niedziela, 9 grudnia 2012

Stereotypowo. "Pan Whicher w Warszawie".

Wyobraźcie sobie Anglika: opanowanego, statecznego, zachowawczego, po prostu na wskroś angielskiego. Z dużym bagażem doświadczeń i konwenansów. Wyobraźcie sobie, że trafia on do Warszawy lat 60. XIX wieku. Miasta, w którym pod powierzchnią wrze, gdzie ścierają się różne ugrupowania polityczne, dąży się do powstania, a po ulicach krąży seryjny morderca, który tak naprawdę nie obchodzi władzy gdyż morduje jedynie "Polaczków". I ten oto Anglik ma pomóc miejscowej policji w stworzeniu wydziału śledczego z prawdziwego zdarzenia.

W panu Whicherze zakochałam się już przy okazji pierwszego kontaktu, kiedy do odebrania z dworca jego i jego towarzysza, Waltera, zostaje w ostatniej chwili oddelegowany policjant mówiący po... francusku. Oburzenie przybysza, który uznaje język ten za odpowiedni dla "pensjonarek i egzaltowanych dam" jest urocze i pozwala domyślić się czytelnikowi z kim będzie miał do czynienia. Ze stereotypowym Angolem. Prowadzi to do wielu zabawnych sytuacji, które wnoszą do powieści nie tylko humor, ale i dużo kolorytu. Różnicę "światów" widać szczególnie dlatego, że autorzy często oddają głos panu Whicherowi cytując jego dziennik.

Już pierwsze chwile pobytu w Warszawie są dla przyjezdnych zaskoczeniem. Sprawa, z powodu której ich zaproszono zostaje złożona na barki Walkera, zaś Whicher ma pomóc rozwiązać zagadkę zaginięcia rosyjskiej arystokratki. Co prawda, ma ją prowadzić wspólnie z mówiącym po angielsku policjantem, ale Mikołaj Czernyszewski jest zdecydowanie bardziej zaangażowany w tropienie seryjnego mordercy więc często zostawia przybysza samego sobie. Dopiero kiedy śledztwa zaczynają się łączyć panowie zaczynają pracować razem, co zdecydowanie ułatwia życie Anglikowi.

Pan Whicher w Warszawie to zdecydowanie świetna powieść kryminalna. Momentami odwołuje się ona do klasyki gatunku i ukazuje detektywa, który chodzi od osoby do osoby, zadaje pytania i obserwuje reakcję. Jest on dyplomatą, kłania się przed arystokratami, przeprasza za zaburzenie spokoju, ale się nie wycofuje. Momentami jednak książka zaskakuje nowatorskim podejściem do sprawy. Nasz detektyw już nie tylko gada i patrzy, ale operuje również najnowszymi (na tamte czasy) technikami. Pana Whichera zaproszono żeby pokazał Warszawiakom jak prowadzić śledztwa, jednak ze zdziwieniem odkrywa on, że sam może się od nich wiele nauczyć. Nowością dla speca ze Scotland Yardu jest chociażby robienie zdjęć miejscom zbrodni.

Muszę przyznać, że zachwyciła mnie graficzna strona książki. Przedruki ze starych gazet, zdjęcia XIX- wiecznej Warszawy, rysunki- wszystko to pozwala zagłębić się w klimat powieści. Dodatkowo kartki kalendarza pojawiające się na początku każdego nowego dnia (rozdziału?) pozwalają nam śledzić rzeczywisty upływ czasu.

Pan Whicher w Warszawie to pierwsze wspólne dzieło Agnieszki Chodkowskiej- Gyurics i Tomasza Bochińskiego. Tej miłośniczce kryminałów oraz zakochanemu w historii twórcy powieści przeróżnych gatunków udało się stworzyć książkę wciągającą, lekką i pełną historii. Jednocześnie jest to intrygująca powieść kryminalna, której rozwiązania, jak zwykle, było dla mnie zaskoczeniem.

Jeżeli ktoś chce się przekonać jak ze słowiańską duszą współpracowników poradzi sobie "herbatnik" musi koniecznie sięgnąć po tę powieść.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica



Książkę zgłaszam do wyzwań:


10 komentarzy:

  1. Książka jest świetna! Ps. Też zakochałam się w Whicherze. ;))

    OdpowiedzUsuń
  2. Chcę tę książkę, chcę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest jeszcze szansa, żeby dopisać Mikołajowi na zamówieniu :)

      Usuń
  3. Zgadzam się, rewelacyjna:) Rzadko się zdarza żeby piękna okładka zawierała w środku świetną treść:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No więc właśnie- same pozytywne zaskoczenia :)

      Usuń
  4. Trochę mnie zmylił tytuł recenzji - "Stereotypowo" zapowiadało nie pozycję mało orygunalną, a tu taki zwrot akcji, jak w kryminale. :) Jednym słowem zachęciłaś mnie.
    Tylko - o ile okładka nie kłamie, że autor nazywa się Bochiński, a nie Bocheński.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo ja lubię stereotypy- bawią mnie :) I zdecydowanie okładka nie kłamie :) Dziękuję za zwrócenie uwagi, już poprawiłam.

      Usuń
  5. Brzmi kusząco :D Z pewnością po nią sięgnę :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Rzeczywiście zapowiada się ciekawie... okładka interesująca, wykorzystuje fragm. Warszawy -Pałac Staszica przebudowany w stylu rosyjskim (widać charakterystyczną kopułkę niczym w cerkwii). Strona graficzna, o której piszesz, na pewno dodaje "smaczku", choćby prezentowana tu winieta z 'Tygodnika Ilustrowanego".

    OdpowiedzUsuń