Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 kwietnia 2014

Imperium stylu. "Prada. Obyczajowy fenomen"

Zaskoczyła mnie ta książka. Spodziewałam się biografii Prady (szczególnie, że we wstępie Giani Luigi Paracchini pisze o swojej znajomości z projektantką), a tak naprawdę dostałam historię jej firmy. Dlatego też trudno było mi porzucić moje oczekiwania i oddać się lekturze. Szczególnie, że do najłatwiejszych się ona nie zalicza.

Wydawało mi się, że Prada, jako marka, istnieje "od zawsze", podczas gdy odzież ich projektu zaczęła powstawać dopiero po 1978 r., kiedy to rodzinny biznes przejęła Miuccia Prada. Do tego momentu jedynym wyrobem firmy były torebki, walizki itd. Nowe oblicze marka zawdzięcza nie tylko samej Miucci, ale też jej wspólnikowi i mężowi: Patrizio Bertellemu. Ich spotkanie w 1977 r. zapoczątkowało nowy rozdział w historii Prady i doprowadziło do ogromnego rozwoju firmy.

Prada. Obyczajowy fenomen pozwala nam przyjrzeć się różnym gałęziom tego, ogromnego w obecnej chwili, przedsiębiorstwa. Autor opowiada nam o liniach, które powstają jako odpowiedź na potrzeby ciągle zmieniającego się społeczeństwa, o wykupywanych przez Pradę firmach czy też wspieranych przez nią artystach.

źródło
Tak naprawdę jedyne czego w tej książce jest mało to sama Miuccia Prada. Momentami ona w ogóle ginie, staje się tłem, symbolem. Zarówno Pradzie, jak i Bartellemu Paracchini poświęcił po jednym rozdziale. Niedużo, szczególnie biorąc pod uwagę, że dwa razy tyle zostało przeznaczone na opisanie startów jachtu Prady: Luna Rossa w regatach o Puchar Ameryki. Zdecydowanie nie były to ciekawe dla mnie rozdziały, a w ilości osób jakie brały udział w tych wydarzeniach, zginęłam od razu.

źródło
Poza tym książka porusza wiele wątków, których się po niej nie spodziewałam. To, że autor pisze o zmieniającym się stylu, kreacjach Prady, ubiorze samej Miucci było dla mnie wręcz oczywiste. Za to ciekawym zaskoczeniem były dla mnie informacje o artystach wziętych przez firmę pod skrzydła czy o nowatorskiej architekturze jej salonów. Przyznam, że czytałam o tym z wielkim zainteresowaniem. Dodatkowym bonusem zaś była wkładka z kolorowymi zdjęciami, która pokazuje ubiory Prady na przestrzeni lat. 

Jeżeli więc spodziewacie się biografii sławnego projektanta, to, tak jak ja, zostaniecie zaskoczeni i trochę rozczarowani. Jeżeli jednak macie ochotę zajrzeć za kulisy wielkiego modowego przedsiębiorstwa to Prada. Obyczajowy fenomen będzie dla Was książką idealną.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję: Grupie Wydawniczej Publicat


Książkę zgłaszam do wyzwań: Od A do Z, Grunt to okładka

sobota, 8 lutego 2014

Kobieta, którą kochają miliony. "Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn"

Nigdy nie byłam jedną z dziewcząt fascynujących się postacią Audrey Hepburn. Nie miałam jej podobizny na plakatach/kubkach/koszulkach itd. itp. I zawsze zastanawiałam się jak wielką osobowością musiała być, że ciągle, mimo iż od jej śmierci upłynęło ponad 20 lat, wzbudza tak ogromne zainteresowanie. Książka Donalda Spoto zaspokoiła moją ciekawość tylko częściowo (tylko że teraz zastanawiam się dla ilu z tych miłośniczek Audrey jest tylko ładną buzią z plakatu lub aktorką ze starego filmu, a ile rzeczywiście poznało jej życie).

Po raz pierwszy zagłębiłam się w biografię tej niezwykłej kobiety i przyznam, że wywarła na mnie wrażenie. Spoto opisuje życie Hepburn od jej najmłodszych lat. Pisze o rozbitej rodzinie, wojennym dzieciństwie spędzonym w Holandii, pomocy jaką 13-14- letnia dziewczynka niosła ruchowi oporu; o głodzie i ubóstwie, które stały się jej udziałem, a także o jej ogromnym marzeniu: tańczyć w balecie. Marzeniu, które nie mogło zostać zrealizowane.

źródło
Poznajemy Audrey Hepburn jako córkę, która nie otrzymuje wsparcia od matki, modelkę czy początkującą aktorkę, niepewną siebie i uczącą się dopiero zawodu. Towarzyszymy jej od jej pierwszego występu na scenie. Obserwujemy wzloty i porażki. Dostrzegamy jak kolejne role i kolejni ludzie zmieniają ją.

Zaskoczyła mnie przede wszystkim ogromna siła Audrey, połączona z, równie ogromną, niepewnością i samotnością, a także jej ogromna potrzeba miłości i posiadania rodziny, która determinowała wiele jej czynów. Nie spodziewałam się również, że osoba, która od tylu lat jest idolką kolejnych pokoleń kobiet  była tak skryta i skromna. Zaimponowało mi poświęcenie Audrey dla inicjatyw prowadzonych przez UNICEF. W jej działalności widać było prawdziwą pasję i wiarę w to co robi.

źródło
Oczarowanie. Życie Audrey Hepburn to druga biografia gwiazdy filmowej, napisana przez Donalda Spoto, jaką miałam okazję przeczytać (o pierwszej pisałam tutaj). Po raz kolejny stworzył on książkę, która opowiada o charakterze danej osoby, jej wyborach, rzeczach dla niej ważnych, a jednocześnie nie zagłębia się w intymne szczegóły z jej życia. Nie ma w niej nachalnego wchodzenia z butami w czyjąś prywatność. Dzięki temu nie musiałam czuć się jak podglądacz. Tą biografią Spoto utwierdził mnie w przekonaniu, że potrafi stworzyć idealnie wyważoną książkę, w której romanse bohaterki nie przesłonią tego kim ona była, a jednocześnie czytelnik nie będzie miał wrażenia, że trzyma w rękach coś, co poddano cenzurze.

Biografia Audrey Hepburn to doskonała lektura nie tylko dla tych, którzy są fanami aktorki. To również okazja na podpatrzenie świata sprzed pół wieku. Polecam gorąco.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat


Książkę zgłaszam do wyzwania: Nie tylko literatura piękna.

środa, 9 października 2013

Artystyczne marzenia Hitlera. "Obrońcy dzieł sztuki. Alianci na tropie skradzionych arcydzieł'

Książka, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć może być dla Was zaskoczeniem jeśli chodzi o tematykę. W końcu przez półtora roku prowadzenia blogu ani razu nie pisałam o żadnej publikacji dotyczącej II wojny światowej. Ja po prostu takich książek nie czytam (jak na historyka jest to dość nietypowe wyznanie, ale jednak). Nie dlatego, że są zbyt brutalne, opowiadają o ogromnym okrucieństwie czy ludzkim zezwierzęceniu. Uważam jednak, że jest ich zbyt dużo i irytuje mnie sprowadzanie historii Polski do kilku tragicznych lat. I żeby nie było: uważam, że powinno się o nich mówić/pisać, a przede wszystkim pamiętać, ale kiedy w księgarni widzę działy "Historia Polski", "Historia Europy" i "II wojna" (przy czym często ten ostatni bywa największy) to mam wrażenie, że zatraciliśmy proporcje.

Po tym wstępie pewnie zastanawiacie się skąd w takim razie na blogu recenzja wojennej opowieści. Obrońcy dzieł sztuki. Alianci na tropie skradzionych arcydzieł to książka niezwykła. Ruchy wojsk i toczone walki są w niej tylko tłem do gawędy o ludziach, o których na długie lata świat zapomniał. Chodzi tu o żołnierzy Sekcji Zabytków, Dzieł Sztuki i Archiwów. 

Jednostka ta, działająca w terenie od 1943 r., w momencie zakończenia wojny liczyła sobie ok. 60 członków rozsianych po wszystkich frontach. Była to absurdalna wręcz liczba w stosunku do zadań, które przed nimi postawiono, czyli odnajdowania zagrabionych przez hitlerowców dzieł, odnajdywania ich właścicieli, dbania żeby były przechowywane w bezpiecznych warunkach i nie uległy zniszczeniu. Sekcja ta miała pod swoją opieką nie tylko obrazy czy rzeźby, ale także architekturę i wszelkie dokumenty, zarówno te historyczne jak i te, które mogły być potrzebne do powojennych rozliczeń.

W swojej książce Edsel i Witter skupiają się na froncie zachodnim i 15 działających tam oficerach. Choć momentami słowo "działających" bardzo nie przystawało do sytuacji. Autorzy opisują sytuację ludzi, którzy zostali wysłani na front bez samochodów, sprzętu fotograficznego, łącznościowego czy jakiegokolwiek innego, niezbędnego w tych okolicznościach. 

Oficerowie, którzy są bohaterami Obrońców dzieł sztuki dostają się do kolejnych miejsc łapiąc na stopa wojskowe furgonetki, jadące w przybliżonym kierunku, czasem błąkają się bez przydziału odsyłani z miejsca na miejsce. Nie mają żadnej władzy, a jedynie mogą próbować wpłynąć na dowódców armii czy starać się wyprosić choćby dwóch żołnierzy, którzy mogliby trzymać straż przy kolejnym odkrytym repozytorium. Przede wszystkim zaś nie znajdują zrozumienia. W świecie, gdzie giną narody i kończy się znana ludziom cywilizacja, oni chcą ratować obrazy i budynki. Na szczęście z biegiem czasu znaleźli zrozumienie.

Obrońcy dzieł sztuki to historia grupki pasjonatów, która dla idei ryzykowała swoje życie. Książka napisana została w oparciu o liczne dokumenty. Autorom udało się także porozmawiać z kilkoma obrońcami, których opowieść pozwoliła wyjść poza suche fakty zamieszczone w aktach. 

Książka ta nie jest naukowym opracowaniem naszpikowanym trudną terminologią i usypiającym czytelnika już po kilku stronach. Autorzy pokazują nie tylko ruchy wojsk i przenoszenie dzieł sztuki, ale sprawiają, że ich bohaterowie ożywiają, a książkę czyta się z zapartym tchem jak doskonałą powieść sensacyjną. Cała historia ubogacona została licznymi zdjęciami, które pokazują nam jak wyglądała Europa w końcu wojny, a także zabierają do podziemnych kopalni tajnych składów gdzie przechowywane były dzieła sztuki.

Robert M. Edsel jest biznesmenem, którego podróż do Florencji skłoniła do rozważań nad losem zabytków sztuki podczas wojny. W 2000 r. rozpoczął poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie. Tak powstała jego pierwsza książka Rescuing Da Vinci. Obrońcy dzieł sztuki to efekt kontynuowania przez niego badań. W kolejnych odkryciach pomaga mu, założona przez niego Fundacja Obrońców Zabytków dla Ochrony Sztuki, której zadaniem jest zbieranie informacji o obrońcach zabytków działających w 13, pogrążonych w wojnie, krajach. Fundacja kontynuuje ich prace- odnajduje zrabowane dzieła i oddaje prawomocnym właścicielom.


Z kolei Bret Witter jest autorem kilku bestsellerów znajdujących się na liście Times'a. Z tego co się zorientowałam jego udział w powstawaniu Obrońców dzieł sztuki ograniczył się jedynie do pomocy w pisaniu.

O tym jak bardzo książka ta porusza wyobraźnię najlepiej świadczy fakt, że 18 grudnia do kin wejdzie jej ekranizacja zrealizowana przez George'a Clooney'a. Film będzie nosił tytuł The Monuments Men, ale niestety data polskiej premiery (o ile taka będzie) jest nieznana.

W związku z tym, pozostaje mi jedynie czekać na, zapowiadaną we wstępie, książkę o działalności obrońców zabytków na froncie wschodnim. Do tego czasu oddam się marzeniom o odnalezieniu Bursztynowej Komnaty.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat




Książkę zgłaszam do wyzwania: Nie tylko literatura piękna

wtorek, 1 października 2013

Muza reżyserów. "Wyższe sfery. Życie Grace Kelly"

Rzadko się trafia, żeby autor biografii był jednocześnie przyjacielem osoby, o której pisze. Szczególnie gdy jest to postać tak nietuzinkowa i broniąca swojej prywatności jak było to w przypadku Grace Kelly.

Od śmierci aktorki do powstania książki Wyższe sfery. Życie Grace Kelly upłynęło ponad ćwierć wieku. Zresztą takie było życzenie księżnej. Uważała, że jest zbyt młoda by pracować nad własną biografią i jej napisanie złożyła w ręce Donalda Spoto. Zaznaczając przy tym, żeby wstrzymał się 25 lat zanim zasiądzie do pisania. W efekcie powstała publikacja pełna ciepłych wspomnień i nostalgii.

Autor skupia się głównie na tym etapie życia Grace, kiedy odnosiła ona ogromne zawodowe sukcesy. Nie pomija jednak jej dzieciństwa spędzonego w bogatej, uprzywilejowanej rodzinie. Ze zdziwieniem czytałam, że pośród krewnych, dla których sport był wręcz religią, aktorka traktowana była jak czarna owca, po której nie można spodziewać się zbyt wiele. Podziwiałam ogromną siłę woli, która już w tym czasie ukształtowała się w aktorce, i która pomagała jej realizować marzenia.

Grace Kelly, którą spotykamy na kartach książki Donalda Spoto nie jest hollywoodzką gwiazdką. Ona wręcz nie lubi Hollywood i kiedy tylko może ucieka z Los Angeles do Nowego Jorku, gdzie występuje na scenach teatralnych. Zaskoczyło mnie, że pomimo ogromnej kariery jaką udało się zrobić aktorce pozostała ona dalej normalną, nieśmiałą dziewczyną.

Donald Spoto nie boi się pisać o romansach Grace Kelly. Wspomina o mężczyznach, z którymi się wiązała i miłostkach, które przeżywała. Za to z dużą powściągliwością autor opisuje związek z księciem Monako. Miałam wrażenie, że za wszelką cenę stara się on chronić prywatność dzieci swojej przyjaciółki. Czasy po porzuceniu przez Grace aktorstwa są wspominane dość lakonicznie. Spoto skupia się na jej działalności oficjalnej niewiele pisząc o życiu rodzinnym. I tak jak z jednej strony miałam poczucie niezaspokojonej ciekawości, tak z drugiej doceniłam biografa, który potrafił znaleźć złoty środek pomiędzy pisaniem o księżnej, a wywlekaniem jej życia prywatnego na widok publiczny. Czuło się, że Spoto wie, które aspekty były dla niej ważne i powinny pozostać czymś osobistym.


Ta dysproporcja widoczna jest doskonale w wyborze fotografii, o które wzbogacona została książka. Są to głównie zdjęcia z filmów czy premier, nie ma zaś takich, które pochodziłyby z rodzinnego albumu.

Zaskoczyła mnie w tej książce właśnie ta "elegancja", która sprawia, że czytelnik nie czuje się jak podglądacz, ale jak mile widziany gość, któremu chce się opowiedzieć o sobie trochę więcej. Zdecydowanie tym Donald Spoto zdobył moje uznanie. Szczególnie, że Wyższe sfery powstawały już w czasach kiedy ostatnie granice przyzwoitości zostały przekroczone.

Muszę jeszcze wspomnieć, że Wyższe sfery to nie tylko książka poświęcona życiu i twórczości Grace Kelly, ale także doskonałe świadectwo rodzenia się potęgi Hollywood.

Spod pióra Donalda Spoto wyszło wiele biografii. Pisał on m.in. o życiu Audrey Hepburn, Marilyn Monroe czy Alfreda Hitchcocka. Na swoim koncie ma on 27 książek poświęconych wielkim osobowością. Jeżeli wszystkie są tak wciągające jak Wyższe sfery to będę mieć lekturę na wiele wieczorów. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat






Książkę zgłaszam do wyzwania: Nie tylko literatura piękna

czwartek, 22 sierpnia 2013

Morderca z misją. "Pierwszy śnieg"

Podczas niedawnych upałów oddawałam się lekturze książki dość kontrastowej w stosunku do pogody za oknem. Pierwszy śnieg zaczęłam czytać w trakcie choroby (tak, udało mi się zachorować pomimo 30 stopni na dworze) i stwierdziłam, że książka jest nieciekawa, mroczna i w ogóle do niczego. Jednak wraz z powrotem do zdrowia moje zdanie zaczęło się zmieniać, a historia zaczęła coraz bardziej wciągać.

Przed domem Beckerów ktoś ulepił bałwana. Figura wpatruje się w okna ich domu i sprawia, że rodzina czuje się nieswojo. To uczucie jeszcze się zwiększa kiedy znika Birte Becker, a bałwan staje się posiadaczem jej telefonu. W niedługim czasie ginie kolejna kobieta i kolejny bałwan wyrasta w tajemniczych okolicznościach. Jedynym policjantem, który traktuje całą sprawę poważnie jest komisarz Harry Hole. Niestety dla przełożonych jest on mało wiarygodnym alkoholikiem, który stał się sławny dzięki złapaniu seryjnego mordercy, i który teraz wszędzie widzi kolejnych. A przecież wiadomo, że w Norwegii nigdy nie było seryjnych zabójców...

Dużym wsparcie dla Harrego okazuje się Katrine Bratt, która właśnie dołączyła do jego zespołu. Młoda policjantka angażuje się w śledztwo i naprowadza komisarza na kolejne tropy. Nikt nie przeczuwa, że skrywa ona jakąś mroczną tajemnicę.
W ogóle, jeśli miałabym określić tę książkę jednym słowem, to wybrałabym właśnie: "mroczna", ewentualnie "ponura". Przez cały czas lektury miałam wrażenie, że Oslo spowite jest wieczną ciemnością. Niezależnie od tego czy akcja toczyła się w trakcie dnia czy nocą. Dodatkowo żaden z bohaterów nie ma  życia, o którym można by powiedzieć, że było szczęśliwe. Każdy z nich, z różnymi rezultatami, mierzy się ze swoimi demonami.

Przyznam, że intryga kryminalna mnie przerosła. Dawno nie czytałam książki, w której wątki byłyby tak bardzo poplątane, a zagadka trudna do rozwiązania. Trafiały się momenty kiedy policjanci odkrywali kto jest zbrodniarzem, a ja zastanawiałam się o czym autor będzie pisał przez kolejne 200 stron. I zawsze wtedy działo się coś co przewracało całe śledztwo do góry nogami i sprawiało, że morderca znowu wyprzedzał policję o krok. 

Sam morderca budził we mnie przerażenie. Tak jak nie robią na mnie wrażenia, kryminały w których zabójstwo popełniane jest "przypadkiem" czy dla np. korzyści materialnych, tak przy lekturze powieści, których autor stawia mnie oko w oko z psychopatą, który wierzy, że naprawia świat, mam ciarki. Szczególnie jeśli pisarz, tak jak Jo Nesbo, potrafi utrzymać czytelnika w niepewności i napięciu.

Pierwszy śnieg jest jedną z ostatnich powieści z cyklu, którego głównym bohaterem jest Harry Hole. Trochę żałuję, że nie zaczęłam od pierwszej książki z tej serii- wiedziałabym więcej o głównych bohaterach.

Jeżeli macie ochotę na wciągającą i skomplikowaną zagadkę to zdecydowanie Pierwszy śnieg powinien przypaść Wam do gustu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat


poniedziałek, 20 maja 2013

Dworska miłość. "Zemsta róży"

Dawno nie czytałam tak zaskakującej i przewrotnej książki. A pomyśleć, że trafiłam na nią zupełnie przypadkowo.

Akcja Zemsty róży zaczyna się nietypowo. Cesarz Konrad organizuje coroczne spotkanie arystokracji. Z dala od czujnych oczu Kościoła, przez kilka dni, panowie oddają się pijaństwu i rozpuście. W tych to oto pięknych okolicznościach poznajemy głównych bohaterów powieści. Młodego władcę wielkiego imperium, którego jego rada chce zmusić do małżeństwa z niezbyt urodziwą niewiastą; zarządcę jego dworu: Marcusa- mężczyznę, który ośmielił się zakochać w swojej narzeczonej i zamiast odwlekać moment ślubu stara się go przyspieszyć. Na bachanalia nie stawił się Jouglet, minstrel i przyjaciel cesarza, a także szpieg i największy intrygant na dworze. Znajduje się on w tym czasie u przyjaciół, gdzie w jego głowie rodzi się plan wprowadzenia na dwór ubogiego rycerza Willema z Dole i pomóc mu w zrobieniu wielkiej kariery.

