poniedziałek, 8 lipca 2013

Dom w stanie wojny. "Jak nie zabiłam męża czyli babski punkt widzenia".

Mam wrażenie, że zrobiłam się ostatnio marudnym czytelnikiem. Nie wymagającym, co widać po tytułach książek, które czytam, ale właśnie marudnym. Dawno nie rozpływałam się w zachwytach nad jakąś powieścią, w każdej znajduję jakieś "ale". Tym razem niestety nie będzie inaczej.

Mary i Joel są małżeństwem z dwoma małymi synami. Od czasu kiedy chłopcy przyszli na świat zaczęło zmieniać się postrzeganie życia przez Mary. Przede wszystkim czuje się strasznie zmęczona. Korzystając z dobrodziejstw feminizmu wróciła do pracy na część etatu (obowiązków nie ubyło, zmniejszyła się jedynie liczba chwil na oddech). Dodatkowo wyrabia drugi etat w domu: Joel jest okropnym bałaganiarzem (z gatunku tych, których skarpetki da się znaleźć wszędzie tylko nie w koszu na pranie i którzy nigdy nie widzą zabałaganionej kuchni/pełnej zmywarki/kubków z pleśnią itd.), nie wywiązuje się ze zobowiązań, nie ogarnia rodzinnego życia i nie wykazuje chęci współpracy. Mary ma dość zaistniałej sytuacji i postanawia coś z nią zrobić Na początek ma to być lista przewinień Joela. Za każdą złą rzecz będzie odejmować mu punkt, za dobrą dodawać i jeżeli po 6 miesiącach przekroczy on -100 punktów to Mary ma zamiar podjąć radykalne kroki. Jakie, tego jeszcze nie wie. 

Po Jak nie zabiłam męża czyli babski punkt widzenia spodziewałam się przede wszystkim  dobrej, ironicznej komedii. Takiej z ciętymi uwagami i drobnostkami, które dla bohaterów będą wkurzające, zaś dla czytelnika zabawne. Jest trochę poważniej. 


Mary jest rozdarta. Z jednej strony bardzo kocha męża, z drugiej ma już dość takiego życia. Jej najlepsza przyjaciółka, Becky, prawnik rozwodowy, nie rozumie jak można zastanawiać się nad odejściem przez mokry ręcznik rzucony na łóżko. Tak jak trudno jej dostrzec prawdziwe problemy Mary, tak nie zauważa, że również jej związek przechodzi kryzys, a jej dziewczyna szuka pocieszenia u innych.

Mam wrażenie, że autorka zaserwowała nam taki standard bohaterów babskich powieści: sfrustrowana gospodyni domowa, odnosząca sukcesy zawodowe lesbijka, idealna pani domu, która wyszła za posiadacza fortuny i której rezydencje znajdują się na okładkach poczytnych pism, a która nie rusza się z domu bez sztabu służby i starsza feministka zagubiona we współczesnym świecie. Chwilami robi się zbyt przewidywalnie. Choć przyznam, że zaskoczona również kilka razy zostałam.

Brakuje mi w tej książce lekkości, która zazwyczaj towarzyszy komediom romantycznym. W Jak nie zabiłam męża mamy raczej do czynienia z ciągłymi pretensjami i wzajemnymi oskarżeniami. 

Christina Hopkinson mieszka w północnym Londynie wraz z mężem (twierdzi, że nie był on pierwowzorem Joela) i trójką dzieci. Zawodowo zajmuje się pisaniem do gazet.  Kilka miesięcy temu ukazała się jej druga książka.

Jak nie zabiłam męża to chyba książka dla miłośników gatunku. W miarę ciekawa, ale czytałam lepsze.

Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle.

5 komentarzy:

  1. a patrząc na okładkę można by się w niej zakochać, szkoda, że w środku nie zachwyca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest tak, że to zła książka. Tylko czułam się tak jakbym włączyła np. "Ślubne wojny" i okazałoby się, że Anne Hathaway biega z granatnikiem i podrzyna ludziom gardło.

      Usuń
  2. Ale zdjęcia dobrałaś...proza życia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa, tylko szkoda, że do wyprodukowania takiego bałaganu niechlujny mąż nie jest konieczny. Mojego nie mam na kogo zwalić :(

      Usuń