Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instytut Wydawniczy Erica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Instytut Wydawniczy Erica. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 stycznia 2015

Na kraniec świata. "Smocza cesarzowa"

Pierwszą część serii Bohatyr czytałam ponad dwa lata temu. Żelazny kostur przypadł mi do gustu bardzo i nie mogłam się doczekać wydania kolejnej części trylogii, ale kiedy już się ona ukazała nie było mi z nią po drodze. Stąd też ta długa przerwa pomiędzy powieściami.

Od scen, które kończyły Żelazny kostur upłynęło trochę czasu. Bohatyrzy, wraz ze Światosławem, osiedli w Bułgarze. Wódz umacnia swoje panowanie i planuje kolejne podboje, zaś wojownicy się nudzą. Kiedy więc Światosław wysyła wojsko do kraju Czeremisów, bohatyrzy upraszają go, żeby im również pozwolił wyruszyć. Jednak ich cel będzie inny. Udadzą się oni dalej, na ziemie należące do nieznanego im plemienia Czudów. Ich misją ma być pomszczenie poległego druha- Wołcha i zabicie czarownika Tungarina, który przejął magiczny kostur Wołcha, a teraz dąży do zyskania nieśmiertelności i nieograniczonej mocy. W tym celu drużyna uda się na koniec świata i zmierzy z magią, o której istnieniu nie miała pojęcia.

Mam nieodparte wrażenie, że pierwsza część była zdecydowanie lżejsza. Przyciągnęła mnie ona do siebie sympatycznymi postaciami i ironicznym humorem. Tym razem mi tego zabrakło. Żeby pokazać jak bardzo wystarczy powiedzieć, że moim ulubionym bohaterem Smoczej cesarzowej był koń. Rumak dokładniej. Buruszko. On jeden nie wydawał się być sparaliżowany smutkiem, zniechęceniem czy podejrzliwością. Na całej reszcie wcześniejsze wydarzenia wycisnęły niezatarte piętno.

W ogóle miałam wrażenie, że wszystko w tej książce jest smutne i ponure. Ludzie, pogoda, wydarzenia. Jakby autor celowo starał się nam pokazać świat pozbawiony radości i kolorów. Jednocześnie przy tym Cevernak przez większość czasu trzyma nas w napięciu i zaskakuje kolejnymi pomysłami.

Smocza cesarzowa to książka na wskroś przesiąknięta magią. I to zdecydowanie nie tą dobrą. Jest mrocznie, groźnie i nieprawdopodobnie, a nad głowami bohaterów toczy się nadprzyrodzony bój. Pomimo tego, że powieść nie obudziła mojego zachwytu to trudno mi było się od niej oderwać i z ogromną chęcią sięgnę po kolejną część.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica



Książkę zgłaszam do wyzwania: Grunt to okładka

piątek, 31 stycznia 2014

Na zimnej Północy. "Skald. Karmiciel kruków"

Powróciłam znowu do krainy wikingów. Tym razem jednak zabrał mnie do niej nie Bernard Corwell, a polski pisarz: Łukasz Malinowski. Wraz z jego bohaterem, Skaldem, Ainarem wędrowałam po Skandynawii X wieku. Dziwna to była podróż.

Na książkę składają się trzy różne opowiadania. Opisują one konkretne przygody Ainara, a jednocześnie składają się na historię jego życia.Pierwsze z nich było dla mnie ogromnym zniechęcaczem do dalszej lektury. Zapewne miało opowiadać o zdradzie i podstępie, ale ścielący się co chwila trup sprawiał, że fabuła gdzieś zaginęła. Jego jedynym plusem było to, że było niedługie. Ale pozostawiło we mnie ogromną obawę przed tym co czeka mnie dalej.

Przyznam, że dalej było lepiej. W drugiej części Ainar zmierzył się z nieszczęśnikiem wstającym z grobu i pragnącym zemsty i miłości. Sam pomysł może nie jest nowatorski, ale został przedstawiony w ciekawy sposób, pojedynek na wiersze pomiędzy trupem a skaldem był przeuroczy i zabawny.

źródło
Z kolei część trzecia mnie zaskoczyła. Malinowski zabiera nas do odizolowanego od świata klasztoru, gdzie Ainar leczy rany. Z jego przybyciem zbiega się początek serii morderstw. Mnisi są zabijani w okrutny sposób, a następnie zabójca odcina im ucho. Pierwsze z nich zostaje dostarczone Ainarowi przez małą dziewczynkę, która nazywa go ojcem i towarzyszy mu podczas śledztwa. Dodatkowo w klasztornych murach pojawia się piękna, czarnowłosa niewiasta, która wodzi ojców na pokuszenie. Przypomina Wam to coś? Bo mnie tak. W tym opowiadaniu Ainar miał dla mnie twarz Seana Connery'ego, który, jako William z Baskerville prowadził śledztwo w Imieniu róży. Nie wiem czy moje skojarzenia są słuszne. W każdym razie było to zdecydowanie najciekawsze z opowiadań.

źródło
Łukasz Malinowski stworzył świat zdecydowanie bardziej surowy niż ten, który pokazywał nam Corwell (chociaż obaj napisanie powieści poprzedzili badaniami historycznymi). Tu wikingowie są gospodarzami, a cała kraina przyzwyczajona jest do ciągłych walk i wzajemnych najazdów. Okrucieństwo i śmierć to rzeczy, które mieszkańcom Północy towarzyszą stale.

Z kolei ciekawostką jest to, że autor nie odwołuje się do znanej nam mitologii. Sięgnął on głębiej do tradycji wikingów i stworzył religię, na którą składają się znane powszechnie wierzenia i literacka fikcja. Wykorzystał mniej znane, ale zapisane w źródłach, imiona bóstw przez co książka wydaje się brzmieć bardzo obco.

Skald. Karmiciel kruków nie przekonał mnie do siebie. Nie potrafiłam się zatopić w fabule, nie czytałam z przejęciem. Momentami byłam zaciekawiona, a momentami wręcz znudzona. Myślę jednak, że dla miłośników wikingów powieść ta może okazać się bardzo interesująca.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica.


