Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowy Las. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowy Las. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2013

Prawie halloweenowa recenzja. "Kuchnia duchów"

Wyobraźcie sobie, że gotowaniem potraficie przywołać ducha. Trochę przerażające prawda? Ale właśnie taki talent odkryła w sobie Ginny.

Pogrzeb rodziców jest dla Ginny ogromnym przeżyciem. Nie tylko dlatego, że nie pogodziła się z ich nagłym odejściem, ale również z powodu ludzi, którzy odwiedzili jej dom. Ginny nie radzi sobie w kontaktach towarzyskich. Jest nieśmiała, skryta i nieporadna. Mama określała to mianem "osobowości" i otaczała ją opieką. Kiedy jednak jej zabrakło Ginny musi sama stawić czoła światu. Nie daje sobie z tym rady więc ucieka do czegoś co zna i co ją uspokaja: gotowania. Zapach potrawy przywołuje ducha babci, który ma dla niej niejasne ostrzeżenie. Tylko przed czym ostrzegała ją starsza pani?

Ginny udało się jedynie zrozumieć, że ostrzeżenie wypowiedziane przez babcię ma jakiś związek z jej siostrą. Nie wie tylko przed czym powstrzymać Amandę: przed sprzedaniem domu, zarządzaniem swoim życiem czy skrzywdzeniem jednej z córek. Kiedy jednak z ust Amandy padają słowa: "choroba", "zespół Aspergera", "niezdolność do samodzielnego funkcjonowania" Ginny postanawia udowodnić siostrze, że się myli i wziąć życie w swoje ręce.

źródło
Trudno jest nazwać Kuchnię duchów mianem lekkiego czytadła. Autorka porusza w niej wiele, bolesnych kwestii. Chyba najbardziej rzucającą się w oczy jest sprawa choroby Ginny. I nie chodzi mi tu o sam fakt, że jest ona chora, ale o podejście otoczenia do tej kwestii. Ginny jest dorosłą kobietą, której nikt nigdy nie próbował pomóc. Rodzina uważała, że unikanie przez nią ludzi, niepatrzenie im w oczy, chowanie się do szafy w sytuacjach stresowych to po prostu elementy jej charakteru. Dziewczyna nie została nigdy zdiagnozowana, nie nauczono jej też radzić sobie. A problemem jest dla niej nawet wyjście do pobliskiego sklepu. Nigdy nie robiła tego samodzielnie. Klosz stworzony przez rodziców zniknął po ich śmierci i Ginny mierzy się z nową rzeczywistością. Dodatkowo symptomy tej samej choroby dostrzega u swojej siostrzenicy. Niestety jej siostra powtarza znany z domu schemat: żyje w zaprzeczeniu czym uniemożliwia córce osiągnięcie "normalności".

źródło
Drugą poruszaną przez Jael McHenry bolączką jest kwestia radzenia sobie ze stratą. Oprócz różnego podejścia Ginny i Amandy, widzimy jeszcze Davida, który oskarża się o śmierć żony i od kilku lat żyje w zawieszeniu. 

Jednak pomimo tych trudnych tematów książka nie przytłacza. Autorka sprowadzając do kuchni Ginny duchy kolejnych, bliskich jej osób sprawiła, że powieść stała się magiczna. Po raz pierwszy przy takiej lekturze to nie zawarte w książce przepisy były ważne (poza tym ani nie było ich zbyt wiele ani zbytnio nie porywały). Stanowiły one jedynie tło i pretekst do przywołania następnej postaci.

Nie spodziewałam się, że Kuchnia duchów będzie tak mądrą, ciepłą i przepełnioną uczuciami książką. Przyznam, że lektura momentami była trudna. Patrzyłam na bohaterkę, która zmaga się sama ze sobą, nie mając pojęcia co zrobić, żeby zostać wysłuchaną i potraktowaną poważnie, i szczerze jej współczułam. Zresztą obok z żadnego z bohaterów nie dało się przejść obojętnie.

Kuchnia duchów jest debiutem powieściowym Jeal McHenry. Powieściowym, ale nie pisarskim. Autorka znana jest jako publicystka kulinarna. Prowadzi blog poświęcony właśnie jedzeniu i gotowaniu, współpracuje również z czasopismami i portalami internetowymi.

