poniedziałek, 26 maja 2014

Australia- ziemia obiecana. "Wzgórze Dzikich Kwiatów"

Kiedy kilka tygodni temu pokazywałam Wam stos książkowy pojawiło się wiele głosów zachwalających Wzgórze Dzikich Kwiatów. Przyznam, że dziwiłam się co takiego jest w tej książce. Po lekturze informacji na okładce wydawała mi się ona jeszcze jedną uroczą powieścią do szybkiego przeczytania i zapomnienia. Z kolei po lekturze książki wiem, że miałyście rację. Wzgórze Dzikich Kwiatów zdecydowanie zasługuje na pochwały.

Zaczyna się dość zwyczajnie: jedenastoletnia dziewczynka tańczy przed swoją babcią. Dwadzieścia lat później ta sama dziewczyna jest primabaleriną odnoszącą ogromne sukcesy i znaną na całym świecie. Emma, bo tak jej na imię, wydaje się mieć wszystko: międzynarodową karierę, kochającego chłopaka, sławę i podziw otoczenia. Jednak wszystko to rozpada się jak domek z kart. Chłopak odchodzi, a karierę niszczy jeden upadek. Emma postanawia powrócić na łono rodziny i tam dojść do siebie. Porzuca więc Londyn dla Sydney. Na miejscu czeka na nią nietypowy spadek: stara posiadłość na Tasmanii należąca kiedyś do jej babci.

źródło
To jest ta prostsza historia. Jest tu wszystko co znajduje się w typowej powieści: miłość, ucieczka, kłótnia, odkrywanie siebie, przemiana bohatera itd. Towarzysząc Emmie przy sprzątaniu starego domu i poznawaniu nieznanej rodzinnej historii możemy zauważyć zmiany jakie w niej zachodzą. Jest to widoczne tym bardziej, że to właśnie ona relacjonuje nam wszystkie wydarzenia.

Zdecydowanie bardziej skomplikowana jest druga opowieść. Czytając informacje na okładce spodziewałam się spotkać bohaterkę twardą, zadziorną, cwaną- bez problemu radzącą sobie w życiu. Jak dla mnie, Beattie taka nie jest. Kiedy ją poznajemy jest rok 1929. Dziewczyna właśnie zdała sobie sprawę z tego, że wpadła w kłopoty. Jest w ciąży z żonatym mężczyzną. Ta jedna wiadomość przewraca jej życie do góry nogami i sprawia, że zaczyna być traktowana jak trędowata. Traci pracę, matka wyrzuca ją z domu, nie ma od nikogo wsparcia. Kiedy więc jej kochanek decyduje się na wspólną ucieczkę do Australii wydaje się, że szczęście znowu uśmiechnęło się do Beattie. Jednak zmierzyć się ona będzie musiała z jeszcze większymi problemami. Czytając Wzgórze Dzikich Kwiatów miałam cały czas wrażenie, że cała siła Beattie wynika z konieczności. Trudno mi byłoby określić ją mianem "dziewczyny z charakterem". Raczej robiła wrażenie osoby, która stara się dać sobie radę z przeciwnościami losu bo nie ma innego wyjścia. A przynajmniej tak właśnie było na początku, gdyż z czasem Beattie dorasta i staje się bardzo samodzielną, gotową na wszystko kobietą.

źródło
Zdecydowanie bardziej do mojej wyobraźni przemawiała historia z przeszłości. W tej teraźniejszej wiele rzeczy było oczywiste, przewidywalne, za to ta sprzed prawie 100 lat nie raz mnie zaskakiwała. Kimberley Freeman przeniosła mnie do świata, który wydawałoby się, że odszedł już w zapomnienie. Świata gdzie panny z dzieckiem usuwane są poza nawias społeczeństwa, gdzie od koloru skóry zależne jest miejsce w społeczeństwie, gdzie można kupić sobie kobietę. Świata pełnego dewocji i rozpusty, miłości i zdrady. Czytając książkę cieszyłam się, że to wszystko już przeszłość. Po czym uprzytomniłam sobie, że jedyne czym różnimy się od Beattie i jej współczesnych to stroje, które nosimy. 

Ta refleksja spłynęła na mnie jeszcze silniej w kontekście czytanej kilka dni wcześniej książki. Przy okazji recenzji Żon i córek pisałam o tym jak łatwo było wtedy zniszczyć reputację kobiety. Do 1929 r. zmieniło się w tej gestii niewiele. Dzięki temu po raz kolejny cieszę się z "wyzwolonych" czasów w jakich przyszło mi żyć.

Nie spodziewałam się, że Wzgórze Dzikich Kwiatów będzie tak nietypową, wzruszającą historią. Przeczytałam je z ogromną przyjemnością i dołączam do osób zachwyconych tą książką.

Książkę zgłaszam do wyzwania: Historia z trupem

4 komentarze:

  1. Uroczy blog i bardzo zachęcająca recenzja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo. Miło słyszeć :)

      Usuń
  2. Zachęciłaś mnie:) Bardzo lubię takie książki.

    OdpowiedzUsuń