy przyrody, malowideł, procesji. Wszystko jest takie niesłychanie spowolnione. Zarówno Rzymowi jak i Borgiom brakuje południowego charakteru.

Można przypuszczać, że poczułam się rozczarowana ukazaniem innej niż zazwyczaj historii Lukrecji i stąd moje negatywne wrażenia. Jednak już, recenzowane przeze mnie jakiś czas temu, Grzechy rodu Borgiów odmitologizowywały tę postać jednocześnie przypadając mi do gustu, zaś Lukrecja Borgia po prostu mnie nudziła.

Książka ta jest debiutem pisarskim aktora i reżysera, Johna Faunce'a. Mam wrażenie, że jest to również jedyna napisana przez niego powieść. Nie udało mi się znaleźć żadnych informacji mówiących w jakim stopniu opierał się on na źródłach, a w jakim, pełen egzaltacji, pamiętnik Lukrecji jest jego wymysłem. A szkoda.

Zdecydowanie nie będę polecać Lukrecji Borgii. Odradzać też nie gdyż może komuś się spodoba. Myślę jednak, że nie należy od niej zaczynać literackiej znajomości z rodziną Borgiów.


Książkę zgłaszam do wyzwania: Czytamy książki historyczne.

 

wtorek, 30 października 2012

W jednej kamienicy. "44 Scotland Street"

Zawsze wydawało mi się, że powieść pisana, i publikowana, w odcinkach to formuła, która lata świetności ma już za sobą. Kojarzy mi się ona raczej z dziełami końca XIX i początków XX w. Jednak Alexander McCall Smith udowodnił, że nie jest to forma przebrzmiała.

44 Scotland Street to krótkie opowiastki z życia mieszkańców jednej z kamienic znajdującej się w artystycznej dzielnicy Edynburga. Parter zamieszkują Irene, jej mąż i pięcioletni syn Bertie. Chłopiec jest przez matkę kreowany na genialne dziecko grające na saksofonie, mówiące po włosku i nierozumiane przez przedszkolną opiekunkę, która zna się tylko na dzieciach przeciętnych. Sam malec właśnie dojrzewa do buntu przeciw wszystkim obowiązkom i zajęciom dodatkowym. Jego zachowanie sprawia, że Irene uznaje za jedyne rozwiązanie psychoterapię...

Mieszkanie nad nimi wynajmuje dwójka młodych ludzi. Bruce, absolutnie narcystyczny pracownik branży nieruchomości i nowa lokatorka: Pat robiąca sobie właśnie drugi rok przerwy przed studiami i poszukująca własnego miejsca w życiu.

Oprócz nich poznajemy także najstarszą z mieszkanek kamienicy, Domenicę Macdonald. Kobietę nietuzinkową, ironicznie komentującą zachowanie pozostałych lokatorów. W pewien sposób jej postać spaja całą fabułę. Zaprzyjaźnia się ona z Pat, przedstawia jej kolejnych ludzi, udziela rad dotyczących pracy i zachowania. Jest ona też zdecydowanie najbarwniejszą postacią całej powieści. No może jeszcze może z nią pod tym względem konkurować pies pijący piwo i puszczający oczko do ładnych dziewczyn.

Tym co łączy losy prawie wszystkich bohaterów, oczywiście oprócz adresu, jest tajemniczy obraz- własność galerii, w której pracuje Pat. Nie wiadomo kto go namalował, ale wydaje się, że jest on dużo warty. Dlatego po włamaniu w galerii dziewczyna zabiera go do domu, skąd przypadkiem trafia on na bal Stowarzyszenia Konserwatystów Południowego Edynburga. Jego zaginięcie/poszukiwania/próba wyceny spaja fabułę, sprawia, że nie jest ona tylko historyjkami o obcych sobie ludziach.

Muszę przyznać, że galeria ludzkich charakterów stworzona przez autora jest bardzo różnorodna. Począwszy od postaci Bruce'a i Irene, które znielubiłam już po pierwszym kontakcie, poprzez Pat i jej szefa Matthew, których miałam ochotę popchnąć żeby w końcu zrobili coś ze swoim życiem i przestali być tak niesamowicie bierni, aż do Domenici i Dużej Lou, przy których nie sposób było się nie uśmiechnąć.

Tak samo jak uśmiech budziły niektóre z opisywanych perypetii. W końcu uroczysty bal na sześć osób nie jest to rzecz spotykana powszechnie. Jednak były też momenty, w których lektura mnie nie porywała. Tak jak obiecuje okładka książka jest niesłychanie ciepła i pozytywna, ale chwilami aż za bardzo. 

Alexander McCall Smith zasłynął jako autor serii Kobieca Agencja Detektywistyczna nr 1., a także książek dla dzieci. Miasto, które pokazuje nam w 44 Scotland Street jest miastem, w którym on mieszka i pracuje. Stąd też może emocjonalne opisy niektórych miejsc. Zajmuje się nie tylko literaturą, ale również muzyką, teatrem czy podróżami.

Polecam 44 Scotland Street jako część zimowego zestawu składającego się z kubka z gorącą herbatą/ kakaem i ciepłego koca.


Książkę zgłaszam do wyzwania "Z literą w tle"