Dla mnie Kuchnia duchów była ogromnym pozytywnym doświadczeniem. Książką, która obudziła przeróżne emocje. Polecam zdecydowanie!

sobota, 26 października 2013

W rewolucyjnym Paryżu. "Józefina"

Józefina jest dla mnie kolejną postacią, o której wszyscy wiedzą że była, ale nikt zbytnio nie zagłębia się w jej życie. Jest jedną z tych kobiet, o których zawsze myśli się jako o parze do wybitnego mężczyzny. Sandra Gulland skupiła się na Józefinie jako odrębnym bycie, osobie, która miała własne, ciekawe życie.

Książka, którą czytałam to pierwsza część trylogii opowiadającej losy przyszłej cesarzowej. Kiedy ją poznajemy kończy właśnie czternaście lat. Dla nas zapewne byłaby dzieckiem, ale ona właśnie rozpacza nad swoim staropanieństwem. Jednak przy okazji dość chłodno zauważa, że bez posagu raczej nie ma szans na znalezienie dobrej partii.

Sandra Gulland przeprowadza nas przez dzieciństwo Józefiny, spędzone na Martynice w niezbyt bogatym, ale szczęśliwym domu. Następnie zabiera, wraz z bohaterką, do Paryża, gdzie przyszła cesarzowa spędzi całe swoje dorosłe życie. Tam wyjdzie za mąż i urodzi dzieci. Tam też spełnią się przepowiednie usłyszane przed laty od kapłanki wudu: małżeństwo będzie nieszczęśliwe i zakończy się wczesnym wdowieństwem. I również w Paryżu pozna dziwnego, małego człowieczka, który będzie próbował dostać się do "towarzystwa", generała Bonaparte. 

Maria Józefa Róża, takie imiona nosiła naprawdę. Całą młodość posługiwała się trzecim imieniem. Ono odpowiadało jej najbardziej. Józefina narodziła się dopiero w momencie ślubu z Napoleonem. On zmienił nazwisko (na brzmiące bardziej francusko), ona (pod jego wpływem) zmieniła imię.

Kobieta, którą poznajemy na kartach książki Józefina obudziła mój podziw swoją siłą i determinacją. Nie poddawała się niezależnie od sytuacji. Potrafiła zorganizować swoje życie wtedy kiedy zdradzał ją mąż, przebywała w więzieniu czy kiedy wszyscy najbliżsi znaleźli się w cieniu gilotyny. Bohaterka stworzona przez Sandrę Gulland to kobieta niezłomna.

Autorka zabiera nas również na salony Paryża. Podglądamy życie śmietanki towarzyskiej miasta od czasów przedrewolucyjnych. Przyglądamy się jak upada świat, który znali i jak próbują go odtworzyć w nowych warunkach. Nie spodziewałam się, że w warunkach tak ogromnego terroru możliwe jest prowadzenie salonów i 'bywanie".

Józefina  to kolejna powieść historyczna, gdzie autor oddaje głos głównemu bohaterowi. Czasem mam wrażenie, że jest to pójście na łatwiznę i sięganie po pewniak, który nie zawodzi. Ale czytam kolejną taką książkę i dochodzę do wniosku, że może jest to wtórne podejście, ale rzeczywiście się sprawdza. Tak samo było i tym razem. Książka to pamiętnik pisany przez przyszłą cesarzową. Dzięki temu mamy wgląd w jej myśli i uczucia. Możemy też zaobserwować jak zmieniała się ona przez lata.

Książka powstała z zainteresowania autorki postacią Józefiny de Beauharnais. Wiele lat poświęciła ona na konsultacje z historykami, badania źródłowe i poznanie kraju oraz języka Józefiny. Poświęcenie czasu i wysiłku zdecydowanie się opłaciło i trylogia cieszy się ogromną popularnością na całym świecie.

Jeśli macie ochotę przenieść się do rewolucyjnego Paryża to jest to książka dla Was. Ja zdecydowanie mam ochotę na kolejne tomy.

Książkę zgłaszam do wyzwania Od A do Z

wtorek, 12 marca 2013

W świetle reflektorów. "Córki wkraczają na scenę"

Zachęcona poprzednim tomem sięgnęłam po trzecią część przygód trzech bogatych, nowojorskich licealistek: Córki wkraczają na scenę.

Początkiem książki są sceny, które kończyły poprzednią część tylko tym razem widziane z perspektywy trzeciej z dziewcząt: Hudson. Przygotowuje się ona właśnie do swojego scenicznego debiutu. Na Balu Zimowym ma wykonać jedną z piosenek z jej pierwszej płyty. Niestety stremowana nastolatka ucieka ze sceny. W związku z tym, że nie radzi sobie ze stresem postanawia w ogóle wycofać się z przemysłu muzycznego. Nie spodziewa się, że już od następnego dnia będzie musiała radzić sobie z rówieśnikami, którzy uznają, że jej wokalny talent to kłamstwo i dziewczyna uciekła ponieważ nie potrafi śpiewać.

Co tak na prawdę jest głównym problemem Hudson? Ogarniająca ją trema czy matka- gwiazda muzyki pop, która jazzową płytę córki przerobiła na dyskotekowe brzmienia, tak że sama autorka nie poznaje swoich utworów?

Tym razem Joan Philbin ukazuje nam dominującego rodzica, który nie pozwala dziecku na popełnianie błędów i podejmowanie decyzji. Początkowo mamy wrażenie, że Hudson pozostanie bezwolna i podporządkowana matce, która uparcie chce kierować jej życiem. Z chwili na chwilę obserwujemy jednak jak dziewczyna znajduje w sobie siłę żeby zawalczyć o własne marzenia i pasję. Oczywiście wsparciem są jej, znane nam z poprzedniej części, przyjaciółki. Jednak w jej życiu pojawia się też ktoś nowy, kto do powieści wniesie dużo humoru.

Po raz kolejny Joanna Philbin pisze o dorastaniu i szukaniu własnego miejsca w świecie. Znowu robi to bez moralizowania i patetyzmu, za to z dość dużą dawką humoru. Córki wkraczają na scenę to przesympatyczna, odprężająca powieść dla wszystkich którzy lubią książki z Manhattanem w tle.

Książkę zgłaszam do wyzwań:


 



niedziela, 10 marca 2013

Nastoletni Nowy Jork, "Córki łamią zasady"

Córki łamią zasady to kolejna książka, po którą sięgnęłam zupełnym przypadkiem. Można powiedzieć, że uśmiechała się do mnie z bibliotecznej półki. Trochę na dystans do niej trzymało mnie zaklasyfikowanie jej jako powieści młodzieżowej, ale okazało się, że ta ostrożność nie była potrzebna.

Corina od zawsze była córeczką swojego tatusia. I to nie dlatego, że łączyła ich jakaś szczególna więź (ich stosunki są wyraźnie oziębłe), a dlatego że każdy kogo spotykała widział nie ją, a miliony jej ojca. Nastolatka zresztą przywykła do życia w luksusie i nieograniczonego limitu na kartach kredytowych.

Co więc stanie się kiedy ojciec zablokuje jej karty, zabierze szofera, a nowoczesny telefon zamieni na taki z zeszłego wieku? Zapewne z tym Corina w jakiś sposób by sobie poradziła, ale przystojniak, który wpadł jej w oko proponuje jej wyjazd na narty w Alpy. Dziewczyna nie może przepuścić takiej okazji i postanawia zdobyć potrzebny jej tysiąc dolarów. Żeby je zarobić podejmuje się organizacji Balu Zimowego. Nie wie jednak, że słynne nazwisko nie otworzy jej wszystkich drzwi jeśli nie będą iść za nim pieniądze.

Do zamieszania jakie powodują jej starania o namówienie gwiazd do pracy charytatywnej dochodzi zamieszanie uczuciowe oraz konflikty z najlepszymi przyjaciółkami. Jednocześnie mamy okazję zaobserwować, że te kilka tygodni kary pozwalają Corinie dorosnąć.

Podczas lektury dotarło do mnie, że książki dla młodzieży od tych dla dorosłych różnią się jedynie wiekiem bohaterów. Corina ma 16 lat i chodzi do liceum, ale równie dobrze mogłaby być rozpieszczoną studentką czy znudzoną życiem trzydziestolatką odciętą od finansów przez byłego męża. Porównując Córki łamią zasady z wieloma czytanymi przeze mnie powieściami rodem z Manhattanu stwierdziłam, że niezależnie od wieku bohaterów powtarzają oni zachowania i sposób myślenia.

Córki łamią zasady to druga z czterech obecnie wydanych części cyklu Córki. Wszystkie one opowiadają o tym jak przyjaciółki: Lizzie, Hudson i Carina radzą sobie z życiem w cieniu sławnych rodziców i stawianymi im przez to wymaganiami. Emocje, z którymi muszą sobie radzić bohaterki są doskonale znane autorce. Joanna Philbin jest córką znanego amerykańskiego prezentera. Marzenia o pisaniu pojawiły się u niej kiedy była małą dziewczynką, ale ostatecznie wpłynął na nie sukces ojca i chęć zaistnienia nie tylko jako jego córka.

Książka ta, to kolejne przyjemne czytadło o nieskomplikowanej, nowojorskiej fabule. Miły przerywnik pomiędzy "cięższymi" książkami. 

Książkę zgłaszam do wyzwań: 





sobota, 16 lutego 2013

Trudna miłość."Zakochana modelka. Ostatnia muza Vincenta van Gogha"

Czytałam już książki o kobietach, które inspirowały Moneta i Renoira, teraz przyszła kolej na ostatnią muzę Vincenta van Gogha: Marguerite Gachet.

Spotkali się oni latem 1890 r. Wtedy to malarz przybył do Auvers-sur-Oise, z nadzieją, że słynący z ziołolecznictwa lekarz i mecenas wielu twórców, Paul Gachet, pomoże mu odzyskać równowagę psychiczną. W jego domu poznaje, dorosłą już, córkę medyka i zakochuje się w niej.

Z ust Marguerite dowiadujmy się jak trudna była to miłość i jak wiele przeszkód napotkała po drodze. Zdecydowanie Zakochana modelka nie jest tylko romansem opowiadającym o ostatniej miłości van Gogha. Autorka kreśli świetny portret rodziny Gachetów i wikła czytelnika w ich cichą wojnę.

Dom Gachetów mnie przerażał. Autorka bardzo sugestywnie opisała ciemne, niskie, zagracone pomieszczenia, które zdawały się więzić swoich mieszkańców. I rzeczywiście częściowo więziły. Z jednej strony były to ograniczenia narzucone przez pana domu jego kochance i nieślubnej córce, o których istnieniu miał się nikt nie dowiedzieć. Mniej restrykcyjne było jego podejście do Marguerite, która teoretycznie cieszyła się swobodą, a praktycznie była zmanipulowana psychicznie. Jednak kobiety przynajmniej pragnęły normalności, odwrotnie było w przypadku dwóch zamieszkujących ten dom, mężczyzn. Doktor Gachet pomimo lat eksperymentowania z nalewkami i leczenia nimi pacjentów, nie potrafił uleczyć z depresji siebie. Ukojenia szukał w malowaniu i rozmowach z twórcami nawiedzającymi jego dom. Podobnie zresztą czynił jego syn, Paul, który nie obdarzony talentami plastycznymi, usilnie starał się zwrócić uwagę van Gogha na swoje prace. To co zaskakiwało w tych dwóch postaciach to chorobliwa wręcz zazdrość o malarza. O każde jego spojrzenie, komplement, słowo.

Niestety tego obrazu rodziny Gachet nie możemy uznać za fikcję literacką. Autorka bazowała na licznych, rzetelnych źródłach, które pozwoliły jej odtworzyć ostatnie tygodnie życia malarza. Nie poprzestała tylko na materiałach pisanych, ale udało jej się dotrzeć do osób, które znały Margeuritę i jej rodzinę. Muszę przyznać, że jej poszukiwania informacji obudziły we mnie podziw.

Zakochana modelka jest jedną z czterech książek napisanych przez Alyson Richman. Ta amerykańska autorka w swoich powieściach chętnie sięga po tematy historyczne. W jej dorobku znajduje się m.in. historia studentki sztuki zmuszonej do wykonywania rysunków technicznych dla nazistów czy opowieść o politycznej emigracji par szukających miłości i bezpieczeństwa.

Zakochana modelka to spokojna powieść o dojrzewaniu, poszukiwaniu miłości i sztuce. Czytelnik znajdzie tu zarówno opisy dzieł van Gogha, jego sposobu malowania jak i rozterki młodych kobiet śpieszących na spotkanie z ukochanym. A wszystko to na tle konwenansów końca XIX wieku.

Książkę zgłaszam do wyzwań:




wtorek, 10 lipca 2012

Paryż po raz drugi. "Niedziela nad Sekwaną"

W zamieszczonym w jednym z gazet felietonie Zola rzuca impresjonistom wyzwanie. Twierdzi, że przerosło ich zadanie, które przed sobą postawili i że "mistrz jeszcze się nie wyłonił". Rękawicę postanawia podnieść Renoir. Zamierza on udowodnić Zoli i innym krytykom, że impresjoniści są w stanie stworzyć monumentalne, oparte na długich przygotowaniach dzieło. Tak rodzi się idea Śniadania wioślarzy.

W swojej książce Niedziela nad Sekwaną Susan Vreeland pozwala nam przez kolejnych osiem niedziel obserwować proces powstawania tego obrazu. Poznajemy wszystkie osoby, które zostały na nim uwiecznione. Autorka wprowadza nas w życie każdej z nich. A jest to zbieranina różnorodna. Pięć kobiet, wśród nich zarówno ceniona aktorka dramatyczna jak i pomocnica krawcowej z jednej z paryskich pracowni i ośmiu mężczyzn o równie zróżnicowanym statusie społecznym. Wszyscy oni, w niedzielne poranki zasiadają przy jednym stole, stając się wyobrażeniem "la vie moderne". Możemy obserwować jak z obcych sobie ludzi stają się przyjaciółmi wspierającymi Renoira w jego dążeniu do sukcesu. Stąd też Vreeland pokazuje nam ich nie tylko podczas niedzielnego pozowania, ale również poza nim, w ich naturalnym otoczeniu. Często odwołuje się tu do faktów jakie udało się jej zgromadzić na temat modeli Renoira, jedynie ubarwiając je fikcją.

Niedzieli nad Sekwaną pojawia się także wątek miłosny, ale nie stanowi on głównego tematu powieści. Mamy tam do czynienia z uczuciowymi rozterkami artysty, jednak są one tylko uzupełnieniem fabuły. Muszę przyznać, że był to doskonały pomysł, który sprawił, że książka jest bardzo różnorodna. Momentami wydawało mi się, że to nie Renoir jest głównym bohaterem, ale obraz, który wszystkich jednoczy i wiąże ze sobą różne opowieści.

Kronika kolejnych ośmiu letnich niedziel spędzanych w restauracji nad Sekawaną jest naprawdę obszerna. Książka liczy sobie ponad 500 stron czego praktycznie nie czuje się podczas czytania. Napisana jest lekkim i bardzo plastycznym językiem, któy sprawiał, że miałam wrażenie iż siedzę na tym nadrzecznym tarasie. Drażniły mnie jedynie dwie rzeczy. Pierwszą były bardzo szczególowe opisy strojów i sposobu malowania, mieszania farb itd. Myślę, że byłyby one mniej odczuwalne gdyby można było zerkać na reprodukcją obrazu. Trochę ułatwiała to okładka, gdzie znajduje się fragment malowidła, ale wszystko co zostało odcięte trzeba sobie wyobrazić. A nie było to dla mnie łatwe przy tak drobiazgowych opisach- widziałam szczegóły, ale już nie samą postać. Drugą rzeczą, która mnie irytowała były francuskojęzyczne wstawki. I to nie dlatego, że nie lubię tego języka, ale dlatego, iż było to dla mnie niekonsekwetne. Skoro znajdujemy się nad Sekawną to bohaterowie zapewne w ogóle mówią po francusku, więc skąd te wyróżnione zwroty? Zdaję sobie sprawę, że wynika to z tego, że Susan Vreeland powieść pisała po angielsku i zapewne francuskimi zdaniami chciała ożywić jej język, ale jak dla mnie w ten sposób odebrała jej pewną wiarygodność.

Jednak, wymienione powyżej dwa drobiazgi, nie przeszkodziły mi w czytaniu z przyjemnością. Z taką samą przyjemnością mam nadzieję sięgnąć po pozostałe książki autorki. Warte zauważenia jest, że pisarstwem zajęła się ona dopiero na emeryturze. Wcześniej uczyła angielskiego w jedej ze szkół w San Diego. Podcza podróży po Europie zwiedzała również Luwr i tam właśnie odkryła, że chce pisać powieści związane ze sztuką. W ten sposób powstały: "Dziewczyna w hiacyntowym błękicie”, „Pasja Artemizji”, „Kochanka lasu” oraz zbiór opowiadań „Life Studies”. Niedawno zaś ukazała się „Clara and Mr. Tiffany”.

Niedziela nad Sekwaną może nie jest książką idealną, ale takę, którą czyta się bardzo przyjemnie. Zabiera ona czytelnika do jednej z łodzi pływających po tej rzece. Polecam ją wszystkim, którzy chcą zobaczyć różne oblicza Paryża z końca XIX wieku, których interesuje malarstwo impresjonistów i którzy lubią dobre opowieści.


Auguste Renoir, Śniadanie wioślarzy, 1880-1881. Obraz, który zainspirował całą historię.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Artystyczny Paryż. "Claude i Camille"

Są artyści, których nie trzeba nikomu przedstawiać. Jednym z nich jest Claude Monet. Z czym nam się kojarzy? Z impresjonizmem, nenufarami, może z obrazami przedstawiającymi londyński Parlament i z, trzymającą parasolkę, kobietą na łące. Jest ona dla nas postacią anonimową, kolejną modelką pozującą artystom. Nie widzimy rysów jej twarzy. Często nie wiemy, że była jedyną miłością Moneta, miłością, która stanowiła sens jego życia. Ta kobieta to Camille Doncieux.

Claude i Camille to opowieść o niełatwym uczuciu jakie połączyło tych dwoje ludzi. Ona, kobieta z wyższych sfer, zaręczona z odpowiednim kandydatem, on, niepopularny malarz, utrzymujący się w Paryżu jedynie dzięki datkom przysyłanym przez rodzinę. Poznają się przypadkiem. Camille, wbrew konwenansom, decyduje się zapozować Monetowi, traktując to jedynie jako ostatnią przed ślubem przygodę. Tak powstaje Kobieta w zielonej sukni. Wspólnie spędzany czas sprawia, że przelotna znajomość zmienia się w coś więcej.

Stephanie Cowell nie funduje nam przesłodzonej historii miłosnej. Wręcz przeciwnie. Życie Clauda i Camille ukazuje na tle wiecznego braku funduszy jaki nękał ich i ich przyjaciół. Liczne przeprowadzki, obskurne klitki, spanie na podłodze w wiele osób w jednej izbie, długi i komornicy pod drzwiami to rzeczy, z którymi zmagać musieli się artyści nie reprezentujący głównego nutru, później nazwani impresjonistami. Autorka pokazuje nam losy nie tylko Moneta, ale również Degasa, Renoira, Pissara czy, najbliższego z przyjaciół Clauda, Bazilla. W licznych winiarnach Paryża spotykamy również  Maneta czy Cezanna. Wszyscy oni są jeszcze niedoceniani i biedni.


Autorka przedstawia nam Moneta jako starszego już człowieka. Dorobił się w końcu własnego domu i ogrodu, ale czuje się samotny. Pisze listy do siostry swojej zmarłej żony z nadzieją, że pomoże mu to poznać ukochaną kobietę. Refleksja jaka opadła mnie podczas lektury była smutna: Monet i jego towarzyszka nie znali się, nie rozmawiali ze sobą, nie dzielili problemami. Mówili tylko o miłości, nigdy o głodzie, strachu, chorobie. Od czasu do czasu kończyło się to nagłym wybuchem, próbą odkrycia prawdy, ale potem wszystko wracało do poprzedniego stanu. Przyznam, że z każdą stroną bylam coraz bardziej, tym dziwnym związkiem, zafascynowana. 

Przez kolejne karty przeszłość miesza się nam z teraźniejszością. Opowieść o życiu Monetów przerywana jest migawkami z roku 1908. W żaden sposób jednak nie wytrąca to czytelnika z toku narracji, a jedynie wzmaga jego ciekawość i skłania do zastanawiania się jakie wydarzenia doprowadziły artystę do tego punktu w życiu.

Boston Globe pisał o języku jakim napisana jest powieść, że jest prosty, elegancki i niezwykle sugestywny. I to prawda. Claude i Camille to ten rodzaj literatury, który czyta się niesłychanie szybko. Wszystkie opisy obrazów są tak plastyczne, że czytelnikowi wydaje się iż ma je przed oczami. Mimo wszystko uważam, że przydałaby się wkładka z reprodukcjami dzieł, która świetnie ubogaciłaby książkę. Dla mnie byłby to wtedy ideał lektury.

Claude i Camille to nie pierwsza powieść w dorobku Stephanie Cowell. Do tej pory napisała ich pięć. Z wcześniejszych na język polski przetłumaczono jeszcze Poślubić Mozarta. Sama autorka swoje artystyczno- historyczne zainteresowania wiąże z faktem, iż wychowała się w artystycznej rodzinie. Twórczością Mozarta czy Szekspira zainteresowała się już jako dziecko. Przez lata śpiewała w operach jednak karierę wokalną porzuciła dla rodziny. Zajęła się za to pisaniem książek historycznych osadzanych w różnych epokach.

Zdecydowanie książka ujęła mnie za serce. Polecam ją wszystkim, którzy tak jak ja kochają Paryż, sztukę, historię i dobrą literaturę!

Camille z Jeanem- pierworodnym synem.