poniedziałek, 20 maja 2013

Dworska miłość. "Zemsta róży"

Dawno nie czytałam tak zaskakującej i przewrotnej książki. A pomyśleć, że trafiłam na nią zupełnie przypadkowo.

Akcja Zemsty róży zaczyna się nietypowo. Cesarz Konrad organizuje coroczne spotkanie arystokracji. Z dala od czujnych oczu Kościoła, przez kilka dni, panowie oddają się pijaństwu i rozpuście. W tych to oto pięknych okolicznościach poznajemy głównych bohaterów powieści. Młodego władcę wielkiego imperium, którego jego rada chce zmusić do małżeństwa z niezbyt urodziwą niewiastą; zarządcę jego dworu: Marcusa- mężczyznę, który ośmielił się zakochać w swojej narzeczonej i zamiast odwlekać moment ślubu stara się go przyspieszyć. Na bachanalia nie stawił się Jouglet, minstrel i przyjaciel cesarza, a także szpieg i największy intrygant na dworze. Znajduje się on w tym czasie u przyjaciół, gdzie w jego głowie rodzi się plan wprowadzenia na dwór ubogiego rycerza Willema z Dole i pomóc mu w zrobieniu wielkiej kariery.

Problem jest jeden: Willem to prowincjonalny, żyjący szczytnymi ideałami mężczyzna, który na pełnym spisków dworze czuje się jak jagnię między wilkami, przez co plany minstrela nie raz stają na głowie. To co się dzieje to prawdziwy galimatias. Co i rusz na jaw wychodzą nowe tajemnice, ludzie zrzucają skórę, odkrywają prawdziwe oblicza i przeszłość i jedynie cesarski brat i stryj pozostają niezmiennie źli- od pierwszej do ostatniej strony. Zaś tytułowa róża nie tylko zachwyca urodą i budzi miłość, ale też jest gotowa walczyć o swoje szczęście.

Po Zemście róży spodziewałam się raczej poważnej, pełnej intryg, powieści historycznej. I częściowo spełniła te moje oczekiwania. Bo rzeczywiście przeróżnych intryg w niej nie brakowało. Momentami wręcz zaczynało się od nich kręcić w głowie. Za to zdecydowanie nie jest to książka poważna. Trudno się temu dziwić patrząc na to, że głównym bohaterem autorka uczyniła minstrela. Pewnego siebie, cynicznego, cieszącego się zaufaniem władcy i ogromną niezależnością, a jednocześnie, dzięki swojej pozycji, mogącego bez obaw komentować otoczenie. 

Powieść jest lekka, zabawna i bardzo przewrotna. Takich zwrotów akcji jakie funduje nam autorka zdecydowanie się nie spodziewałam. Trudno było mi się oderwać od lektury i mam nadzieję na więcej, szczególnie że Nicole Galland napisała jeszcze kilka innych książek, które może doczekają się kiedyś tłumaczenia na język polski.

Na koniec warto zauważyć, że Zemsta róży nie jest pretenduje do miana książki historycznej. Większość występujących w niej postaci, łącznie z cesarzem Konradem, to postaci fikcyjne. Sama autorka pisze iż chodzi jedynie o oddanie ducha epoki, a nie przedstawienie historycznych faktów. I rzeczywiście udało się jej to osiągnąć. Zresztą trudno się dziwić barwności opisywanego przez nią świata, skoro inspiracją do powstania powieści był XIII- wieczny poemat Romans róży. Utwór skandalizujący i, jak na tamte czasy, nietypowy.

Po raz kolejny przypadkowo trafiłam na świetną lekturę. Mam nadzieję na więcej takich przypadków i zachęcam do sięgnięcia po Zemstę róży.

wtorek, 14 maja 2013

Teroryści atakują. "Czarny piątek"

Po raz pierwszy skończyłam lekturę książki Alex Kavy z mieszanymi uczuciami. Bo z jednej strony całkiem interesująca fabuła, ale z drugiej jakoś powieść do mnie nie przemówiła.

W największym centrum handlowym USA, w okresie wzmożonego ruchu dochodzi do ataku terrorystycznego. W budynku wybuchły trzy bomby podłożone przez niczego nieświadomych kurierów. Straty nie są ogromne- w całej akcji chodziło bardziej o efekt psychologiczny niż masakrę ludności. Jedyne co poszło nie tak, to fakt, że jeden z kurierów przeżył. Tajemniczy mężczyzna stojący za zamachami postanawia upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Zabić kuriera i jego towarzyszy oraz uderzyć w kolejnym miejscu. Maggie O'Dell ma 24 godziny, żeby rozpracować jego zamiary. Zapewne byłoby jej łatwiej gdyby w sprawę nie był zamieszany jej przyrodni brat.

