poniedziałek, 10 czerwca 2013

Pechowy wojownik. "Panowie północy"

Uthreda nikomu przedstawiać chyba nie muszę. Znowu wróciłam do jego przygód i znowu stanowiły one dla mnie zaskoczenie.

Pod koniec poprzedniej części wydawało się, że młodzieniec w końcu pogodził się z królem Alfredem, że wspólne zwycięstwo doprowadzi do zgody między nimi. Już jednak pierwsze zdania Panów północy pokazały mi, że były to przedwczesne nadzieje. Uthred czuje się przez Alfreda niedoceniony i upokorzony mizernym podarunkiem, który dostał. Porzuca więc świeżo nadaną ziemię i wraz z Hildą, byłą zakonnicą, wyrusza na północ. Jego celem jest pomszczenie przybranego ojca, zabicie dawnych wrogów i, oczywiście, odbicie Bebbanburga z rąk stryja.

Oczywiście Uthred nie byłby sobą gdyby nie wpakował się w kolejne kłopoty. Przypadkowo ratuje on z rąk handlarzy niewolnikami Duńczyka Guthreda, króla północnej Anglii, władcę słabego i niedoświadczonego. Przez pewien czas los tych dwóch mężczyzn będzie ze sobą mocno spleciony. Uthred będzie starał się pomóc królowi, z którym ma wspólnych wrogów. Na własnej skórze też przekona się jaki skutek odniosły jego rady i nakłanianie króla do trzymania kraju silną ręką i strachem.
Po raz kolejny Bernard Cornwell zahipnotyzował mnie swoją opowieścią. Przygody Uthreda zdecydowanie wciągają i zaskakują. Przyznam, że tym razem wyraźny pech bohatera obudził moje współczucie. Chwilami wręcz go żałowałam. We Władcach północy niewiele rzeczy idzie po jego myśli: gdzie się nie obróci trafia na wrogów rządnych jego krwi, sojusznicy go nie doceniają i zdradzają, a kobieta, którą pokochał jest nieosiągalna. I gdyby nie fakt, że wszystkie tomy Sagi Wikingów to opowieść snuta przez Uthreda po wielu latach, to czytając kolejne strony tej książki drżałabym o jego życie.

Brakowało mi w tej powieści, znanych z wcześniejszych książek, barwnych postaci. Nowy patron Uthreda jest postacią dość mdłą. Stara się zadowolić wszystkich swoich poddanych, zarówno Anglików jak i Duńczyków, dodatkowo jest bezwolny w stosunku do hierarchów Kościoła, a jego ideałem władcy i wzorem do naśladowania jest Alfred. Przyznam, że czasem jego zadziwienie światem, a w szczególności chrześcijańskimi obrzędami, było zabawne, ale nie przekonał mnie on do siebie. Za to niespodzianką były dla mnie postacie niewieście. Czy to te, które odgrywały rolę pierwszoplanową, czy też te epizodyczne. Miały one zdecydowanie więcej odwagi i charakteru od wspomnianego władcy.

Jak zwykle powieść Bernarda Cornwella była dla mnie fascynującą wycieczką do krainy groźnych wikingów, ciągłej wojny i wiecznych intryg. Fascynującą podróżą na początek wakacji. Polecam!


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica


9 komentarzy:

  1. Uwielbiam ksiażki Cornwella:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na razie miałam przyjemność zapoznać się tylko z tą jedną serią, ale na pewno sięgnę po więcej.

      Usuń
  2. Dwie pierwsze części mnie zachwyciły, ta jeszcze przede mną:)Już się cieszę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Coś mnie do tej serii nie ciągnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem w stanie to zrozumieć :) Zaczynałam ją czytać z dużą nieufnością, ale okazało się, że mnie porwała :)

      Usuń
  4. Ja też lubię pełnokrwiste, wyraziste, niejednoznaczne postaci - lektura wiele traci, gdy bohaterowie nie odpowiadają moim oczekiwaniom:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj, na szczęście, niemrawego króla równoważyli inni bohaterowie :)

      Usuń
  5. Tej serii ciagle jeszcze nie zaczelam, ale ogromnie sie ciesze na spotkanie z bohaterami.

    OdpowiedzUsuń