Problem jest jeden: Willem to prowincjonalny, żyjący szczytnymi ideałami mężczyzna, który na pełnym spisków dworze czuje się jak jagnię między wilkami, przez co plany minstrela nie raz stają na głowie. To co się dzieje to prawdziwy galimatias. Co i rusz na jaw wychodzą nowe tajemnice, ludzie zrzucają skórę, odkrywają prawdziwe oblicza i przeszłość i jedynie cesarski brat i stryj pozostają niezmiennie źli- od pierwszej do ostatniej strony. Zaś tytułowa róża nie tylko zachwyca urodą i budzi miłość, ale też jest gotowa walczyć o swoje szczęście.

Po Zemście róży spodziewałam się raczej poważnej, pełnej intryg, powieści historycznej. I częściowo spełniła te moje oczekiwania. Bo rzeczywiście przeróżnych intryg w niej nie brakowało. Momentami wręcz zaczynało się od nich kręcić w głowie. Za to zdecydowanie nie jest to książka poważna. Trudno się temu dziwić patrząc na to, że głównym bohaterem autorka uczyniła minstrela. Pewnego siebie, cynicznego, cieszącego się zaufaniem władcy i ogromną niezależnością, a jednocześnie, dzięki swojej pozycji, mogącego bez obaw komentować otoczenie. 

Powieść jest lekka, zabawna i bardzo przewrotna. Takich zwrotów akcji jakie funduje nam autorka zdecydowanie się nie spodziewałam. Trudno było mi się oderwać od lektury i mam nadzieję na więcej, szczególnie że Nicole Galland napisała jeszcze kilka innych książek, które może doczekają się kiedyś tłumaczenia na język polski.

Na koniec warto zauważyć, że Zemsta róży nie jest pretenduje do miana książki historycznej. Większość występujących w niej postaci, łącznie z cesarzem Konradem, to postaci fikcyjne. Sama autorka pisze iż chodzi jedynie o oddanie ducha epoki, a nie przedstawienie historycznych faktów. I rzeczywiście udało się jej to osiągnąć. Zresztą trudno się dziwić barwności opisywanego przez nią świata, skoro inspiracją do powstania powieści był XIII- wieczny poemat Romans róży. Utwór skandalizujący i, jak na tamte czasy, nietypowy.

Po raz kolejny przypadkowo trafiłam na świetną lekturę. Mam nadzieję na więcej takich przypadków i zachęcam do sięgnięcia po Zemstę róży.

poniedziałek, 6 maja 2013

Boże, chroń królową! "Elżbieta II. Portret monarchini"

Elżbieta II to swoista ikona. Dla mnie, tak jak zapewne dla wielu, jest pewnego rodzaju pewnikiem w niespokojnym świecie. Podczas gdy zmieniają się prezydenci, premierzy, przywódcy, papieże ona nieporuszenie trwa na stanowisku.

Zawsze podziwiałam królową angielską za siłę, którą posiada. Jednak jak ogromne są jej pokłady zrozumiałam dopiero podczas lektury książki Elżbieta II. Portret monarchini. 

Książa opowiada o życiu angielskiej władczyni od momentu niespodziewanego wstąpienia na tron jej ojca aż do czasów współczesnych. Niespodziewany "awans" ojca sprawił, że był on nieprzygotowany do sprawowania władzy. Chciał przed tym uchronić swoją następczynię dlatego Elżbieta już od najmłodszych lat zapoznawana była z angielskim prawodawstwem i obowiązkami monarchy. Mamy szansę zobaczyć wydarzenia, które ukształtowały młodą dziewczynę i sprawiły, że stała się ona potem niezłomną kobietą. 

Ilość materiałów, do których sięgnęła autorka jest imponująca. Bibliografia zajmuje sześć, gęsto zapisanych, stron. Są tam zarówno opracowania naukowe (niestety tylko kilka z nich zostało przetłumaczonych na język polski), jak i programy telewizyjne czy prace do tej pory nigdzie nie publikowane.

Zapewne w tym momencie zaczęliście się obawiać, że Elżbieta II. Portret monarchini to nudna, stricte naukowa, biografia, której lekturę może przetrwać jedynie historyk. Zdecydowanie tak nie jest. Sally Bedell Smith stara się pokazać jak najbardziej ludzkie oblicze tej niezłomnej kobiety. Skupia się na panujących w rodzinie Windsorów relacjach, licznych podróżach rodziny królewskiej, ich reakcji na wydarzenia ważne dla kraju i radzeniu sobie z nowymi czasami i obyczajami. Dzięki temu królowa przestała być dla mnie postacią posągową, idealną, ale zeszła z piedestału i okazała się być realnym człowiekiem z ogromnymi pasjami, śmiejącym się z dowcipów i rozpaczającym po stracie. 

Biografia ta, to nie tylko historia, często dość burzliwa, jednej rodziny, ale także okazja przyjrzenia się temu jak przez 60 lat panowania królowej zmienił się świat. Autorka nie skupia się co prawda na przedstawieniu epoki samej w sobie, ale czyni ją barwnym tłem dla opisywanych przez siebie wydarzeń. 

Książka została wzbogacona licznymi fotografiami z najważniejszych chwil życia Elżbiety i rodziny Windsorów. Głownie przedstawiają ich one podczas pełnienia oficjalnych obowiązków, ale nie brakuje też zdjęć z ich życia prywatnego. Najbardziej zaskoczyły mnie te z młodości królowej- nie miałam pojęcia, że była ona taką pięknością. 

Sam fakt, że autorka jest Amerykanką sprawia, że ma ona do brytyjskiej monarchii dość neutralny stosunek. Przygląda się jej , jak pięknemu zjawisku, a jednocześnie nie agituje w swojej książce za czy przeciw. Choć na pewno widać tam dużo sentymentu żywionego dla Elżbiety, którą Sally Bedell Smith miała okazję dwukrotnie, przelotnie spotkać. 

Elżbieta II. Portret monarchini to nie pierwsza biografia członka rodzin Windsorów napisana przez Sally Bedell Smith. Wcześniej spod pióra tej amerykańskiej historyczki wyszła biografia księżnej Diany, a także opowieści o osobistościach ze świata polityki m.in. Kennedym czy Clintonach.

Na koniec przyznam, że autorka/tłumaczka kupiła mnie już pierwszym zdaniem. Mianowicie pisząc o ślubie najmłodszego pokolenia królewskiego rodu użyła określeń: książę Wilhelm i księżna Katarzyna, a nie książę William i księżna Kate, które mnie osobiście bardzo irytują (w końcu mamy królową Elżbietę a nie Elisabeth). Niby jest to drobiazg, ale świadczy o dużej dbałości o szczegóły i dał mi nadzieję, że cała książka jest taka "dopieszczona". I nie zawiodłam się.

Po raz kolejny zaczęłam zazdrościć Brytyjczykom monarchii. Szczególnie, że Elżbieta wyzierająca z kartek książki to osoba, z której każdy obywatel, niezależnie od politycznych przekonań, może być dumny. Elżbieta II. Portret monarchini to doskonała lektura dla każdego, kto choć raz zadawał sobie pytanie "jak to z tą rodziną królewską jest naprawdę?". Polecam.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat



Książkę zgłaszam do wyzwań:



poniedziałek, 25 marca 2013

"Wybierając się w podróż koleją, włóż czystą bieliznę... "Autobiografia"

..., ponieważ może zdarzyć się wypadek". Jest to jedna z wiktoriańskich mądrości, którymi uraczy swoich czytelników Agata Christie.

Autobiografia zdecydowanie nie jest jedynie zbiorem informacji o samej autorce. To co się od razu rzuca w oczy to fantastyczny opis czasów, w których przyszło jej dorastać i tworzyć. Z jednej strony dowiadujemy się jakim dzieckiem była Agata, co ją ciekawiło, czym się bawiła. Zaskoczeniem dla mnie była informacja, że nie była ona poddana żadnej edukacji. Nie skończyła szkoły, nie brała prywatnych lekcji, nie była kształcona w domu przez rodzinę. Była chyba ostatnim pokoleniem panienek, które miały umieć zachować się w towarzystwie, grać na fortepianie, rysować, mówić po francusku itd. Wpływ na to zapewne miał fakt, że była trzecim, najmłodszym dzieckiem swoich rodziców i byli oni dla niej zdecydowanie bardziej pobłażliwi niż dla jej starszego rodzeństwa.

Towarzyszymy autorce tak naprawdę od pierwszych zapamiętanych przez nią wspomnień, aż do roku 1965 kiedy skończyła pisać Autobiografię. Dzieli się ona z czytelnikiem zarówno chwilami sukcesu jak i klęski, pozwala nam zajrzeć do wnętrz jej domów i stać się miłym gościem, który bierze udział w ważnych dla rodziny wydarzeniach. Czujemy się zaproszeni do jej życia, a nie jak podglądacz, któremu ukradkiem udaje się podpatrzeć chwile intymności. Wrażenie to zwiększają jeszcze fotografie z różnych okresów życia autorki, jakimi książka została wzbogacona. Dzięki temu nie ma wrażenia czytania o osobie obcej, nieznanej. Jest to raczej jak słuchanie historii opowiadanej przez babcię, połączone z oglądaniem rodzinnego albumu.

Byłam pod wrażeniem siły jaką wykazywała autorka podczas obu wojen światowych. W trakcie pierwszej, jako młoda dziewczyna, pracowała w szpitalu opiekując się przywożonym z frontu rannymi. Później przygotowywała leki w przyszpitalnej aptece. Tę samą pracę wykonywała podczas kolejnej wojny. Drugą rzeczą, która wywarła na mnie wrażenie były jej liczne podróże. W czasach kiedy przemieszczano się dużo wolniej i zdecydowanie mniej wygodnie niż obecnie Christie jeździła na Bliski Wschód czy do Afryki. Autobiografię zaczęła pisać w Iraku gdzie przebywała na wykopaliskach archeologicznych. Miała wtedy 65 lat. I zdecydowanie potrafiła cieszyć się życiem.

Drugą stroną Autobiografii jest, dla mnie wręcz genialne, ukazanie "ducha epoki". Christie bez skrępowania pisze o problemach z zatrudnianiem służących, stosunkach jakie panowały w Anglii początków XX wieku, przebiegu prac archeologicznych. Dowiadujemy się przy okazji, że wstawienie do spiżarni zarekwirowanego domu 14 sedesów wojsko uznaje za ulepszenie, którego koszty powinien ponieść właściciel nieruchomości czy, że sama Agata w rubrykę zawód wpisywała "przy mężu" gdyż przez lata nie czuła się nikim więcej.

Niejednokrotnie trafiałam na rzeczy, które mnie wydawały się wręcz absurdalne, budziły uśmiech, a sto lat temu traktowane były z największą powagą jaką tylko można sobie wyobrazić. Trzeba przyznać, że sama autorka, patrząc z perspektywy czasu, niejednokrotnie dostrzega i podkreśla irracjonalność pewnych zachowań. Przypomina mi przy tym pannę Marple: szczerą do bólu, z przyjemnością plotkującą, a jednocześnie nie rozwodzącą się nad uczuciami i filozofią życia.

Autobiografię czyta się z taką samą przyjemnością i zaciekawieniem jak najlepsze kryminały Agaty Christie. Po raz kolejny autorka sprawia, że od książki nie można się oderwać. Polecam zdecydowanie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat


Książkę zgłaszam do wyzwania: Nie tylko literatura piękna...


sobota, 23 lutego 2013

Jerozolima oczami przybysza. "Gdzie sobota jest niedzielą. Niemiecki student w Izraelu"

O Izraelu mówi się zazwyczaj w dwóch kontekstach: Holocaustu i wojen, które go nękają od wielu lat. Zawsze z pełną powagą i patetyzmem. Markus Flohr przedstawia nam zdecydowanie inną, odbrązowioną, momentami surrealistyczną, wizję tego państwa.

Po raz pierwszy przybył on do Izraela jako student. Miał spędzić rok w Jerozolimie ucząc się na tamtejszym uniwersytecie. Pierwsza niespodzianka czekała go już zaraz po przyjeździe, kiedy okazało się, że na miejscu mieszkania, za które zapłacił znajduje się hotelowy basen. W ten sposób autorowi przypadło w udziale dzielenie lokum z trojgiem młodych Żydów, w tym jednym ortodoksyjnym. Bardzo szybko Markus odkrywa, że reguły, które rządzą koszernym domem są dla niego trudne do przyswojenia.

Przewodnikiem Markusa po tym, jakże odmiennym świecie, są dwie osoby: Niemiec Friedrich, poznany przez autora w trakcie podróży i jeden ze współlokatorów, Simson. To z nimi podróżuje, bierze udział w świętach religijnych różnych wyzwań, festiwalach, imprezach czy mierzy się z przeszłością obu narodów w Instytucie Jad Waszem. Również dzięki nim poznaje dziewczynę, z którą połączy go uczucie: Noę.

W swojej książce Markus opisuje nie tylko sytuacje zabawne, takie jak np. zabłąkanie się w dzielnicy ortodoksyjnych Żydów z ogromnym krzyżem na ramionach, ale mówi również o uprzedzeniach jakie mają Izraelici w stosunku do obcych. O dużej dozie nieufności z jaką podchodzą do przybyszów, a także o ludziach, którzy przybywają do Jerozolimy w poszukiwaniu historii i odkupienia. Z jednej strony książka jest bardzo wyważona, Flohr nie dokonuje samobiczowania z tego powodu, że jest Niemcem. Traktuje Izrael jak każdy inny kraj, który by odwiedził. Z drugiej jednak strony już pierwszych kilka zdań jest na tyle odważnych, że przestałam się obawiać iż dostanę uładzoną, pozbawioną zaszłości historycznych opowieść o studenckim życiu w nowym mieście.

Tam gdzie sobota jest niedzielą to książka dająca czytelnikowi możliwość zajrzenia do świata niedostępnego dla przeciętnego turysty. Napisana lekkim językiem, jest pewnego rodzaju pamiętnikiem. Mamy tam więc do czynienia nie tylko z suchymi opisami miasta i jego mieszkańców, ale także przemyśleniami autora, jego wrażeniami i obserwacjami. Dzięki temu jest ona bardzo interesująca i wciągająca. Jak dla mnie niestety miała również jeden minus: całe ustępy/rozmowy nie przetłumaczone z angielskiego na polski. 

Oczywiście była to niedogodność,  która nie przekreśliła pozytywnego odbioru lektury. Jeżeli macie ochotę zobaczyć inny obraz Jerozolimy niż ten przedstawiany w przewodnikach to polecam.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat.



Książkę zgłaszam do wyzwania: Nie tylko literatura piękna



środa, 12 grudnia 2012

Poczciwa staruszka. "Noc w bibliotece".

Ostatnio pisałam o powieści "z Herkulesem bez Herkulesa". Tym razem, za sprawą książki Noc w bibliotece, miałam podobne odczucia co do panny Marple. 

W bibliotece, należącego do pułkownika Bantry'ego i jego żony, dworu zostają znalezione zwłoki młodej dziewczyny. Nikt nie przyznaje się do znajomości z nią, nikt też nie wie skąd ona się tam wzięła. Pani Bantry zdaje sobie sprawę, że jeśli zbrodnia pozostanie niewyjaśniona wszystkie podejrzenia skupią się na jej mężu, co zaowocuje towarzyskim ostracyzmem, z którym pułkownik może sobie nie poradzić. Dlatego też wzywa na pomoc swoją znajomą: pannę Jane Marple. 

Od tego momentu cała akcja przenosi się do pobliskiego hotelu gdzie zmarła pracowała i gdzie przebywają wszyscy podejrzani. I również od tego momentu, jak dla mnie, zaczęło robić się dziwnie. Oprócz panny Marple nad sprawę pracuje nie tylko miejscowa policja, ale i były szef Scotland Yardu. Wszyscy oni współpracują w pełnej zgodzie, razem dyskutując nad problemami i wymieniając informacjami, a panna Marple traktowana jest nie jak wścibska staruszka, ale jak cenny konsultant.

Oczywiście nie znaczy to, że staruszka zmieniła się w jakiś sposób. Tam gdzie autorka dawała się jej wykazać mieliśmy znowu poczciwą niewiastę, która porównując podejrzanych do swoich krewnych czy znajomych z codziennego życia, dokonywała zaskakujących odkryć. Ale jako że jestem absolutną fanką postaci panny Marple, to dla mnie było jej w książce za mało.

Za to inny bohaterowie to mieszanka wybuchowa. Zamordowana dziewczyna okazuje się być tancerką w pobliskim hotelu. Jej młodzieńcza uroda tak wpłynęła na jednego z gości, że postanowił ją zaadoptować. Niezbyt szczęśliwi z tego powodu są jego bliscy, którzy liczyli na pokaźny spadek. Niestety każdy kto ma motyw, ma rtakże żelazne alibi.  Dodatkowo ginie również, mieszkająca w okolicy "panienka z dobrego domu"- kilkunastoletnia uczennica. Przed trójką detektywów staje pytanie czy te zbrodnie są w jakiś sposób powiązane.

Jak zwykle sprawa okazała się być dla mnie zbyt skomplikowana, choć, wyjątkowo, tym razem żywiłam podejrzenia co do osoby sprawcy. Po raz kolejny Agata Christie utkała misterną kryminalną intrygę, w którą dają się złapać nie tylko bohaterowie, ale również czytelnik. Jak dla mnie Noc w bibliotece to kolejny klasyczny i doskonały kryminał z dorobku autorki. Czytało mi się go z wielką przyjemnością i z równie wielką ochotą sięgnę po następne.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję: Grupie Wydawniczej Publicat



Książkę zgłaszam do wyzwań: 


sobota, 1 grudnia 2012

Kolejne spotkanie z Herkulesem. "Niedziela na wsi"

Nie macie czasem wrażenia, że większość opisywanych przez Agatę Christie morderstw dzieje się w dużych posiadłościach poza Londynem? Tak jakby cała angielska "arystokracja" czekała z wzajemnym zabijaniem się, aż do momentu opuszczenia miasta... Tak też było i tym razem.

Lady Lucy Angkatell zgromadziła w swojej posiadłości liczne grono znajomych i krewnych. Niestety zapraszając ich nie wzięła pod uwagę ich wzajemnych sympatii i antypatii. Dlatego też atmosfera tego spotkania jest dość ciężka. Pogarsza ją jeszcze nagłe pojawienie się, w sobotni wieczór, Veronicy Cray- sławnej autorki i byłej, wielkiej miłości jednego z gości: Johna Christowa. Wchodzi ona w sam środek skomplikowanych relacji towarzyskich i sprawia, że stają się one jeszcze trudniejsze. Skutkiem tego, kiedy następnego dnia, na proszony obiad, przybywa Herkules Poirot pierwszą sceną , która mu się ukazuje jest małżonka Johna Christowa stojąca nad jego zwłokami z pistoletem w ręku...

Na początku sławny detektyw czuje się zirytowany. Wydaje mu się, że stał się świadkiem przedstawienia- wstępu do gry "kto zabił", którą zebrani chcą sobie urozmaicić popołudnie, dodatkowo przyglądając się jak z tą tajemnicą poradzi sobie tak osławiona postać. Zorientowanie się, że scena jest prawdziwa zajmuje mu na szczęście tylko chwilę, dzięki czemu udaje mu się usłyszeć jeszcze ostatnie słowa konającego: imię jego kochanki.

Niedziela na wsi jest, według mnie, lekturą dziwną. Zaraz po zbrodni Poirot znika. Spotykamy go co jakiś czas w jego, położonym w sąsiedztwie, domku. Wysłuchuje tych, którzy przychodzą z nim porozmawiać, dyskutuje z miejscowym inspektorem, ale tak naprawdę nie włącza się aktywnie w śledztwo. Jest jak taki wszystkowiedzący mędrzec: przygląda się sytuacji i czeka kiedy się ona wyjaśni. Tym razem to nie z jego ust poznamy rozwiązanie zagadki, chociaż oczywiście dla niego wszystko jasne było już dużo wcześniej.

Zdecydowanie za to rzucającą się w oczy postacią jest gospodyni, Lady Lucy Angkatell. Kobieta lekko na bakier z rzeczywistością. Nie panująca nad czasem i przestrzenią. Sylwetka, której absolutnie nie da się przegapić, która nadaje książce ton, i która niejednokrotnie przyprawiała mnie o uśmiech.

Muszę przyznać, że po lekturze tej powieści mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony zagadka była raczej przewidywalna, choć zakończenie mnie ciut zaskoczyło. Z drugiej to była taka powieść z Poirotem, bez Poirota. Miałam wrażenie, że śledztwo rozwiązuje się samo. Co nie zmienia faktu, że Niedziela na wsi jest bardzo przyjemną i godną polecenia lekturą.

Książkę zgłaszam do wyzwań: Tydzień bez nowości