Po raz kolejny fabuła była skonstruowana tak, że czytelnik pozostawał w niepewności przez całą lekturę. Znowu towarzyszyliśmy przestępcy w jego poczynaniach i mogliśmy śledzić bieg jego myśli. Brakowało mi jednak pewnej rzeczy. Owszem szef terrorystów był postacią wielopłaszczyznową, zmieniającą twarze i nieprzeciętnie inteligentną, ale w przeciwieństwie do poprzednich morderców, robił wrażenie absolutnie zrównoważonego psychicznie. Każdy jego ruch był zaplanowany, przemyślany, nie pozostawiał miejsca na działanie przypadku. Mam jednak wrażenie, że bardziej do mnie przemawia postać "wariata" ogarniętego obsesją.

Druga rzecz, która zgrzytała mi w Czarnym piątku to bohaterowie. Ze względu na cięcia finansowe agent Tully nie tylko nie leci z Maggie na miejsce zbrodni, ale nie bierze żadnego udziału w śledztwie. Nie ma też innych postaci, które polubiliśmy we wcześniejszych częściach albo występują one tylko epizodycznie. Dodatkowo miejsce dyrektora Cunninghama zajął zastępca dyrektora, Kunze. Człowiek oskarżający Tully'ego i Maggie o śmierć swojego poprzednika, deprecjonujący ich umiejętności i przydatność dla FBI i starający się na stałe zasiąść w dyrektorskim fotelu. I to właśnie on towarzyszy agentce O'Dell w śledztwie.

Czarny piątek przykuł moją uwagę, wciągnął w skomplikowane śledztwo, ale nie zachwycił. Mimo wszystko myślę, że tak samo jak wszystkie poprzednie książki Alex Kavy mogę go z czystym sercem polecić.

piątek, 10 maja 2013

Świat babeczek. "Przepis życia"

Wiadomo, że nic tak nie poprawia humoru jak czekolada. Gdyby przywódcy wielkich armii jedli ją codziennie świat dawno zapomniałby o wojnach. Okazuje się, że takie terapeutyczne działanie posiada nie tylko ona, ale również babeczki.

Annie i Julia spotykają się po raz pierwszy od dziesięciu lat. Patrząc na nie trudno jest uwierzyć, że razem się wychowywały, chodziły do szkoły i były najlepszymi przyjaciółkami. Teraz pomiędzy nimi stanął ogromny emocjonalny mur. Kiedy więc wpadają na siebie na, odbywającym się w rodzinnym domu Julii, przyjęciu są sobie obce. Różni je wiele rzeczy. Łączy jedynie miłość do słodyczy.

Annie jest cukiernikiem. Talent kulinarny odziedziczyła po swojej matce, kucharce pracującej dla rodziny Julii. Od je śmierci Annie marzy o odnalezieniu jej notesu z przepisami oraz  założeniu własnej cukierni. Z kolei Julia to bizneswomen, która nagle rzuciła pracę w Nowym Jorku i wróciła do rodzinnego San Francisco aby czuwać nad przygotowaniami do swojego ślubu. Wyraźnie jednak trapią ją jakieś smutki i rozterki. W ich pozbyciu się ma jej pomóc pewien projekt: cukiernia, na którą ona wyłoży pieniądze, a której szefową będzie Annie.

Początki współpracy są trudne. Nie tylko ze względu na atmosferę między bohaterkami, ale również dlatego że remont lokalu napotyka na coraz to nowe trudności. Ktoś wybija szybę, niszczy drzwi, a na desce przeznaczonej na blat baru napisał: „To nie jest miejsce dla ciebie”. Słowa, które Annie wielokrotnie słyszała podczas ostatniego roku w liceum. Ostatnich chwil spędzonych wraz z Julią. Wydaje się, że ich prześladowcą jest osoba, która zna ich przeszłość.

Narratorkami Przepisu na życie są na przemian Annie i Julia. Dzięki temu zabiegowi możemy spojrzeć na te same wydarzenia z różnej strony. Mamy także wgląd w różne aspekty ich przeszłości, które mają wpływ na współczesne wydarzenia. Obie muszą zmierzyć się z trudnymi wspomnieniami. Dopóki sobie z nimi nie poradzą, nie będą w stanie normalnie istnieć.

Ciekawym zabiegiem jest podzielenie tekstu na miesiące. Autorka rozpoczyna od powtórnego spotkania bohaterek w czerwcu i kończy na maju kolejnego roku. Z każdego kolejnego miesiąca wybiera te wydarzenia, które dotyczą ich obu i wspólnie zakładanej cukierni. Dzięki temu nie zasypuje czytelnika mnogością wątków i bohaterów.

Przyznam, że spodziewałam się kolejnej romantycznej historii okraszonej sporą dawką apetycznych potraw. I pod tym względem Przepis życia mnie zaskoczył. Pojawiający się w nim wątek miłosny jest tylko dodatkiem, nie stanowi najistotniejszego elementu fabuły.

Trudno uwierzyć, że Przepis życia to literacki debiut Meg Donohue. Powieść czyta się jednym tchem cały czas mając nadzieję, że bohaterkom uda się naprawić relacje. Jedyne co mnie rozczarowało to brak przepisów. Opisy kolejnych serwowanych przez Annie babeczek sprawiają, że czytelnikowi cieknie ślinka. Nie może jednak przekonać się jak smakowałyby one w rzeczywistości.

wtorek, 7 maja 2013

W szachy o życie. "Ósemka"

Są książki, które budzą we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony fabuła wydaje się być ciekawa, stworzona z pomysłem, z drugiej jednak lektura idzie mi opornie, myśli podczas czytania uciekają, a po książkę sięgam z lekką niechęcią. Taka niestety była właśnie Ósemka.

Pomysł połączenia w jednej książce historii i teraźniejszości (lub raczej bardzo niedawnej przeszłości) nie jest niczym nowym. Tak samo jak poszukiwanie mistycznego, zaginionego przedmiotu, który ma niezbadane możliwości. Wszystko to brzmi ciekawie i intrygująca, ale przyjrzymy się temu dokładniej.

Tajemniczym przedmiotem, na tropie którego są bohaterowie Ósemki, są szachy- wykonane przez Maurów, podarowane Karolowi Wielkiemu i przez niego ukryte w opactwie Montglane aby nikt nie zawładnął ich ogromną mocą (jakie dokładnie mają one właściwości dowiadujemy się dopiero na ostatnich stronach- wcześniej autorka przedstawia je dość mgliście). Do zawładnięcia kompletem dążyły koronowane głowy i rządni władzy politycy wielu krajów i wielu epok. Aż dziw, że przetrwały one schowane przez prawie tysiąc lat.

Historyczna fabuła zabiera nas do Francji czasów Wielkiej Rewolucji. W związku z likwidacją klasztorów przeorysza opactwa Montglane wydobywa szachy, rozdaje figury swoim zakonnicom i wysyła je z nimi w różne zakątki Europy tak, aby nikt nie zebrał całego kompletu. My towarzyszymy dwóm nowicjuszkom: Mireille i Valentine, które zamieszkują u swojego opiekuna, malarza Jacquesa- Louis Davida. Umieszczone w samym centrum Paryża panienki mają być punktem kontaktowym dla wszystkich sióstr, którym grozi niebezpieczeństwo. Nie spodziewają się, że zostaną uwikłane w politykę i że te drogocenne figurki będą mieć tak ogromny wpływ na ich losy: przyciągną śmierć, zmuszą do podróży przez pustynię, ofiarują miłość.

Akcję części współcześniejszej poznajemy z ust jej głównej bohaterki: Catherine. Jest ona ekspertem komputerowym (a w latach 70. kobieta na takim stanowisku to widok nieczęsty). W związku z narażeniem się szefowi ma zostać wysłana na kontrakt do Algierii. Znajomy prosi ją wtedy żeby przywiozła stamtąd stare szachowe figury. Przed wyjazdem dostaje ona dziwne ostrzeżenie, z ust starej kobiety, podającej się za wróżkę. Staje się też uczestnikiem dziwnego turnieju szachowego oraz znajduje zwłoki zaginionego szofera przyjaciółki. Wyraźnie ktoś interesuje się jej osobą, a intryga wokół niej zaczyna gęstnieć.

Opis fabuły brzmi bardzo interesująco, ale w praktyce nie był już tak różowo. Przede wszystkim miałam wrażenie, że ciągle któraś z bohaterek jedzie przez pustynię (przy czym autorka stara się nam bardzo dokładnie przedstawić mijane krajobrazy). Druga irytująca mnie rzecz to była kompletna nieświadomość Catherine. Wypełniała ona polecenia kolejnych osób, szła tam gdzie została wysłana, akceptowała niejasne wskazówki i bardzo powoli szukała rozwiązań. Na niekorzyść książki działała jeszcze jedna rzecz: matematyczne rozważania prowadzone w kontekście czy to komputerów, szachów czy ropy. Wynika to zapewne z tego, że Katherine Neville karierę robiła właśnie w dziedzinie komputerów. Pracowała dla OPEC, była wiceprezesem Bank of America. Jednocześnie zajmowała się malarstwem i fotografią. Postać Catherine obdarzyła ona zarówno swoimi pasjami jak i doświadczeniami zawodowymi. Ósemka jest literackim debiutem pisarki i jedną z czterech jej książek.



Oczywiście Ósemka ma nie tylko słabe strony. Były momenty, że lektura naprawdę mnie wciągała. Trzeba przyznać, że zrobienie bohaterami "sław" Wielkiej Rewolucji było całkiem ciekawym zabiegiem. Również XX- wieczne postacie przyciągają uwagę czytelnika. Jest to zbieranina przeróżnych charakterów, która nie raz zaskakuje swoim zachowaniem- potrafi rozbawić i przestraszyć.

Mimo wszystko jednak, dla mnie Ósemka jest zmarnowanym pomysłem zapisanym na prawie 700 stronach. Uważam, że bazując na wizji Katherine Neville można było stworzyć dużo ciekawszą powieść.

poniedziałek, 6 maja 2013

Boże, chroń królową! "Elżbieta II. Portret monarchini"

Elżbieta II to swoista ikona. Dla mnie, tak jak zapewne dla wielu, jest pewnego rodzaju pewnikiem w niespokojnym świecie. Podczas gdy zmieniają się prezydenci, premierzy, przywódcy, papieże ona nieporuszenie trwa na stanowisku.

Zawsze podziwiałam królową angielską za siłę, którą posiada. Jednak jak ogromne są jej pokłady zrozumiałam dopiero podczas lektury książki Elżbieta II. Portret monarchini. 

Książa opowiada o życiu angielskiej władczyni od momentu niespodziewanego wstąpienia na tron jej ojca aż do czasów współczesnych. Niespodziewany "awans" ojca sprawił, że był on nieprzygotowany do sprawowania władzy. Chciał przed tym uchronić swoją następczynię dlatego Elżbieta już od najmłodszych lat zapoznawana była z angielskim prawodawstwem i obowiązkami monarchy. Mamy szansę zobaczyć wydarzenia, które ukształtowały młodą dziewczynę i sprawiły, że stała się ona potem niezłomną kobietą. 

Ilość materiałów, do których sięgnęła autorka jest imponująca. Bibliografia zajmuje sześć, gęsto zapisanych, stron. Są tam zarówno opracowania naukowe (niestety tylko kilka z nich zostało przetłumaczonych na język polski), jak i programy telewizyjne czy prace do tej pory nigdzie nie publikowane.

Zapewne w tym momencie zaczęliście się obawiać, że Elżbieta II. Portret monarchini to nudna, stricte naukowa, biografia, której lekturę może przetrwać jedynie historyk. Zdecydowanie tak nie jest. Sally Bedell Smith stara się pokazać jak najbardziej ludzkie oblicze tej niezłomnej kobiety. Skupia się na panujących w rodzinie Windsorów relacjach, licznych podróżach rodziny królewskiej, ich reakcji na wydarzenia ważne dla kraju i radzeniu sobie z nowymi czasami i obyczajami. Dzięki temu królowa przestała być dla mnie postacią posągową, idealną, ale zeszła z piedestału i okazała się być realnym człowiekiem z ogromnymi pasjami, śmiejącym się z dowcipów i rozpaczającym po stracie. 

Biografia ta, to nie tylko historia, często dość burzliwa, jednej rodziny, ale także okazja przyjrzenia się temu jak przez 60 lat panowania królowej zmienił się świat. Autorka nie skupia się co prawda na przedstawieniu epoki samej w sobie, ale czyni ją barwnym tłem dla opisywanych przez siebie wydarzeń. 

Książka została wzbogacona licznymi fotografiami z najważniejszych chwil życia Elżbiety i rodziny Windsorów. Głownie przedstawiają ich one podczas pełnienia oficjalnych obowiązków, ale nie brakuje też zdjęć z ich życia prywatnego. Najbardziej zaskoczyły mnie te z młodości królowej- nie miałam pojęcia, że była ona taką pięknością. 

Sam fakt, że autorka jest Amerykanką sprawia, że ma ona do brytyjskiej monarchii dość neutralny stosunek. Przygląda się jej , jak pięknemu zjawisku, a jednocześnie nie agituje w swojej książce za czy przeciw. Choć na pewno widać tam dużo sentymentu żywionego dla Elżbiety, którą Sally Bedell Smith miała okazję dwukrotnie, przelotnie spotkać. 

Elżbieta II. Portret monarchini to nie pierwsza biografia członka rodzin Windsorów napisana przez Sally Bedell Smith. Wcześniej spod pióra tej amerykańskiej historyczki wyszła biografia księżnej Diany, a także opowieści o osobistościach ze świata polityki m.in. Kennedym czy Clintonach.

Na koniec przyznam, że autorka/tłumaczka kupiła mnie już pierwszym zdaniem. Mianowicie pisząc o ślubie najmłodszego pokolenia królewskiego rodu użyła określeń: książę Wilhelm i księżna Katarzyna, a nie książę William i księżna Kate, które mnie osobiście bardzo irytują (w końcu mamy królową Elżbietę a nie Elisabeth). Niby jest to drobiazg, ale świadczy o dużej dbałości o szczegóły i dał mi nadzieję, że cała książka jest taka "dopieszczona". I nie zawiodłam się.

Po raz kolejny zaczęłam zazdrościć Brytyjczykom monarchii. Szczególnie, że Elżbieta wyzierająca z kartek książki to osoba, z której każdy obywatel, niezależnie od politycznych przekonań, może być dumny. Elżbieta II. Portret monarchini to doskonała lektura dla każdego, kto choć raz zadawał sobie pytanie "jak to z tą rodziną królewską jest naprawdę?". Polecam.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat



Książkę zgłaszam do wyzwań:



środa, 1 maja 2013

Ćwicząc dygnięcia. "Córka markizy"

Kilka miesięcy temu miałam przyjemność czytać pisarski debiut Lauren Corony Wenecję Vivaldiego. Zachwycałam się wtedy tamtą powieścią i pisałam, że chętnie sięgnęłabym po kolejne dzieła autorki. Udało mi się to ostatnio i przyznam, że zostałam pozytywnie zaskoczona. Córka markizy spodobała mi się jeszcze bardziej.

Po raz kolejny autorka swoimi bohaterkami czyni dwie młode, wychowywane razem, panienki. Jedna z nich, Lili, jest córką markizy Emilie de Chatelet, genialnej matematyczki, jednej z pierwszych kobiet, które odważyły się poświęcić nauce. Niestety dziewczyna nie miała okazji poznać matki, gdyż ta umarła zaraz po porodzie. Wychowuje ją przyjaciółka Emilii, Julie de Bercy, której córka, Delphine, jest rówieśniczką Lily i jej najlepszą przyjaciółką. Dziewczynki bardzo się różnią. Podczas gdy, Lilly odziedziczyła po matce inteligencję, ciekawość świata, niechęć do konwenansów i dworskiego życia oraz odwagę by przeciwstawić się narzucanym ograniczeniom, Delphine marzy o pobycie na dworze, pięknych sukniach, kapeluszach, a przede wszystkim o dobrym mężu. W związku z tym dziwi trochę ogromna przyjaźń jaka łączy obie bohaterki. Lata wspólnie spędzone w klasztornej szkole i dość wyzwolonym domu sprawiły jednak, że są one sobie bliskie jak siostry.

Miałam wrażenie, że francuski dwór z wieku XVIII jest zdecydowanie bliższy autorce niż Pieta, o której pisała poprzednio. Najlepsze domy Paryża to nie tylko miejsce spotkań towarzyskiej śmietanki miasta, ale również gniazdo żmij, z którymi dziewczęta będą sobie musiały poradzić. Każda zrobi to na swój sposób: intelektem bądź wdziękiem.

Lauren Corona opowiada jednak nie tylko o dwóch wchodzących w życie panienkach. Narrację dotyczącą ich życia w połowie wieku XVIII przeplata ona krótkimi migawkami z życia markizy Emilie de Chatelet. Widać wyraźnie fascynację autorki tą kobietą i jej dokonaniami. Przyglądamy się jej przez
30 lat. Zostajemy wtajemniczeni w nieszczęśliwe małżeństwo, liczne romanse, a także ujawnienie się jej jako naukowca.

