Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albatros. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 czerwca 2014

Pocztowka, która zwiastuje śmierć. "Biblioteka umarłych"

Rozczarowanie to może złe słowo, ale pokładałam w Bibliotece umarłych duże nadzieje i niestety nie dorosła do nich.

Początek jest obiecujący: seryjny morderca grasuje po Nowym Jorku. Jego znakiem rozpoznawczym jest pocztówka, którą ofiary dostają dzień wcześniej. Zwykła kartka z rysunkiem trumny. Oprócz niej nic nie łączy zabitych. Są z różnych dzielnic, grup społecznych, różnej narodowości czy wyznania. Również sposób w jaki giną za każdym razem jest krańcowo odmienny. FBI przez kilka tygodni nie poczyniło żadnych postępów w sprawie. W końcu zostają oddelegowani do niej: liczący dni do emerytury, mający problemy z alkoholem Will Piper i pilnie przestrzegająca regulaminu, będąca zaraz po szkole Nancy Lipinski. To jest pierwsza historia.

Druga dzieje się ponad 50 lat wcześniej. Zespół archeologów znajduje na angielskiej wyspie Wight coś, co wpędza w nerwicę przywódców Wielkiej Brytanii i USA. Naukowcy zostają odcięci od świata, a tajemnicze znalezisko jest przetransportowane do Stanów i umieszczone w Strefie 51.

Jest jeszcze trzecia historia. Dziejąca się jeszcze wcześniej. 7 lipca 777 r. we wsi koło opactwa na wyspie Vectis przychodzi na świat dziecko. Jest to siódmy syn siódmego syna- potomek, o którym krążą legendy. Według nich ma on mieć magiczne moce. Kiedy więc chłopiec okazuje się nie pasować do społeczności murarzy zostaje podrzucony do opactwa. Tam zapisuje kolejne księgi datami narodzin i śmierci następnych pokoleń. Jego synowie kontynuują jego pracę i biblioteka rozrasta się przez lata.

Najbardziej przekonała mnie do siebie historia współczesna. Jest to całkiem sprawnie skonstruowany kryminał/thriller, gdzie pojawiają się ciągle nowe tropy, śledztwo zmierza na manowce, a para detektywów, z oporami, się dociera. Trochę gorzej jest w przypadku historii średniowiecznej, choć jest to również ciekawy wątek i mógłby zostać bardziej wyeksploatowany. Oczywiście po uprzednim dopracowaniu. Za to opowieść środkowa był to dla mnie wypychacz. Niby tłumaczył jak woluminy z angielskiej wyspy znalazły się w amerykańskiej podziemnej bazie, ale robił to bardzo naokoło i bez przekonania. 

źródło
Dokładnie ten sam schemat widoczny jest jeśli idzie o konstrukcję postaci. Współczesne mają charakter, są dopracowane, te z lat 40. są mdłe i nijakie. Mam wrażenie, że gdyby wyciąć całą tę środkową (chronologicznie) część, a to miejsce poświęcić dwóm pozostałym to powieść wiele by zyskała.

W ogóle, jak dla mnie, Glenn Cooper chciał zmieścić za dużo w jednej książce. Czegóż tam nie mamy? Jest trudna przeszłość Willa, dzieciobójstwo, alkoholizm, wojenne wspomnienia, spece komputerowi, UFO, kumple z akademika, gwałt, "poświęcanie dziewic", hazard, morderstwa, tajne bunkry, scenariusze do filmów, fatum i Winston Churchill. Po prostu za dużo.

źródło
Dodatkowo autor naraził mi się dość fanaberyjnym potraktowaniem rzeczywistości (po tym jak przeczytałam, że po porodzie "łożysko ze stukiem upadło na twardą podłogę" to zwątpiłam) i historii (nie lubię niekonsekwencji, szczególnie w tłumaczeniu imion, a tu miałam przyjemność spotkać się z Williamem Zdobywcą... No nie! Zdecydowanie nie. Albo Wilhelm Zdobywca- tak, obecny książę też ma na imię Wilhelm- albo William the Conqueror. Żadne pośrednie formy nie istnieją). Tylko nie wiem czy o to mogę mieć pretensje do Coopera czy raczej do tłumacza/korektora.

Biblioteka umarłych to powieść, z której oceną mam problem. Mnie nie zachwyciła, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, z tego że nie jest ona zła. Autor miał jakiś, ciekawy pomysł. Jego realizacja jest bardzo nierówna, ale to czy bardziej się Wam powieść spodoba czy bardziej Was zrazi musicie chyba ocenić sami.

Książkę zgłaszam do wyzwania: Historia z trupem

środa, 4 czerwca 2014

W szkolnych ławach. "Nauczycielka"

Melisa Nathan to autorka, o której pisałam całkiem niedawno, przy okazji lektury książki: Duma, uprzedzenie i gra pozorów. Tamtą książką się zachwycałam, teraz pozostanę nudna i pozachwycam się kolejną powieścią pisarki.

Jak łatwo się domyślić akcja Nauczycielki dzieje się w środowisku uczniów i belfrów. Czyli po prostu w szkole. Zaczyna się nowy rok, Nicky ma, jak zwykle, zająć się nauczaniem klasy szóstej. Nie może doczekać się kiedy podejmie swoje obowiązki i pozna nowych podopiecznych. Nie spodziewa się, że początek semestru będzie się dla niej wiązał z wieloma zmianami.

Nicky jest zadowolona ze swojego życia. Ma pracę, którą lubi; paczkę przyjaciół, z którymi spędza każdą przerwę i czas wolny; siostrę, na którą może liczyć. Brakuje jej jedynie miłości. Kilka lat temu rozstała się z Robem, od tego czasu przyjaźnią się i flirtują nie mogąc zdecydować się kim dla siebie będą. Jednak teraz ich stosunki przejdą prawdziwą metamorfozę. I Nicky i Rob zostają awansowani na wicedyrektorów, a pod koniec roku będą mogli ubiegać się o stanowisko dyrektora szkoły. Dodatkowo w ich życie wkraczają dwie interesujące postacie: piękna nauczycielka Amanda i bardzo zapracowany ojciec ulubionego ucznia Nicky, Mark.

źródło
Jak zwykle Melisa Nathan tworzy świetny, komediowy nastrój. Tym razem jest on zasługą głównie odchodzącej pani dyrektor i kontaktów trzech par bohaterów: Nicky i jej siostry , Nicky i przyjaciółki z pracy oraz Marka i jego przyjaciółki. Wzajemne relacje pełne są ogromnej życzliwości i sympatii, ale również drobnych uszczypliwości, ironii i dystansu do problemów. Wszyscy ci ludzie sprawiali wrażenie tak miłych i zakręconych, że miałam ogromną ochotę ich poznać. 

Nauczycielka to ostatnia, wydana już pośmiertnie, książka Melissy Nathan. Czytając ją miałam wrażenie, że autorka chce podzielić się z czytelnikiem jak największą ilością pomysłów, które kłębiły się w jej głowie. Tym razem wątków jest mnóstwo i czasem wydarzenia stają się wręcz nieprawdopodobne. Oczywiście w dalszym ciągu jest to lekka i przyjemna lektura, a nie zmuszająca do myślenia i ogromnego skupienia powieść filozoficzna. Taka za jakie pokochałam twórczość Melissy Nathan.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Gdyby Jane Austen żyła dzisiaj... "Duma, uprzedzenie i gra pozorów"

Która z nas nie czytała/oglądała Dumy i uprzedzenia? I która przez chwilę nie zamarzyła, żeby żyć w świecie Jane Austen, bo "dziś już takich romansów nie ma"... Choć z drugiej strony ci jej bohaterowie potrafili być bardzo irytujący.

Tym razem jednak udamy się nie na angielską prowincję z początków XIX wieku, ale do całkiem nam współczesnego Londynu. Tam to, w ramach akcji charytatywnej, ma zostać zaprezentowana na scenie teatru Duma i uprzedzenie. Reżyserowania sztuki podjął się sławny aktor i bożyszcze tłumów: Harry Noble, zaś do wystąpienia w przedstawieniu zaproszeni zostali zarówno zawodowi aktorzy jak i "zwykli ludzie" związani jakoś ze sztuką i kulturą. Jedną z nich jest Jasmin Field, felietonistka, która już od pierwszej chwili poczuje do Nobla żywą niechęć, i która zostanie wybrana do roli Elizabeth Bennet.

Dla tych, które miały kontakt z Dumą i uprzedzeniem fabuła tej powieści  nie będzie zbytnim zaskoczeniem. Ale autorka pokazuje nam ją w całkiem świeży sposób. Sprawia, że bohaterowie nie wydają się być przeniesionymi o 200 lat aktorami, ale postaciami realnymi. Szczególnie Jasmin, którą jej niewyparzony język pakuje co i rusz w tarapaty, i której właśnie zawaliło się życie. 

źródło
Podobnie jak w pierwowzorze jest zabawnie, lekko i nie można się oderwać. Duma, uprzedzenie i gra pozorów to powieść napisana barwnym językiem, w której nie ma ani nudnych wydarzeń ani bezbarwnych postaci. Urzekały mnie sceny, w których Jasmin próbuje odwieść od diety swoją przyjaciółkę czy odbywa kolejną wymuszoną i chłodną konwersację z Harrym.

źródło
Aż nie mogę uwierzyć, że jest to pierwsza książka Melissy Nathan, którą recenzuję na blogu. Oprócz Dumy, uprzedzenia i gry pozorów przeczytałam jeszcze dwie książki, które wyszły pod pióra tej autorki. Były to: Niania w Londynie i Kelnerka- obie mogę z czystym sumieniem polecić. Niestety kariera Melissy Nathan była bardzo krótka. Zadebiutowała ona w 2001 r. właśnie powieścią Duma, uprzedzenie i gra pozorów. Zaś w 2006 r. ukazała się, pośmiertnie, jej ostania książka: Nauczycielka.

Jeżeli myślicie, że nie da się przenieść XIX-wiecznej angielskiej prowincji do współczesnego wielkomiejskiego Londynu, tak żeby nie było to groteskowe, to zdecydowanie jesteście w błędzie. Można zrobić to z humorem i klasą, co właśnie udowadnia Duma, uprzedzenie i gra pozorów. Polecam

czwartek, 26 grudnia 2013

Chodź, opowiem Ci bajeczkę. "Bajki pisane krwią"

Długo czekała ta książka na swoją kolej. Była jedną z tych, które miałam ogromną ochotę przeczytać, ale odkładałam tę przyjemność na później. Szczególnie, że mój własny egzemplarz czekał na półce i nie goniły mnie biblioteczne terminy. I chyba niestety oczekiwałam od niej zbyt dużo.

Niby jest idealnie, bo Bajki pisane krwią łączą w sobie elementy, które zawsze przykuwają mnie czy to do książki czy do ekranu telewizora. Jest tam więc i zagadka kryminalna, i seryjny morderca- psychopata i sadysta, realizujący swoją "misję", i otoczka, która sprawia, że zabijanie jest sztuką, i tajne służby, oraz oczywiście barwny francuski dwór.

Arnaud Delalande zabiera nas do wnętrz pałacu w Wersalu w chwili, gdy Ludwik XV leży na łożu śmierci. Po nim panowanie ma rozpocząć młodziutka para: Ludwik XVI i Maria Antonina. Nie wszystkim jednak ten pomysł przypada do gustu. Zaczynają ginąć osoby związane w jakiś sposób z dworem. Ich ciała są okaleczone lub nietypowo upozowane, a obok nich morderca zostawia bajkę La Fontaina, która była dla niego inspiracją do popełnienia zbrodni. Podpisuje się on pod tymi swoimi dziełami jako Bajkarz. Co byłoby jedynie przerażające, a nie dziwne gdyby nie jeden fakt.

Kilka lat wcześniej, w noc zaślubin delfina z austriacką księżniczką, w Wersalu pojawił się Bajkarz. Obraźliwym wierszykiem zapowiadał on zabójstwo Marii Antoniny. Bezpieczeństwa księżniczki strzegł wtedy były agent wenecki Viravolta, któremu udało się zabić napastnika. Jakim więc cudem Bajkarz powrócił i dlaczego adresatem jego wiadomości jest właśnie Viravolta?

Jak to często bywa z książkami, które bardzo chce się przeczytać, moje oczekiwania w stosunku do Bajek pisanych krwią przerosły dzieło. Sam pomysł na fabułę jest fantastyczny. Niestabilny emocjonalnie, seryjny morderca, który krąży po Wersalu, szuka zemsty, a jednocześnie wciela w życie wyższą ideę mógłby być bohaterem, który przychodzi w koszmarach sennych. Niestety nie jest. Bajkarz to gawędziarz i filozof, który swoimi wywodami zabijał sceny, z założenia mające trzymać w napięciu. 

Za to do gustu przypadł mi Viravolta i jego charakterna rodzina. Jest on takim trochę dumasowskim bohaterem- posługującym się tak samo dobrze szpadą jak i ciętym językiem, uwikłanym w politykę i świetnie odnajdującym się na dworze. Zresztą tak samo jego żona, która w jednej chwili z "panny dworskiej" przeistacza się w kobietę wbijająca przeciwnikowi sztylet w ciało. Ożywiają oni książkę i sprawiają, że jednak czyta się ją z pewną dozą zainteresowania.

Przyznam przy tym, że udało się Delalandzie mnie mocno zaskoczyć. Viravolta jest częścią Czarnego Gabinetu czy też Sekretu, tajnej organizacji wywiadowczej, którą nazwałabym francuskim MI5. Skojarzenie z angielskimi służbami specjalnymi nasunęło mi się samo, kiedy autor wprowadził na scenę Agustina, tajemniczego konstruktora wyposażającego Viravoltę przed misją w gadżety (oczywiście unikatowe i nowatorskie). Poczułam się przez chwilę jakby ktoś cofnął w czasie, o jakieś 200 lat, Jamesa Bonda i Q. 

Nie da się więc ukryć, że inwencji autorowi nie brakuje. Potrafi wykreować on sceny, od których nie można się oderwać, niestety potrafi też "przegadać" kilka stron książki, co sprawiało, że miałam ochotę cisnąć ją w kąt.

Armaud Delalande jest cenionym francuskim pisarzem i scenarzystą, z wykształcenia zaś historykiem (ta pasja widoczna jest w jego twórczości). W jego dorobku znajduje się siedem powieści będących, podobnie jak Bajki pisane krwią, połączeniem thrillera i powieści historycznej. 

Może i Bajki pisane krwią mnie nie zachwyciły, ale widzę, że autor ma głowę pełną ciekawych pomysłów. Chętnie dam mu jeszcze jedną szansę.

Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle

sobota, 24 sierpnia 2013

Nocne życie Manhattanu. "Portier nosi garnitury od Gabbany"

Jeżeli czytałyście inne książki Lauren Weisberger to zapewne i Portier nosi garnitury od Gabbany przypadnie Wam do gustu. Chociaż możliwe, że momentami poczujecie, że "to już było".

Bette Robinson pracuje w banku, na mało prestiżowym stanowisku. Odbiera telefony od klientów. Nie przepada za swoją pracą, a szefa, który zasypuje podwładnych umoralniającymi "cytatami dnia", wręcz nie znosi. Kiedy po raz kolejny zbiera reprymendę za to, że zamiast zamówić lunch przez telefon sama po niego poszła i opuściła stanowisko na 15 minut, ma dość. Spontanicznie rzuca pracę. Kolejne tygodnie spędza na oglądaniu seriali i obiadach z wujem Willem i jego towarzyszem życia.

To właśnie Will nie wytrzymuje w końcu oglądania Bette pogrążającej się w błogim nieróbstwie i załatwia jej pracę w agencji PR zajmującej się największymi gwiazdami. Od tego momentu cały świat Bette staje na głowie. Trafia ona do miejsca gdzie nieodłącznym atrybutem są słuchawka w uchu, drogie ciuchy, alkohol i narkotyki, szefową obchodzi z kim sypiasz, zaś najważniejszym obowiązkiem jest bywanie na imprezach. Już na pierwszej z nich poznaje Philipa Westona- gwiazdę mediów i bożyszcze kobiet i już następnego dnia rano czyta w prasie, że ma z nim ognisty romans. Nie spodziewa się, że ta informacja wprawi w euforię jej szefową, która widzi możliwość darmowej reklamy. Odtąd Bette będzie stałą bywalczynią plotkarskich rubryk.

Nie da się nie zauważyć sporej liczby podobieństw do książki: Diabeł ubiera się u Prady. Pomijając tytuł, który wyraźnie nawiązuje do wcześniejszej powieści autorki, to największe zbieżności związane są z główna bohaterką. Tak jak Andrea, Bette pochodzi z małego miasteczka i nie pasuje do nowego świata. Dalej czyta harlequiny, uczęszcza na spotkania klubu książki i marzy o wielkiej, romantycznej miłości. Jednak nowe obowiązki przysłaniają jej wszystko. Bywanie na imprezach sprawia, że zaniedbuje rodzinę i przyjaciół, zaś konieczność obracania się tylko w najlepszym towarzystwie sprawia, że ukrywa swoje kontakty z mężczyzną, w  którym jest zakochana.

Po raz kolejny Lauren Weisberger zabiera nas do świata śmietanki towarzyskiej Nowego Jorku. Mamy więc do czynienia z kolejna powieścią o zepsutym świecie sławnych i bogatych. Ale trzeba przyznać autorce, że świeże, interesujące postacie sprawiają, że czytając ją nie jesteśmy znużeni wielokrotnie już opisywanym tematem.

Mimo tego,  że trudno jest nazwać Portier nosi garnitury od Gabbany powieścią nowatorską, zaskakująca czy odkrywczą przyznam, że przypadła mi ona do gustu. Podobnie jak wszystkie pozostałe książki Weisberger jest ona przyjemnym, zgrabnie napisanym czytadłem, od którego trudno mi było się oderwać. 

Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle.

niedziela, 6 stycznia 2013

Dziwny zakład. "W pogoni za Harrym Winstonem"

Spotkałam się z opinią, że jedyną udaną książką Lauren Weisberger jest Diabeł ubiera się u Prady. Po lekturze W pogoni za Harrym Winstonem zdecydowanie nie mogę się z tym poglądem zgodzić.

Tym razem autorka swoimi bohaterkami czyni trzy trzydziestolatki. Z pozoru szczęśliwe i z poukładanym życiem. Jednak kiedy jedną porzuca chłopak wszystkie odkrywają, że ich świat wcale nie jest taki idealny. Tak rodzi się pomysł nietypowego wyzwania. W przeciągu roku czasu nałogowa podrywaczka Adriana ma znaleźć tego jedynego i ustatkować się przy jego boku, zatwardziała monogamistka Emmy wyruszy w "Tour de Dziwka", podczas którego ma przespać się z jednym facetem z każdego kontynentu. Jedynie trzecia z nich, Leigh, nie dostaje żadnego zadania- w końcu ma absolutnie wszystko: narzeczonego do którego wzdychają tłumy kobiet, satysfakcjonującą pracę i mieszkanie w najlepszym miejscu Manhattanu. Okazuje się jednak, że ten rok przewróci do góry nogami życie każdej z nich i pozwoli im odkryć swoje pragnienia i potrzeby.

Można by stwierdzić, że fabuła "Ameryki nie odkrywa". I rzeczywiście tak jest. Bo tak naprawdę to wszystko już gdzieś było. I wyzwanie, które sobie nawzajem rzucają przyjaciółki, i chęć złapania męża, i bogata dziedziczka, której jedynym zajęciem jest "bywanie", i pragnienie miłości, itd. Ale mimo wszystko ksiązka nie robi wrażenia powtórki. Lauren Weisberger stworzyła całkiem sympatyczne i zakręcone postacie, które potrafią nie tylko zadziwić czytelnika swoim zachowaniem, ale również niesamowicie zirytować czy rozbawić.

W pogoni za Harrym Winstonem to kolejna powieść o sławnych i bogatych. Zdecydowanie różni się ona od Diabła, przede wszystkim tym, że jest po prostu następną nowojorską historią miłosną. Prostą i nieskomplikowaną, a jednocześnie przyjemną i interesującą. Polecam wszystkim, którzy tak jak ja lubią romanse z Manhattanu.

sobota, 24 listopada 2012

Na Morzu Śródziemnym. "Władca Barcelony"

Wyobraźmy sobie Hiszpanię z połowy XI w. Kiedy Marti Barnaby przybył do Barcelony posiadał tylko list polecający do, nieznanego sobie, kapłana, Eudalda Llobeta. Nie spodziewał się, że w ciągu kilku dni pozna nie tylko nowych przyjaciół, ale również doświadczy uśmiechu fortuny.

Llobelt staje się jego przewodnikiem i mentorem. Pomaga Martiemu uporać się z przeszłością i wybaczyć wiecznie nieobecnemu ojcu. Jednocześnie przedstawia go odpowiednim osobom: żydowi Baruchowi Benevistowi, u którego został złożony na przechowanie niemały spadek Martiego i Bernartowi Montcusi, ważnej postaci na barcelońskim dworze, która ma umożliwić młodzieńcowi robienie interesów. I rzeczywiście bardzo szybko Marti zyskuje ogromny majątek. Cały ten wątek przypominał mi trochę taki "amerykański sen- od zera do milionera". Wszystko czego dotykał się nasz bohater okazywało się być doskonałym przedsięwzięciem, wpadał na genialne pomysły, poznawał odpowiednich ludzi i zamieniał ropę w złoto. Momentami było to dość przewidywalne i, jak dla mnie, przesadzone.

Oprócz niesłychanej żyłki do interesów Marti charakteryzuje się jeszcze jedną cechą: łatwością w zjednywaniu sobie ludzi. Tak naprawdę na całej swojej drodze spotkał tylko jednego człowieka, który był przeciw niemu i który nie zapałał do niego sympatią. Reszta chętnie nawiązywała z nim kontakty i obdarzała zaufaniem.

Nasz bohater nie ma za to szczęścia w miłości. Zakochuje się w pięknej nieznajomej spotkanej na targu niewolników. Kiedy okazuje się, że dziewczyna jest córką Bernarta Marti postanawia zasłużyć na jej rękę i obywatelstwo miasta. Wyrusza w dwuletni rejs wzdłuż wybrzeży Morza Śródziemnego, żeby zdobyć bogactwo i zaszczyty. Nie przeczuwa, że w tym czasie w Barcelonie dojdzie do tragedii...

Historia Martiego nie jest jedyną jaką uraczył nas autor. Splata się ona z równie ciekawą opowieścią, której akcja dzieje się na dworze. Podczas podróży dyplomatycznej hrabia Barcelony, Ramon Berenguer I zakochuje się w żonie władcy Tuluzy, Almodis z Marchii. Oboje porzucają swoje małżeństwa i rozpoczynają wspólne życie co bardzo nie podoba się babce Ramona, wszechwładnej Ermensendzie z Carcassonne oraz jego synowi z pierwszego małżeństwa. Każde z nich, na własną rękę, postara się uprzykrzyć życie zakochanym.

Pomimo tego że książka jest gruba (liczy sobie ponad 700 stron) nie odczuwa się znużenia lekturą. Akcja prowadzona jest sprawnie, owszem zdarzają się słabsze momenty, ale już za chwilę autor przykuwa czymś uwagę czytelnika. Niestety, tak jak wciągała mnie fabuła, tak też chwilami irytowała postać głównego bohatera. Marti jest absolutnie nieprzystosowany do czasów, w których przyszło mu żyć i zbyt idealny. Jest przeciwnikiem niewolnictwa, ale skoro wszyscy mają niewolników to i on, jednak nie jest "panem", a zaprzyjaźnia się ze swoimi ludźmi. Jest również oburzony traktowaniem Żydów, a także zasadami ich religii. Były takie momenty, że miałam wrażenie iż reprezentuje on spojrzenie współczesnego człowieka na czasy zamierzchłe.

Władca Barcelony to nie jedyna powieść historyczna autorstwa Chuho Llorensa. Niedawno ukazała się druga część książki:  Władca Barcelony II. Morze ognia. Muszę przyznać, że nie wyobrażam sobie tej kontynuacji, ale jeśli wpadnie mi w ręce to przeczytam przez ciekawość. Szczególnie, że część pierwsza to naprawdę dobra, barwna i przenosząca czytelnika w czasie powieść historyczna. Z przemyconymi wiernymi opisami strojów epoki, wyglądu miasta czy funkcjonowania dworu. To również świetne studium różnych charakterów. Już samo ukazanie wpływu jaki na zmianę zachowania mają pieniądze i władza zasługuje na słowa uznania. I nie chodzi mi tutaj o przemiany głównych bohaterów, ale chociażby o zachowanie odźwiernego w kontaktach z różnymi petentami.

Po raz kolejny trafiłam na książkę, o której mogę napisać wiele dobrego i polecić ją do czytania. Szczególnie tym, którym bliski jest klimat południa.

Książkę zgłaszam do wyzwań: Z literą w tle





piątek, 20 lipca 2012

Niezwykły smak potraw. "Afrodyzjak"

Najpierw zakochałam się w sztuce renesansu, później w Italii, a na końcu przyszła fascynacja włoską kuchnią. Szczególnie tą "oryginalną". W związku z tym nie mogłam nie sięgnąć po Afrodyzjak- książkę, która łączy te wszystkie aspekty.

Główni bohaterowie: Tommas i Bruno to przyjaciele i współlokatorzy, a także dwie, diametralnie odmienne, osobowości. Tommas to stereotypowy Włoch. Przystojny kelner, ujmujący, czarujący, kochający kobiety i podrywający turystki, których zdjęcia umieszcza na drzwiach swojej szafy. Od dawna nie ma tam już wolnego miejsca... Z kolei Bruno to nieśmiały introwertyk, kucharz zafascynowany swoją pracą i marzący o prawdziwej miłości. Niestety obaj zakochują się w tej samej dziewczynie: Amerykance Laurze. Przyjechała ona do Rzymu studiować historię sztuki i jest sceptycznie nastawiona do włoskich romansów. Do momentu aż poznaje Tommasa, który przedstawia się jej jako znany kucharz. Jedno niewielkie kłamstwo pociąga za sobą kolejne. Tommas absolutnie nie umie gotować więc o pomoc prosi przyjaciela. Bruno przygotowuje kolejne dania, które coraz bardziej uwodzą Laurę. Przy okazji odkrywa jak ogromnym afrodyzjakiem może być jedzenie. 

Co prawda już od samego początku czytelnik ma świadomość tego, że mistyfikacja musi się w końcu wydać, ale jednak daje się wciągnąć w grę jaką toczą bohaterowie. Nie ukrywajmy- fabuła książki jest dość przewidywalna (choć były sytuacje, które mnie zaskoczyły), ale nie przeszkadza to czerpać ogromnej przyjemności z czytania. Wszystko to przez plastyczny język, dzięki któremu autor sprawia, że mamy wrażenie iż za chwilę znajdziemy się w jednej z niewielkich restauracji Zatybrza i poczujemy na skórze rzymskie słońce.

Afrodyzjak to przede wszystkim powieść bardzo smakowita. Bruno odkrywa przed czytelnikiem różne smaki Italii. Podaje nam nie tylko powszechnie znane i kojarzone potrawy, ale sięga do tradycji ludowej czy regionalnej. Każde kolejne danie to, budzące apetyt, małe dzieło sztuki. Momentami żałowałam, że autor zamieszcza tylko opisy dań, a nie przepisy na nie. Wynagrodziła mi to trochę ostatnia część gdzie doczekałam się właśnie gotowych instrukcji jak przygotować włoskie specjały. 

Anthony Capella urodził się w Ugandzie w latach 60. XX wieku. Studiował literaturę angielską w Oksfordzie. Afrodyzjak jest jego pierwszą powieścią. Jako następne powstały: Oficer ślubny, Ulotny urok kawy i, chyba jeszcze nieobecna na rynku polskim, Empress of Ice Cream. Każda z książek ukazuje inny aspekt żywności.Wszystkie też są romansami.

Afrodyzjak to urocza i ciepła opowieść  miłości, jedzeniu i sztuce. Książka, która budziła nie tylko mój apetyt, ale i uśmiech na ustach. Polecam ją osobom, którym niestraszne są liczne opisy potraw i romans toczący się w śródziemnomorskim tempie.

środa, 20 czerwca 2012

"Amerykańskie dziewczyny poszukują szczęścia"

Nie lubię opowiadań. W większości przypadków irytują mnie niedokończoną fabułą lub nierozwiniętym pomysłem. I częściowo tak było i tym razem.
 
Książka Amerykańskie dziewczyny poszukują szczęścia powstała z potrzeby serca. Dochód z jej sprzedaży został przeznaczony na fundację Make-A-Wish zajmującą się realizowaniem marzeń śmiertelnie chorych dzieci. Udział w projekcie wzięło siedemnaście amerykańskich pisarek. Jedną z nich była Lauren Weisberger i muszę przyznać, że to jej nazwisko widniejące na okładce skłoniło mnie do sięgnięcia po tę książkę. Powieści reszty autorek nie ukazały się na naszym rynku wydawniczym więc tak naprawdę książka stanowiła dla mnie niespodziankę.
 
Niestety nie da się napisać kilku słów o każdym z opowiadań więc może wspomnę o tych, które albo mnie zachwyciły albo zirytowały.
 
Do pierwszej grupy zdecydowanie zaliczyć mogę Nie gaś światła autorstwa Claire Lazebnik. To historia o kobiecie szukającej w barze towarzystwa na wieczór. Poznaje tam przystojnego mężczyznę, wypija z nim kilka drinków, wdaje w dyskusje o rodzinie a potem... No cóż autorce udało się mnie zaskoczyć zakończeniem. Poziom utrzymała również Lauren Weisberger swoimi Bambusowymi wyznaniami. Może nie były one porywające, ale całkiem przyjemnie czytało się o dziewczynie, dla której wyjazd do Wietnamu miał być tylko krótką wycieczką, a stał impulsem do rozpoczęcia nowego życia.
 
Moją irytację za to obudziło m.in.: Co dwa miesiące chętka Sarah Mlynowski. Opowieść o dziewczynie, którą związki nudzą po mniej więcej dwóch miesiącach. Właśnie nadszedł kolejny taki termin i przeprowadza ona właśnie analizę wszystkich za i przeciw, a przede wszystkim "co by było gdyby". Przemienne rozważanie opcji A. zdradzasz i B. nie zdradzasz do mnie nie przemówiło. Podobnie było w przypadku opowiadania Julianny Baggott Numer pięć. Według założeń autorki miała to chyba być historia kobiety wierzącej, że kolejny, piąty mąż, będzie tym właściwym i wyruszającej na jego poszukiwania. Jak dla mnie była to historia butów go-go z czasów licealnej orkiestry...
 
To co muszę przyznać, to to, że pomimo wspólnego motywu, który  w pewien sposób ograniczał możliwości twórcze, każda z pisarek miała własny pomysł na opowiadanie. Czasem lepszy, czasem gorszy, ale na pewno zbiór ten nie jest monotonny i każdy znajdzie w nim jakąś historię dla siebie. Przynajmniej jedną. Mimo wszystko: nie lubię opowiadań.

piątek, 8 czerwca 2012

To nie jest statek miłości... "Krąg ciemności"

Dwóch wędrowców zmierza w stronę tybetańskiego klasztoru. Są to agent specjalny Aloysius Pendergast i jego podopieczna Constane Green. U mnichów poszukują oni ukojenia po wydarzeniach, które zakończyły Księgę umarłych. Niestety również do tego świętego miejsca dociera zbrodnia. Ktoś ukradł artefakt, mogący dokonać zagłady świata. Pendergast i Constance postanawiają pomóc zakonnikom. Tropiąc zaginiony przedmiot trafiają na dziewiczy rejs najbardziej eksluzywnego i największego oceanicznego liniowca wszechczasów: Britanii. Rejs ten zostanie na długo przez wszystkich zapamiętany. Już od pierwszego dnia giną ludzie, a po pokładzie grasuje maniakalny zabójca. Kapitan statku nie zgadza się  na zawinięcie do najbliższego portu- chce pobić rekordy szybkości poprzednich liniowców. Załoga wszczyna bunt, władzę przejmuje zastępca kapitana, która zamyka się na mostku i kieruje statek prosto na skały.

Pendergast jest w Kręgu ciemności trochę nieobecny. Tym razem fabuła nie koncentruje się wokół niego. Wydarzenia poznajemy kilkutorowo wraz z ludźmi znajdującymi się na kapitańskim mostku, panikującymi pasażerami czy Constance i Pendergastem. Po raz pierwszy autorzy pokazali nam rysy na jego idealnym wizerunku. Agent daje się pokonać magicznym właściwociom artefaktu, który wyciąga z niego najgorsze ludzkie instykty. Zobaczenie go w takim stanie było dla mnie dużym zaskoczeniem.

Chwilami miałam wrażenie, że tym razem Preston i Child swoim głownym bohaterem uczynili podopieczną Pendergasta- Constance. Poznaliśmy ją już kilka powieści wcześniej, ale zawsze wydawała się być pogrążoną w letargu obserwatorką wydarzeń. To co stało się jej udziałem w Księdze umarłych wytrąciło ją z tego marazmu i tym razem bierze ona czynny udział w śledztwie, nie boi się konfrontacji czy wyrażania własnego zdania. Również po raz pierwszy autorzy dopuścili do działania tłum. Zazwyczaj oglądaliśmy go jako "cudownie ratowanego" z opresji. W Kręgu ciemności mamy do czynienia z 4 tysiącami ludzi zamknietych na statku, zdanych tylko na siebie. Doskonale zostały ukazane różne reakcje na zagrożenie: od chęci pomocy po panikę.

Krag ciemności jest nietypową, ale bardzo intersującą powieścią Prestona i Childa. Trzyma czytelnika  w napięciu od początku do końca. Polecam ją wszystkim, którzy polubili klimat ich książek- na pewno się nie zawiodą.

wtorek, 20 marca 2012

Morderstwo z obrazka... Recenzja książki "Tajemnica Boscha"

Marzy mi się, że przeczytam kiedyś książkę, która jest świetna nie tylko dzięki talentowi autora, ale również której tłumacz w żaden sposób nie zepsuł. Wiem, że takie istnieją i zapewne kiedyś sama miałam z nimi przyjemność, ale ostatnio wybitnie mam pecha.

Na książkę Tajemnica Boscha trafiłam przypadkiem chowając się przed zimnem w jednym z marketów. Zainteresowała mnie tematyka: mistrzowie renesansu, Włochy, zbrodnia, tajemne stowarzyszenie, zakazana miłość- doskonałe składniki do idealnej powieści. Dodatkowo na okładce jako bohaterowie wymienieni zostali: Rafael, Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Giorgione czy tytułowy Bosch. Musiałam kupić tę książkę! I rzeczywiście fabuła nie zawiodła mnie ani trochę: W małym miasteczku położonym w Cesarstwie Niemieckim ma miejsce seria brutalnych morderstw, których ofiary przypominają postacie znajdujące się na obrazach Hieronima Boscha, zresztą mieszkańca owego miasteczka. Kryminalną zagadkę ma rozwikłać papieski śledczy: Leonardo da Vinci. Okazuje się jednak, że stoi on na czele tajemnego stowarzyszenia malarzy mającego inne plany związane ze zbrodniami. Zresztą własne plany mają wszyscy: królowie Francji, Anglii, cesarz, papież, a także Filip Piękny syn cesarza i przypadkowo wplątana w intrygę Gabriela Benci- młoda Włoszka.

Wartka akcja nie pozwala się oderwać od lektury nawet na chwilę. Zaskakujące wydarzenia, które sprawiają, że czarne staje się białe, a białe czarne i czytelnik nie wie już komu zaufać budują napięcie towarzyszące nam od pierwszej do ostatniej strony. Postacie, które na początku jawią się nam jako czarne charaktery okazują się nie być tymi najgorszymi. Każdy ma jakieś tajemnice, które powoli odsłania przed czytelnikiem...

Autorzy tej zawiłej intrygi to dwa dość odmienne charaktery. Yves Jégo jest czynnym politykiem francuskiej partii prawicowej, zajmuje się głównie polityką regionalną. Ukończył studia prawnicze i z zakresu nauk politycznych. Tworzy głównie eseje biograficzne. Z kolei Denis Lépée z wykształcenia jest historykiem i filozofem piszącym biografie i powieści historyczne. Panowie razem stworzyli dwie książki: 1661 i właśnie Tajemnicę Boscha. Muszę przyznać, że efekt współpracy jest wyśmienity i daje nadzieje na kolejne równie udane publikacje. Dużym plusem książki jest barwny język oddający ducha epoki. Udało się uniknąć zbytniego archaizowania, przez co książka nie jest męcząca w odbiorze.

Dla potrzeb fabuły twórcy popuścili trochę wodze fantazji: ożywili zmarłego księcia, dołożyli włoskim twórcom drugą twarz itd. U mnie mają ogromny plus za ożywienie historii, ukazanie jej ludzkiego oblicza, a przede wszystkim za umiejętne połączenie wydarzeń prawdziwych z kryminalną intrygą.

Patrząc na wszystkie moje zachwyty nad książkę można się zastanawiać co obudziło oburzenie, które wyrażałam na wstępie. Tak naprawdę niewielki drobiazg (ale że zawarty w jednej z początkowych scen to do końca zgrzytałam zębami): Leonardo ma dokończyć portret kobiety, Ginevry Benci, siedzącej na tle krzewu jałowca. I tutaj tłumacz informuje nas w przypisie, że włoski malarz malujący we Florencji portret Włoszki, żony włoskiego kupca, namalował ją na tle jałowca odwołując się w ten sposób do jej imienia gdyż jałowiec to po francusku genévrier... Rzeczywiście- na pewno włoskie określenie tej rośliny: ginepro nie jest do imienia Ginevra zbliżone i nie miało z tym nic wspólnego...
Ale mimo mojego marudzenia polecam tę książkę wszystkim, myślę, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.


Obraz, który stał się przyczyną mojego oburzenia: Leonardo da Vinci, Portret Ginevry Benci, 1478–1480.