Książkę zgłaszam do wyzwania: Historia z trupem

czwartek, 19 grudnia 2013

Z ziemi włoskiej do Polski. "Honor Legionu"

Pisałam Wam niejednokrotnie, że często wybieram książki przypadkiem w bibliotece i zazwyczaj są to najlepsze lektury jakie przyszło mi czytać. Z tą było podobnie, tyle że nie ja ją wybrałam, a ona mnie gdyż przypadkiem zawędrowała do mojej paczki. Zaczynałam ją bardzo sceptyczna, a później jedynie plułam sobie w brodę, że tak późno się do niej zabrałam.

Kazimierz Lux to taki typowy warszawski cwaniak i urwis, spędzający dnie na włóczeniu się po mieście i wdawaniu w bójki. Wywodzi się z ubogiej szlachty, a jego rodziców nie stać było na kształcenie syna w Szkole Rycerskiej. Nie miał on zbyt jasnych widoków na przyszłość więc zwiał z domu i zaciągnął się, do powstających właśnie we Włoszech, Legionów Polskich. Dzięki umiejętności czytania i pisania (i to w czterech językach) został kwatermistrzem jednego z batalionów. Funkcja ta była bardzo po myśli młodemu chłopakowi, który miał zamiar dorobić się na wojnie, a później wrócić do Warszawy i żyć wygodnie. Śmiesznymi wydawali mu się oficerowie pilnie strzegący honoru swojego i jednostki, a także żołnierze oddający życie w obcej sprawie.

Takie poglądy towarzyszyły Kazimierzowi przynajmniej na początku naszej znajomości. Później bohater wplątał się w walki polityczne, podpadł masonom, zraził do siebie przełożonych i przeżył wiele przygód. Możemy przy tym patrzeć jak przy okazji przeróżnych perypetii jego postawa ewoluuje.

Nie spodziewałam się, że aż tak wciągną mnie przygody młodego legionisty. Książka napisana została jak najlepsza powieść przygodowa gdzie akcja toczy się bardzo wartko, a kolejne strony zaskakują fabułą i pomysłowością autora. Zaskakiwała mnie tym bardziej, że Andrzej Sawicki nie wymyślił ani legionisty Kazimierza Luxa ani jego dziejów.

Czytając Honor Legionu zdałam sobie sprawę z tego, że bardzo mało mówi się u nas o historii Legionów Polskich. Gdzieś tam w głowie pojawiały mi się pewne hasła, ale nie zastanawiałam się nigdy wcześniej nad drogą jaką odbyły te jednostki od ich utworzenia do powstania Księstwa Warszawskiego. Andrzej Sawicki nie tylko opowiada nam ich historię. Pokazuje nam czasy w jakich przyszło im istnieć i politykę, która wywierała na nie wpływ. Dlatego też zabiera nas zarówno na dwór w Neapolu gdzie królowa Maria Karolina podejmuje wszelkie zabiegi by nie dopuścić do zwycięstwa wojsk francuskich, jak i do wojskowych koszar gdzie możemy zobaczyć co jedli i nosili legioniści, a także posłuchać jakie wiatry zagnały ich tak daleko od domu.

Honor legionu to książka, od której nie można się oderwać. Trochę nostalgiczna, bardzo przygodowa, momentami zabawna, a momentami zapierająca dech. Mam ogromną nadzieję, że to dopiero początek serii o Kazimierzu Luxie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica

 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Walki nad Tamizą. "Pieśń miecza"

Po raz kolejny, i niestety na razie ostatni, miałam szansę spotkać się ze strasznymi wojownikami z północy. Tym razem jednak poznałam też ich bardziej romantyczne oblicze.

Uthred dalej nie jest ulubionym poddanym króla Alfreda. Nie da się jednak ukryć, że władca ceni jego osiągnięcia wojskowe. Cóż jednak z tego, skoro mu nie ufa? Tę wzajemna niechęć starają się wykorzystać Duńczycy, którzy przedstawiają Uthredowi powstającego z grobu umarłego. Ta niecodzienna postać ma dla bohatera przesłanie z zaświatów: Uthred zostanie królem Mercji, ale musi sprzymierzyć się z wikingami.

Zdecydowanie inne plany co do tej krainy ma król Alfred. Widzi on na jej tronie swojego przyszłego zięcia, któremu Uthred ma pomóc w odbiciu Londynu i zaprowadzenia porządku nad brzegami Tamizy. Która z tych wizji świata doczeka się realizacji i tego "jak kochają wikingowie" oczywiście nie mam zamiaru zdradzić. 

I tym razem Bernard Cornwell mnie nie zawiódł. Jak zwykle przygody Uthreda pochłonęły mnie całkowicie i sprawiły, że poczułam się częścią tego groźnego świata. Autor jest mistrzem jeśli chodzi o umiejętność plastycznego oddania charakteru danej epoki. Momentami aż można poczuć ten fetor niedomytych ciał, usłyszeć brzęk mieczy czy chlupot wody.

Za to coraz bardziej zmęczona jestem licznymi opisami walk. W końcu ile razy można przeczytać, że bohater wyciąga miecz z pochwy i dźga przeciwnika w nogi? Albo, że przeciwnik zamierza się na bohatera toporem, a ten dzielnie odpiera cios tarczą? Szczególnie może być to męczące jeśli czyta się całą serię w niedługim czasie. 

Przy okazji pisania o poprzedniej części narzekałam że brakuje mi w niej, wcześniej występujących postaci. Tym razem kilka z nich Cornwell "przywraca do życia". Dzięki czemu od razu robi się bardziej swojsko i wesoło. Szczególnie, że jeden z nowych bohaterów jest wybitną pierdołą.

Nawet jeżeli jestem trochę znużona tematyką, to w dalszym ciągu książki Bernarda Cornwella budzą we mnie szczery zachwyt. Przede wszystkim przez jego dbałość o historyczne szczegóły, które sprawiły, że wydawało mi się iż świat wikingów istnieje w dalszym ciągu, gdzieś niedaleko. Mam nadzieję, że uda mi się niedługo przeczytać kolejne książki tego autora.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica. 



piątek, 5 lipca 2013

Największy moczymorda poszukiwany. "Na zdrowie"

Macie czasem tak, że po przeczytaniu pierwszego tomu jakiejś serii nie możecie się doczekać na lekturę kolejnego, a kiedy już to nastąpi to nie do końca wiecie jak się do niego odnieść? Coś takiego stało się moim udziałem przy okazji czytania Na zdrowie.

Po raz kolejny zawitaliśmy do Nogradu. Od wydarzeń opisanych w pierwszym tomie minęło ledwie kilka dni. Moi ulubieni, pierdołowaci przestępcy siedzą w lochu. Kasztelan Gramisz marzy o tym by jak najszybciej ich stracić. Jego syn, Alford szykuje się na spotkanie z przyszłym teściem. Ma zamiar pozyskać jego przychylność dzięki magicznemu dekotowi. Do pomocy magicznych wywarów uciekają się również żona i teściowa jednego z więźniów, które postanawiają odbić ich z lochów. Dodatkowo nie daje o sobie zapomnieć bogobój, który w dalszym ciągu zamartwia się upadkiem obyczajów i pustą świątynią.

Wszystko to dzieje się na tle przygotowań do Festiwalu Wydmikufla. To święto pijaństwa przyciągnęło licznych podróżnych. Przybył także, posługujący się kwiecistym językiem, komisarz, który ma pilnować uczciwości zawodów. W odwiedziny do Nogradu wybiera się również król Bragholt wraz ze swoją, wybitnie nieurodziwą, córką.

Łatwo się domyślić, że losy wszystkich tych bohaterów splotą się ze sobą, dodatkowo każdemu pójdzie coś nie po jego myśli co doprowadzi do jeszcze większego zamieszania niż wybuchło poprzednio. 

Z jednej strony książka rzeczywiście ma zabawne momenty i tego się jej odmówić nie da. Bywa śmiesznie, zaskakująco, a przede wszystkim chaotycznie. Jednak, niestety, "w tym szaleństwie jest metoda" i już po kilku stronach czytelnik orientuje się, że źle pójdzie wszystko co pójść źle może. I nawet bez zbytniego wysiłku da się przewidzieć w jaki sposób dojdzie do nieszczęścia. Choć momentami rzeczywiście Marcinowi Hyblowi udało się mnie zadziwić.

Na dodatek humor, którym bawi nas autor zbyt przypomina mi "rzucanie ciastem" tak umiłowane przez twórców amerykańskich komedii. Oczywiście nie w każdym momencie, ale kilkustronicowy, barwny opis defekacji jakoś przysłonił mi inne gatunki dowcipu i trochę zniechęcił do lektury.

I tak jak poprzednią część, Awanturę na moście, gorąco Wam polecałam i w dalszym ciągu polecam (a już niedługo będzie nawet możliwość otrzymania jednego egzemplarza), tak co do Na zdrowie mam bardzo mieszane uczucia. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica





Książkę zgłaszam do wyzwań: Polacy nie gęsi, Z literą w tle

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Pechowy wojownik. "Panowie północy"

Uthreda nikomu przedstawiać chyba nie muszę. Znowu wróciłam do jego przygód i znowu stanowiły one dla mnie zaskoczenie.

Pod koniec poprzedniej części wydawało się, że młodzieniec w końcu pogodził się z królem Alfredem, że wspólne zwycięstwo doprowadzi do zgody między nimi. Już jednak pierwsze zdania Panów północy pokazały mi, że były to przedwczesne nadzieje. Uthred czuje się przez Alfreda niedoceniony i upokorzony mizernym podarunkiem, który dostał. Porzuca więc świeżo nadaną ziemię i wraz z Hildą, byłą zakonnicą, wyrusza na północ. Jego celem jest pomszczenie przybranego ojca, zabicie dawnych wrogów i, oczywiście, odbicie Bebbanburga z rąk stryja.

Oczywiście Uthred nie byłby sobą gdyby nie wpakował się w kolejne kłopoty. Przypadkowo ratuje on z rąk handlarzy niewolnikami Duńczyka Guthreda, króla północnej Anglii, władcę słabego i niedoświadczonego. Przez pewien czas los tych dwóch mężczyzn będzie ze sobą mocno spleciony. Uthred będzie starał się pomóc królowi, z którym ma wspólnych wrogów. Na własnej skórze też przekona się jaki skutek odniosły jego rady i nakłanianie króla do trzymania kraju silną ręką i strachem.
Po raz kolejny Bernard Cornwell zahipnotyzował mnie swoją opowieścią. Przygody Uthreda zdecydowanie wciągają i zaskakują. Przyznam, że tym razem wyraźny pech bohatera obudził moje współczucie. Chwilami wręcz go żałowałam. We Władcach północy niewiele rzeczy idzie po jego myśli: gdzie się nie obróci trafia na wrogów rządnych jego krwi, sojusznicy go nie doceniają i zdradzają, a kobieta, którą pokochał jest nieosiągalna. I gdyby nie fakt, że wszystkie tomy Sagi Wikingów to opowieść snuta przez Uthreda po wielu latach, to czytając kolejne strony tej książki drżałabym o jego życie.

Brakowało mi w tej powieści, znanych z wcześniejszych książek, barwnych postaci. Nowy patron Uthreda jest postacią dość mdłą. Stara się zadowolić wszystkich swoich poddanych, zarówno Anglików jak i Duńczyków, dodatkowo jest bezwolny w stosunku do hierarchów Kościoła, a jego ideałem władcy i wzorem do naśladowania jest Alfred. Przyznam, że czasem jego zadziwienie światem, a w szczególności chrześcijańskimi obrzędami, było zabawne, ale nie przekonał mnie on do siebie. Za to niespodzianką były dla mnie postacie niewieście. Czy to te, które odgrywały rolę pierwszoplanową, czy też te epizodyczne. Miały one zdecydowanie więcej odwagi i charakteru od wspomnianego władcy.

Jak zwykle powieść Bernarda Cornwella była dla mnie fascynującą wycieczką do krainy groźnych wikingów, ciągłej wojny i wiecznych intryg. Fascynującą podróżą na początek wakacji. Polecam!


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica


sobota, 20 kwietnia 2013

Kolejne starcie z Duńczykami. "Zwiastun burzy"

Kiedy ostatnio żegnałam się z Uthredem przyczynił się on właśnie do wygrania bitwy z Duńczykami i zabił jednego z ich wodzów. Niestety nie posłuchał rad bardziej doświadczonych wojowników i zamiast pojechać z informacją o zwycięstwie do króla, udał się do żony. Kiedy z opóźnieniem przybył na dwór przekonał się, że ktoś przypisał sobie jego zasługi, a on sam, po raz kolejny, stał się persona non grata.

Od tych wydarzeń rozpoczyna się druga część sagi wikingów. Uthred nie jest już chłopcem znanym nam z poprzedniej książki, ale dwudziestoletnim młodzieńcem, który dalej nie umie poskromić swojego języka i zapanować nad zachowaniem za to bez problemu zjednuje sobie wrogów, W dalszym też ciągu pogardza słabym królem Alfredem, wierzącym, że da się zawrzeć pokój z najeźdźcami, a jednocześnie pozostaje zależny od rozkazów władcy, gdyż ślubował mu służyć. A władca skazuje go za karę na bezczynne tkwienie w domu, w oddali od kompanów za to z licznymi wierzycielami pod bokiem. Ta sytuacja popycha Uthreda do poszukania zarobku na morzu. Podczas pirackiego rejsu poznaje kobietę, która zmieni jego życie. Zostanie on też w końcu zmuszony do opowiedzenia się po jednej ze stron w nadchodzącej wojnie. Będzie musiał zadecydować czy jest Anglikiem czy Duńczykiem.

Tak jak było to w przypadku części poprzedniej (Ostatnie królestwo), jak i zapewne w przypadku kolejnych, naszym przewodnikiem po nękanej wojnami Anglii jest sam główny bohater. Patrzy on z perspektywy czasu na swoje zachowanie, dostrzega i podkreśla młodzieńczą butę, a jednocześnie prostymi słowy opowiada historię swojego życia. Dzięki czemu mamy wrażenie jakbyśmy siedzieli wraz z nim przy ognisku i słuchali opowiadań starca, wspominającego chwalebną młodość.Ten sposób narracji sprawia, że od książki trudno jest się oderwać. 

Tak naprawdę, wszystkie pochwały, które pisałam pod adresem Ostatniego królestwa są aktualne w stosunku do Zwiastuna burzy. Autorowi udało się stworzyć bohaterów, którzy śmieszą, irytują, przerażają, ale nie pozwalają przejść obok siebie obojętnie. Dzięki nim książka nie jest tylko zapisem kolejnych potyczek, ale żyje własnym życiem. Miałam wrażenie, że Zwiastun burzy jest trochę pogodniejszy od pierwszego tomu. Wszystko to przez nowych bohaterów wprowadzonych przez Cornwella, a szczególnie ojca Pyrlinga: kapłana- wojownika o niewyparzonym języku.

Zostawiam Uthreda, który jednocześnie cieszy się i rozpacza, świętuje triumf i klęskę. Na pewno już niedługo sprawdzę co zmieniło się w jego życiu w kolejnych tomach.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica


środa, 13 marca 2013

Dziki najeżdźca. "Ostatnie królestwo"

Nigdy jakoś specjalnie nie fascynowali mnie wikingowie. Owszem jestem absolutną fanką 13 wojownika (chyba głównie przez grającego tam Banderasa), modlitwę recytowaną przy rytuałach pogrzebowych w filmie potrafiłam kiedyś powtórzyć z pamięci, znałam mniej więcej ich kulturę ale na tym kończyły się moje zainteresowania. Po Ostatnie królestwo sięgnęłam zatem nie z powodu samych wikingów. Skusiła mnie możliwość poznania najdawniejszych dziejów Wysp Brytyjskich, poza tym od dawna chciałam przeczytać jakąś książkę Bernarda Cornwella gdyż słyszałam o jego powieściach same pozytywne rzeczy. I muszę powiedzieć, że się nie rozczarowałam.

W pełen bogów i okrucieństwa świat wprowadza nas Uther, syn jednego z angielskich earli. Kiedy wikingowie zabili jego brata, on zaczął być przygotowywany do przejęcia po ojcu władzy. Jednocześnie poprzysiągł zemstę jasnowłosemu Duńczykowi, sprawcy zbrodni. Los zetknął ich rok później podczas wielkiej bitwy pomiędzy Anglikami a najeźdźcami. Uther próbuje wtedy dokonać zemsty. Cóż jednak może dziesięciolatek przeciwko zaprawionemu w bojach wojowi? Tak naprawdę chłopiec powinien wtedy zginąć, ale jego zawziętość tak bardzo spodobała się Duńczykowi, że darował mu on życie i jako jeńca zabrał ze sobą do domu. W ten sposób na drodze Uthera stanął Ragnar, człowiek który zastąpił mu ojca, obdarzył miłością, wychował wraz ze swoimi dziećmi jak swojego syna, nauczył walczyć i wierzyć w starych bogów. 

Dla Uthera czas spędzony w duńskiej "niewoli" był czasem prawdziwego dzieciństwa. Swawolnego, pełnego zabawy, pozbawionego moralizujących księży goniących go do nauki. Cały czas jednak tkwi w nim przekonanie, że jak dorośnie to chce odzyskać gród, którym rządził ojciec. Nie wie tylko czy będzie dążył do tego jako Anglik czy jako wiking. Zdaje sobie sprawę, że działanie wraz z Duńczykami sprawi, że będzie on tylko marionetkowym władcą. Z drugiej strony to właśnie ich waleczność i spryt podziwia, ich dowódcy budzą w nim grozę, podczas gdy Alfred, król ostatniej nie podbitej przez najeźdźców ziemi wydaje się być rozmodlonym słabeuszem, wolącym od miecza pióro.

Akcja książki osnuta jest wokół dojrzewania Uthera i prób podbicia przez wikingów tytułowego Ostatniego królestwa. Jednocześnie możemy oglądać przemianę z chłopca w mężczyznę i słuchać jego wspomnień co do podboju angielskich ziem, gdyż Rangar, a wraz z nim Uther znajduje się zazwyczaj w centrum wydarzeń.

Podstawowym atutem książki są świetnie skonstruowane postacie. Każda z nich żyje własnym życiem i każda obdarzona jest silnym charakterem. Niezależnie od tego czy jest to Ragnar, angielski kowal, ocalona z rzezi nastolatka czy nawet Alfred. Zresztą wraz z kolejnymi rozdziałami czytelnik uczy się doceniać tego władcę. Uczy się tego również Uther, który lekcję tę dość boleśnie odczuwa na własnej skórze.  

Ostatnie królestwo pokazuje Anglię, w której ciągle toczy się wojna. Momentami zmęczona byłam kolejnymi opisami walk, pchnięć mieczem i zapachu krwi. Rozumiem jednak, że trudno oczekiwać iż ważną dla opowiadanej historii bitwę autor skwituje jedynie zdaniem: "odbyła się wielka bitwa". Chociaż muszę przyznać, że sam sposób prowadzenia walki czy kampanii wojennych w tamtym czasie mnie zaciekawił.

Lubię książki historyczne za to, że jeżeli są dobre, to potrafią przenieść czytelnika o kilkaset lat i kilka tysięcy kilometrów. Ta zdecydowanie do takich należy. Widać w niej ogromną dbałość o szczegóły, a także autentyczną fascynację autora tematem. Dzięki czemu lektura Ostatniego królestwa jest samą przyjemnością zaś czytelnik nie może się doczekać by poznać kolejne losy bohaterów.

Czytając tę powieść trudno jest uwierzyć, że Bernard Cornwell pisarstwem zajął się przypadkowo, tylko dlatego, że nie dostał pozwolenia na pracę w USA, a to zajęcie pozwalało mu na zarabianie bez zielonej karty. W jego dorobku znajdują się przede wszystkim powieści historyczne. Dzięki czemu zapewne będzie miał we mnie wierną czytelniczkę.

Wymieszanie humoru, intryg, wojny i miłości sprawia, że powieść ta warta jest polecenia i przeczytania.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica


Książkę zgłaszam do wyzwania: Czytamy książki historyczne

czwartek, 20 grudnia 2012

Mateczka Rosja. "Bohatyr. Żelazny kostur"

Kilka miesięcy temu pisałam o, otwierającej serię Czarnoksiężnik, powieści Władca wilków. Książka tak bardzo przypadła mi do gustu, że nie tylko z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy, ale również nie mogłam sobie darować sięgnięcia po kolejną książkę autora. Jest to Żelazny kostur, powieść rozpoczynająca cykl Bohatyr.

Tym razem Juraj Červenák zabiera nas na ziemie ruskie, gdzie ciągle poszczególne plemiona walczą o władzę. Przewrotnie głównym bohaterem autor uczynił kalekę i wioskowe popychadło: Ilija. Po napaści na rodzinną osadę jego jednego najeźdźcy, chcąc go jeszcze bardziej upokorzyć, pozostawili przy życiu. Jednak los stawia na drodze Irija trzech bohatyrów- wojowników z drużyny księcia Światosława. Poruszeni oni widokiem nieszczęśnika zdejmują z niego klątwę, przywracają zdrowie i proponują mu przyłączenie się do książęcych oddziałów. Ilij odmawia, chcąc wcześniej zemścić się na najeźdźcach i odbić z ich rąk dziewczyny, które porwali, w tym jego ukochaną. Młodzieniec nie spodziewa się, że wkrótce znowu los postawi na jego drodze tajemniczych wojowników.

Trzech najlepszych bohatyrów światosławowej drużyny to jednocześnie trzy, świetnie wykreowane postacie. Najstarszy z nich kiedyś był pustelnikiem oddającym cześć "starym bogom", później jednak przyjął chrzest i od tego czasu z potępieniem wypowiada się o pogańskich praktykach towarzyszy. Czuje on już swój wiek w kościach przez co jego ulubionym zajęciem stało się narzekanie i czarnowidztwo. Drugi został niedawno oderwany od rodzinnego pługa przy którym spędził znaczną część życia. Jest prostolinijnym i pozytywnie nastawionym do wszystkich młodzieńcem, którego zdziwienie budzi "wielki świat". Z kolei najmłodszy jest nie tylko wojownikiem ale i magiem, który posługuje się swymi mocami by pomóc drużynie w drodze do zwycięstwa. Wyobraźcie sobie jak muszą wyglądać rozmowy tych trzech person: pełne docinków, humoru, kontrastu, a jednocześnie przepojone wzajemną sympatią i braterstwem. Już choćby dla tej trójki warto jest sięgnąć po Żelazny kostur. 

Oczywiście nie są to jedyne, przyciągające uwagę postacie. Równie barwni są choćby Ilij, książę Światosław, a także "ci źli" czyli wrogowie, z którymi bohatyrom przyjdzie się zmierzyć. Jednak zdecydowanie to opisana przeze mnie wcześniej trójka skradła podczas lektury moje serce.

Po raz pierwszy miałam okazję czytać książkę, której akcja dzieje się na wschodnich rubieżach średniowiecznej Europy. I tutaj ogromny plus dla autora właśnie za zmierzenie się, z dość niepopularną, tematyką. Muszę przyznać, że byłam pod ogromnym wrażeniem choćby ilością mitologii, po które Červenák musiał sięgnąć, żeby stworzyć tak różnorodny świat. Wprowadza on bohaterów z różnych plemion i kręgów kulturowych każdorazowo odnosząc się do religii danego ludu czy plemienia. Jego znajomość tematu widoczna jest szczególnie w dołączonych na końcu aneksach wyjaśniających nazwy geograficzne, opisujących poszczególne plemiona czy postacie historyczne.

Żelazny kostur to świetne połączenie fantastyki i historii.Autorowi udało się płynnie wymieszać ze sobą historyczne fakty i bajowe wydarzenia tak, że w żaden sposób nie gryzą się one, a wręcz uzupełniają tworząc barwną całość.

Często jest tak, że przed autorem, który zachwycił mnie jedną powieścią stawiam tak wysokie wymagania przy okazji lektury kolejnej, że niestety czuję się rozczarowana. Tym razem zdecydowanie tak nie było. Červenák sprostał pokładanym w nim nadziejom i książkę czyta się z ogromną przyjemnością. Zdecydowanie polecam ją zarówno fanom fantastyki jak i powieści historycznych. A ja z niecierpliwością czkam na ciąg dalszy.
 
No i na koniec smaczek estetyczny. Każda strona książki została ozdobiona prześliczną bordiurą, która jest bardzo przyjemnym dodatkiem dla oka.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję: Instytutowi Wydawniczemu Erica




Książkę zgłaszam do wyzwania: 

niedziela, 9 grudnia 2012

Stereotypowo. "Pan Whicher w Warszawie".

Wyobraźcie sobie Anglika: opanowanego, statecznego, zachowawczego, po prostu na wskroś angielskiego. Z dużym bagażem doświadczeń i konwenansów. Wyobraźcie sobie, że trafia on do Warszawy lat 60. XIX wieku. Miasta, w którym pod powierzchnią wrze, gdzie ścierają się różne ugrupowania polityczne, dąży się do powstania, a po ulicach krąży seryjny morderca, który tak naprawdę nie obchodzi władzy gdyż morduje jedynie "Polaczków". I ten oto Anglik ma pomóc miejscowej policji w stworzeniu wydziału śledczego z prawdziwego zdarzenia.

W panu Whicherze zakochałam się już przy okazji pierwszego kontaktu, kiedy do odebrania z dworca jego i jego towarzysza, Waltera, zostaje w ostatniej chwili oddelegowany policjant mówiący po... francusku. Oburzenie przybysza, który uznaje język ten za odpowiedni dla "pensjonarek i egzaltowanych dam" jest urocze i pozwala domyślić się czytelnikowi z kim będzie miał do czynienia. Ze stereotypowym Angolem. Prowadzi to do wielu zabawnych sytuacji, które wnoszą do powieści nie tylko humor, ale i dużo kolorytu. Różnicę "światów" widać szczególnie dlatego, że autorzy często oddają głos panu Whicherowi cytując jego dziennik.

Już pierwsze chwile pobytu w Warszawie są dla przyjezdnych zaskoczeniem. Sprawa, z powodu której ich zaproszono zostaje złożona na barki Walkera, zaś Whicher ma pomóc rozwiązać zagadkę zaginięcia rosyjskiej arystokratki. Co prawda, ma ją prowadzić wspólnie z mówiącym po angielsku policjantem, ale Mikołaj Czernyszewski jest zdecydowanie bardziej zaangażowany w tropienie seryjnego mordercy więc często zostawia przybysza samego sobie. Dopiero kiedy śledztwa zaczynają się łączyć panowie zaczynają pracować razem, co zdecydowanie ułatwia życie Anglikowi.

Pan Whicher w Warszawie to zdecydowanie świetna powieść kryminalna. Momentami odwołuje się ona do klasyki gatunku i ukazuje detektywa, który chodzi od osoby do osoby, zadaje pytania i obserwuje reakcję. Jest on dyplomatą, kłania się przed arystokratami, przeprasza za zaburzenie spokoju, ale się nie wycofuje. Momentami jednak książka zaskakuje nowatorskim podejściem do sprawy. Nasz detektyw już nie tylko gada i patrzy, ale operuje również najnowszymi (na tamte czasy) technikami. Pana Whichera zaproszono żeby pokazał Warszawiakom jak prowadzić śledztwa, jednak ze zdziwieniem odkrywa on, że sam może się od nich wiele nauczyć. Nowością dla speca ze Scotland Yardu jest chociażby robienie zdjęć miejscom zbrodni.

Muszę przyznać, że zachwyciła mnie graficzna strona książki. Przedruki ze starych gazet, zdjęcia XIX- wiecznej Warszawy, rysunki- wszystko to pozwala zagłębić się w klimat powieści. Dodatkowo kartki kalendarza pojawiające się na początku każdego nowego dnia (rozdziału?) pozwalają nam śledzić rzeczywisty upływ czasu.

Pan Whicher w Warszawie to pierwsze wspólne dzieło Agnieszki Chodkowskiej- Gyurics i Tomasza Bochińskiego. Tej miłośniczce kryminałów oraz zakochanemu w historii twórcy powieści przeróżnych gatunków udało się stworzyć książkę wciągającą, lekką i pełną historii. Jednocześnie jest to intrygująca powieść kryminalna, której rozwiązania, jak zwykle, było dla mnie zaskoczeniem.

Jeżeli ktoś chce się przekonać jak ze słowiańską duszą współpracowników poradzi sobie "herbatnik" musi koniecznie sięgnąć po tę powieść.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica



Książkę zgłaszam do wyzwań:


wtorek, 17 lipca 2012

W imperium Romanowów. "Carska roszada"


Tym razem moje literackie podróże zawiodły mnie do Warszawy końca XIX wieku. Z rozkazu cara do miasta przybywa Estar Pawłowicz Van Houten, tajny urzędnik, który ma rozwikłać sprawę brutalnych morderstw prostytutek. Na pierwszą przeszkodę natrafia już na dworcu- zabity zostaje człowiek mający wprowadzić tajnego radcę w śledztwo.

Początkowo fabuła Carskiej roszady nie wydaje się być skomplikowana zmienia się to jednak z każdą kolejną stroną. Wątpliwości co do osoby mordercy i jego pobudek narastają, zaś w życie bohatera wkracza piękna kobieta.  Czytelnik zastanawia się momentami nad rolą jaką w opowieści pełnią poszczególne, pojawiające się znienacka, postacie. I nie zawsze znajduje jasną odpowiedź na to pytanie. Te wszystkie niedopowiedzenia sprawiały iż miałam wrażenie, że w ręku trzymam pierwszy tom  i niewyjaśnione zagadki zostaną rozwikłane w następnej książce. Tylko, że drugi tom nie jest zapowiadany.

Carska roszada to powieść o wielu różnych obliczach. Melchior Medard zabiera nas do Warszawy sprzed około 150 lat. Z jednej strony jest to miasto eleganckie, gdzie wejście do hotelu w zabłoconych spodniach może skutkować w przyszłości zakazem wstępu, z drugiej miasto biedoty, przechodnich podwórek, codziennej przemocy i taniej miłości. I jeden i drugi klimat został świetnie uchwycony. I ta umiejętność oddania różnych twarzy wielkiego miasta jest chyba największym atutem powieści.

Zdecydowanie mniej przemówił do mnie główny bohater. Estar Pawłowicz to agent idealny, taki ówczesny James Bond. Łączy w sobie doskonałą prezencję, świetną kondycję, wdzięk, talent śledczy i mocną głowę. A jednak czegoś mi w nim brakowało. Dużo bardziej wyrazisty był dla mnie Tymoteusz von Brugge- trzymany pod pantoflem prokurator Warszawy.

Muszę się również przyznać, że ginęłam w hierarchii i znaczeniu poszczególnych urzędników pomimo, że została ona wyjaśniona w jednym z przypisów. Autor wprowadza nas w świat, którym zza kulis rządzi carska Ochrana i zobaczenie jak działało to swoiste państwo w państwie było rzeczywiście bardzo ciekawym doświadczeniem. Niejednokrotnie zdumiewały mnie zabiegi podejmowane żeby ochronić ważną osobistość bądź utajnić jak najwięcej informacji. Jednak fakt, że Melchior Medard pisał o swoich postaciach używając zamiennie imienia, pierwszego/drugiego członu nazwiska czy tytułu sprawił, że momentami się gubiłam. 

Carska roszada to powieść o przewrotnym zakończeniu i niejednokrotnych zwrotach akcji. To również barwna wizja wielkiego miasta z końca XIX wieku. Historia nie tylko o zbrodni ale również o miłości. Myślę, że pomimo pewnych niedociągnięć, warta jest przeczytania.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica
 

sobota, 14 lipca 2012

Kiedy słońce było bogiem... "Władca wilków"

Władca wilków to pierwsza z serii książek o Czarnym Roganie, wojowniku, który chce pomścić śmierć swojej rodziny. Dlatego ściga tych, którzy są za tę zbrodnię odpowiedzialni: Krwawe Psy- najokrutniejszych spośród awarskich żołnierzy. Szlak ich wędrówki znaczą ciała rozkrzyżowane na ziemi i pozbawione wnętrzności. Celem Rogana jest dotarcie do, ukrytej w lasach, świątyni-twierdzy morderców i wybicie ich wszystkich. Po drodze dołączają się do niego kolejne osoby, które, z różnych przyczyn zmierzają do gniazda zła.

Powieść Władca wilków powstała około 2000 roku. Egzemplarz, który trafia w ręce polskiego czytelnika to wydanie poprawione przez autora dwa lata temu. W przedmowie pisze on, że wprowadzając zmiany ograniczył ilość lejącej się krwi, a także opisów przyrody czy miejsc. I trzeba przyznać, że  znalazł zloty środek. Sceny walki nie ciągną się w nieskończoność za to robią wrażenie swoim okrucieństwem. Trzymają w napięciu gdyż nigdy nie wiadomo do końca kto wyjdzie zwycięsko. Również opisy nie zanudzają czytelnika swoją długością, ale za to są tak barwne, że zabierają nas w opisywane miejsce.

Władca wilków to pierwsza słowiańska fantasy. Juraj Červenák nie stworzył świata, do którego nas zabiera, od nowa. Wraz z bohaterami udajemy się za wschodnią granicę obecnej Polski, na tereny leżące między Bugiem a Dnieprem, i oddajemy we władanie bóstw słowiańskich: Peruna, Moreny itd. Sam pomysł ujął mnie za serce. Tak samo jak wykonanie. Ten słowiański świat ze swoimi zwyczajami i wierzeniami żyje na kartach książki własnym życiem. I wciąga w nie czytelnika.
Co do bohaterów to jest to zbieranina dość różnorodna: Czarny Rogan, czarownica Mirena pragnąca awarskiego złota, Krasa- przywódczyni jednego ze słowiańskich rodów i Wielimir- powracający z wojny żołnierz. Postacie są dość barwne czasem jednak wydają się być zbyt uładzone. Mimo to każda z nich ma własny styl, który sprawia, że budzą one różne emocje.

Atutem powieści są również elementy fantastyczne, które nie dominują nad jej fabułą. Są z nią tak splecione, że wydaję się być nieodłączną częścią tego świata. Momentami robią wrażenie straszne- tak było w przypadku bogów grających w kości o duszę Rogana, ale również budziły mój śmiech. W końcu jak inaczej zareagować na chatkę na kurzej nóżce, do której zbliża się na miotle Baba Jaga?

Władca wilków to książka od której nie mogłam się oderwać. Wciągnęły mnie przygody Rogana i z niecierpliwością oczekiwałam jak się zakończą. Powieść polecam wszystkim z chęcią czytającym książki fantasy i przygodowe. Mnie pozostaje tylko z niecierpliwością czekać na kolejną część.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica



niedziela, 8 lipca 2012

Niespotykany galimatias. "Awantura na moście"

Nograd to gród zdecydowanie nietypowy. Lochy świecą pustkami, wszyscy przestrzegają prawa, a życie płynie wolno i spokojnie. Wręcz ciągnie się jak przysłowiowy smród za ruskim wojskiem. Mieszkańcy z tęsknotą wyglądają choćby najmniejszej sensacji, która przerwałaby monotonię ich życia. Nie spodziewają się tego co wkrótce nastąpi.

Młodość przypomni się czarownikowi i złodziejowi, którzy, nie zważając na podagrę i reumatyzm, postanawiają dokonać skoku życia. W tym samym czasie bogobój Kumar postanowi w nietypowy sposób zwiększyć frekwencję w świątyni, miejscowy handlarz uda się w podróż, młodzi zakochani zostaną rozdzieleni, a nawrócony rozbójnik zbierze swoją bandę. Jeśli dołożymy jeszcze do tego srogą małżonkę z warząchwią w dłoni, zakochanego w przywódcy bandytę i mnicha- jąkałę to dostaniemy mieszankę wybuchową. A nie są to wszystkie niespodzianki jakie przygotował dla nas Marcin Hybel.

Awantura na moście to relacja raptem z jednej doby. Przez ten czas poznajemy plejadę przeróżnych charakterów, które łączy jedno- wszystkie są mało rozgarnięte. I to niezależnie od pozycji społecznej. Świat stworzony przez Marcina Hybla jest doskonale irracjonalny. Kiedy czytelnik czuje, że osiągnięte już zostało maksimum absurdu autor zaskakuje czymś nowym. Na dodatek robi to w tak umiejętny sposób, że książkę czyta się z przyjemnością. Pisarz nie odwołuje się do pewnych "kanonów" literatury fantasy. W Awanturze na moście nie spotkamy smoków, krasnoludów czy ogrów za to poznamy autorską wizję średniowiecza. Z nietypowymi obyczajami i jeszcze bardziej niezwykłym językiem. Niby archaizowanym, ale "jakoś tak inaczej".

Tak jak nie przepadam za satyrami bo zazwyczaj brakuje im polotu, tak od tej książki trudno było mi się oderwać. Muszę przyznać, że jest to świetna parodia zarówno średniowiecza jak i czasów współczesnych. Polecam ją wszystkim, którzy mają ochotę na dobrą zabawę, ja zaś czekam niecierpliwie na dalsze tomy serii.


Tak mógłby wyglądać tytułowy most- miejsce gdzie skumulowały się wszystkie wątki i gdzie wyjaśniono wiele spraw.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica.



środa, 4 lipca 2012

Bo mój chłopiec piłkę kopie... "Smolar. Piłkarz z charakterem"


Zdarzyło mi się kiedyś "w towarzystwie" przyznać, że wiem co to jest spalony. Zdziwienie było ogromne. Bo jak to? Kobieta? Nie ukrywajmy jednak, że kibicem nie jestem. Co prawda, właśnie zakończone, mistrzostwa obudziły we mnie chęć dopingowania, ale entuzjazjmu wystarczyło mi na całe trzy mecze naszej reprezentacji. Później widzialam jeszcze tylko finał. Euro stanowiło dla mnie raczej wydarzenie społeczne, nie sportowe. I w podobny sposób podeszłam do lektury książki Smolar. Piłkarz z charakterem.

Początkowo budziła ona we mnie pewne obawy, ale wraz z lekturą kolejnych stron wciągała coraz bardziej. Smolar... to opowieść o piłkarskiej karierze Włodzimierza Smolarka od pierwszej kopniętej, pod okiem ojca, piłki, aż do trenowania młodzików pod koniec lat 90. Jest ona efektem współpracy piłkarza i Jacka Perzyńskiego. Panowie razem zbierali materiały, wspólnie również ustalili co ma się znaleźć w książce. Tak duży wkład Smolarka w jej powstanie sprawił, że wydaje się być ona raczej autobiografią niż biografią napisaną przez osobę trzecią. Wpływ na to ma również fakt, że  autor uciekł się do pierwszoosobowej narracji, niejako oddając głos piłkarzowi. Dodatkowo wrażenie to podtrzymywane jest przez język książki. Trochę chropowaty, niedoskonały. Momentami bardziej przypominający słowo mówione niż pisane.

Smolar. Piłkarz z charakterem nie jest historią życia Włodzimierza Smolarka. Nie znajdziemy tam opisów rodzinnego domu, kolegów ze szkoły itd. Wszystko w książce kręci się wokół piłki. Nie jest to jednak tylko sprawozdanie z kolejnych meczów. Oprócz towarzyszenia Smolarowi na boisku czytelnik ma szanse zajrzeć również za kulisy piłkarskiego świata. I właśnie te kulisy były dla mnie najciekawsze. Smolarek opowiada o sytuacji w polskiej piłce w latach 70. i 80. XX w. O ogromnych różnicach pomiędzy klubami polskimi a zachodnioeuropejskimi. Próby grania "dobrej piłki" ukazuje na tle panującego ówcześnie ustroju, wykazując niejednokrotnie jego wady. Często również odwołuje się on do dnia dzisiejszego, powtarzając, że przez 20 lat pracy nie udało się wyeliminować głównych słabości naszej reprezentacji narodowej.

Zdecydowanym ubogaceniem lektury byly dołączone do książki zdjęcia ukazujące rozwój Smolarka na przestrzeni 20 lat. Z kolei utrudnieniem podczas czytania były zbyt długie rozdziały, których nie dało się przeczytać nie robiąc przerwy i nie tracąc wątku.

Z czystym sumieniem mogę polecić książkę Smolar. Piłkarz z charakterem zarówno wszystkim  fanom piłki nożnej jak i tym, których interesuje historia PRL-u, tutaj ukazana od nietypowej strony.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica.