środa, 3 września 2014

W starym domu. "Pensjonat na wyspie"

Z tego co się powoli zaczynam orientować, Wydawnictwo św. Wojciecha specjalizuje się w powieściach, które nazwałabym chrześcijańskimi. Tak przynajmniej było w przypadku Był sobie książę, tak jest i teraz.

Libby zajmuje się renowacją zabytkowych budynków. Kolejne zlecenie prowadzi ją na niewielką wyspę Hope Island. Na nią i jej wspólniczkę Nicole czeka tam ogrom pracy, ale na razie to tylko Nicole miała szansę dotrzeć na wyspę. Dowiedziała się ona, że Libby jest nieślubnym dzieckiem miejscowego bogacza, który niedawno zmarł pozostawiając dziewczynie stary, georgiański pensjonat położony nad samym morzem. Niestety wszędobylska Nicole naraziła się nieodpowiednim ludziom i została porwana.

Libby spieszy jej na pomoc. Ale sytuacja będzie trudniejsza niż przypuszczała. Jej przypłynięcie na Hope Island wiąże się  nie tylko z przyjęciem spadku i zdecydowaniem co dalej zrobi z pensjonatem. Jest to, może nawet przede wszystkim, szansa na poznanie rodziny, o której nie miała pojęcia.

Jak łatwo się domyślić, przyszywane rodzeństwo (brat i siostra) nie wita Libby zbyt ciepło. Dodatkowym problemem jest inwestor chcący wykupić pensjonat. Nie pomaga również policja, która zaczyna uznawać Nicole za martwą. Jedynym światełkiem w tunelu jest dla Libby Alec, członek Straży Przybrzeżnej, mężczyzna-ideał. Na tle burzliwych wydarzeń wyrasta płomienny romans.

źródło
Dawno nie czytałam tak naiwnej i łatwej powieści (i piszę to ja, osoba czytająca ostatnio dużo takich, które za trudną literaturę trudno uznać). Po pierwsze Pensjonat na wyspie napisany jest bardzo prostym i niewyrafinowanym językiem. Takim w stylu artykułów z pism kobiecych. Krótkie, proste zdania, brak plastycznych opisów czy oddania emocji. Właśnie emocji będzie się tyczyć "po drugie". Po drugie więc powalała prostota fabuły. Albo wręcz przeciwnie- jej przedziwne pokomplikowanie. Porwana dziewczyna zostaje umieszczona na jednej z okolicznych wysp, a miejscowy chłopak dowozi jej jedzenie. I nie rozpoznaje on w niej zaginionej, o której mówią wszyscy w miasteczku (w końcu jesteśmy w maleńkiej społeczności, porwania nie zdarzają się na każdym kroku) i której zdjęcie zapewne jest wszędzie. I takich smaczków jest tam zdecydowanie więcej. Jako po trzecie powinnam wymienić bohaterów, którzy są sympatyczni, lub nie, ale też prości i nieskomplikowani.

źródło
Można by się zastanawiać czy w takim razie książka ta ma jakieś plusy. Ma. Całkiem sporo. Przede wszystkim, jak już pogodzimy się z tą jej naiwnością, zaczynamy dostrzegać całkiem niezłą powieść o rodzinnej tajemnicy. Dodatkowo samo miejsce, w którym Colleen Coble osadziła akcję jest urokliwe. Odcięta od lądu wyspa, której mieszkańcy przywiązani są do tradycji, i która wygląda tak jak sto lat wcześniej. Do tego ogromny dwór pełen tajemnic i zakamarków. Gmaszysko, które mnie ujęło i sprawiło, że zamarzyła mi się podróż do takiego pensjonatu.

Czytając Pensjonat na wyspie myślałam sobie, że pomysły autorka miewa niezłe, a co do stylu to jest to zapewne jej debiut i jeszcze się poprawi. Później jednak odkryłam, że jest ona niesłychanie znaną i lubianą pisarką, spod której pióra wyszło wiele powieści. I teraz nie wiem czy ta naiwność to jej styl czy zasługa tłumacza.

Pensjonat na wyspie jest lekturą niewymagającą. Jak wspominałam na początku z różnymi nawiązaniami do religii. Taką na zimny wieczór lub upalne popołudnie.

5 komentarzy:

  1. Mam wrażenie, że ta książka jest nieco niedopracowana, więc raczej po nią nie sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz całkiem słuszne wrażenie. Namawiać nie będę.

      Usuń
  2. Naiwna lektura.... hmm, zastanowię się nad nią...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedziałabym, że wręcz zbyt naiwna.

      Usuń
  3. Podobała mi się ta książka. Taka lekka, idealna na lato :)

    OdpowiedzUsuń