Z jednej strony Córka markizy to sprawnie opowiedziana historia dorastania i poszukiwania własnej drogi, książka spokojna, nostalgiczna. Z drugiej jednak strony z dużą dozą ironii i humoru opowiadająca o realiach epoki: strojach, konwenansach itd. Przygotowania bohaterek do prezentacji na dworze zdecydowanie obudziły moje rozbawienie. Jednocześnie poczułam ulgę, że zmiana obyczajów sprawiła iż nie muszę się zamartwiać tym czy mam tren ułożony idealnie co do milimetra.

Zdecydowaną zaletą powieści są również jej bohaterowie. Chyba w całej książce nie ma ani jednej mdłej postaci. Są okrutne, przesłodzone, naiwne, zdeterminowane, ale nigdy nudne.

Wszystko to sprawia, że mam nadzieję, iż każda kolejna książka Lauren Corony będzie takim pozytywnym zaskoczeniem. I nie mogę już doczekać się następnych.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Detektywi nie z tego świata. "Tajemnice Nowego Orleanu"

Nowy Orlean to miasto tajemnicze, pełne miejsc przesiąkniętych przeszłością. Opowiadaniem o jego interesującej historii zajmują się członkowie agencji turystycznej: Nikki, Andrea, Patricia, Nathan, Mitch i Julian, prywatnie grupa przyjaciół, spędzająca ze sobą wolny czas. Właśnie podczas przerwy w pracy, będąc w ulubionej kafejce Nikki i Andrea wpadają na tajemniczego nieznajomego, który przyciąga ich uwagę. Kilka dni później Andrea ginie. Przedawkowała narkotyki. Policja uważa, że powróciła ona do dawnego nałogu. Innego zdania jest Nikki, której przyjaciółka śniła się w momencie śmierci. Od tego czasu zaczęła widzieć jej ducha. Wpada również często na spotkanego wcześniej mężczyznę. Kiedy opisuje go policji okazuje się, że był on agentem FBI i jakiś czas temu został zamordowany, także niemożliwe jest, że dziewczyna go widzi. Znajomi zaczynają podejrzewać, że Nikki dalej jest w szoku po śmierci przyjaciółki i niezbędna jest jej opieka psychologiczna.

Jedyną osobą, która ją rozumie jest Brent: rządowy specjalista zajmujący się zjawiskami nadprzyrodzonymi. Jemu duchy po raz pierwszy ukazały się w dzieciństwie, po wypadku jego rodziców. Od tego czasu nauczył się z nimi rozmawiać i pomagać im. Do Nowego Orleanu sprowadza go sprawa zabójstwa rządowego agenta, ale bardzo szybko zauważa on, że obie zbrodnie dużo łączy i że Nikki jest w ogromnym niebezpieczeństwie.

Tajemnice Nowego Orleanu zaskoczyły mnie całkowicie. Jest to nie tylko sprawnie skonstruowany kryminał, ale też książka z duszą (bądź z duchami, jak kto woli). Autorce udało się wpleść do powieści istoty nie z tego świata w sposób bardzo sugestywny, obrazowy. W pewnym momencie czytelnik ma wrażenie, że to taka specyfika Nowego Orleanu iż duchy krążą po ulicach, pomagają rozwiązać śledztwo, walczą z narkotykami czy zaprowadzają porządek na "swoim" cmentarzu. Ot, taka ciekawostka turystyczna miasta. Jednocześnie Heather Graham nie popada w przesadę dzięki czemu książka nie stała się groteskowa.

Kolejną zaletą powieści jest wartka akcja. W jednej chwili bohaterowie uprawiają bardzo gorący seks (tak, mamy w niej też wątki romansowe), po to by za chwilę pójść na cmentarz porozmawiać z zaprzyjaźnionym duchem czy podziałać na nerwy agentowi FBI. Autorka zaskakuje i trzyma w napięciu szczególnie, że każe nam osoby mordercy szukać w najbliższym otoczeniu ofiar.

Czytając Tajemnice Nowego Orleanu trudno uwierzyć, że Heather Graham zasłynęła głównie jako autorka romansów. Pierwszą powieść wydała w 1982 r. Obecnie jest najbardziej poczytną amerykańską autorką.

Jeżeli potrzebujecie lekkiego kryminału i nie odstraszają Was dziwni detektywi, to Tajemnice Nowego Orleanu powinny przypaść Wam do gustu. 

Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle