sobota, 20 kwietnia 2013

Kolejne starcie z Duńczykami. "Zwiastun burzy"

Kiedy ostatnio żegnałam się z Uthredem przyczynił się on właśnie do wygrania bitwy z Duńczykami i zabił jednego z ich wodzów. Niestety nie posłuchał rad bardziej doświadczonych wojowników i zamiast pojechać z informacją o zwycięstwie do króla, udał się do żony. Kiedy z opóźnieniem przybył na dwór przekonał się, że ktoś przypisał sobie jego zasługi, a on sam, po raz kolejny, stał się persona non grata.

Od tych wydarzeń rozpoczyna się druga część sagi wikingów. Uthred nie jest już chłopcem znanym nam z poprzedniej książki, ale dwudziestoletnim młodzieńcem, który dalej nie umie poskromić swojego języka i zapanować nad zachowaniem za to bez problemu zjednuje sobie wrogów, W dalszym też ciągu pogardza słabym królem Alfredem, wierzącym, że da się zawrzeć pokój z najeźdźcami, a jednocześnie pozostaje zależny od rozkazów władcy, gdyż ślubował mu służyć. A władca skazuje go za karę na bezczynne tkwienie w domu, w oddali od kompanów za to z licznymi wierzycielami pod bokiem. Ta sytuacja popycha Uthreda do poszukania zarobku na morzu. Podczas pirackiego rejsu poznaje kobietę, która zmieni jego życie. Zostanie on też w końcu zmuszony do opowiedzenia się po jednej ze stron w nadchodzącej wojnie. Będzie musiał zadecydować czy jest Anglikiem czy Duńczykiem.

Tak jak było to w przypadku części poprzedniej (Ostatnie królestwo), jak i zapewne w przypadku kolejnych, naszym przewodnikiem po nękanej wojnami Anglii jest sam główny bohater. Patrzy on z perspektywy czasu na swoje zachowanie, dostrzega i podkreśla młodzieńczą butę, a jednocześnie prostymi słowy opowiada historię swojego życia. Dzięki czemu mamy wrażenie jakbyśmy siedzieli wraz z nim przy ognisku i słuchali opowiadań starca, wspominającego chwalebną młodość.Ten sposób narracji sprawia, że od książki trudno jest się oderwać. 

Tak naprawdę, wszystkie pochwały, które pisałam pod adresem Ostatniego królestwa są aktualne w stosunku do Zwiastuna burzy. Autorowi udało się stworzyć bohaterów, którzy śmieszą, irytują, przerażają, ale nie pozwalają przejść obok siebie obojętnie. Dzięki nim książka nie jest tylko zapisem kolejnych potyczek, ale żyje własnym życiem. Miałam wrażenie, że Zwiastun burzy jest trochę pogodniejszy od pierwszego tomu. Wszystko to przez nowych bohaterów wprowadzonych przez Cornwella, a szczególnie ojca Pyrlinga: kapłana- wojownika o niewyparzonym języku.

Zostawiam Uthreda, który jednocześnie cieszy się i rozpacza, świętuje triumf i klęskę. Na pewno już niedługo sprawdzę co zmieniło się w jego życiu w kolejnych tomach.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Mała czarna kuleczka... "Zostań".

Czego nie należy robić pod wpływem alkoholu? Prowadzić samochodu, podejmować ważnych decyzji, dzwonić do byłych itd. Allie Larkin do tej listy dołożyła jeszcze jeden, ważny punkt: robić zakupów w sieci.

Jak bardzo ważna jest ta wskazówka przekonuje się bohaterka Zostań Savannah. Bycie świadkiem ślubu swojej najlepszej przyjaciółki i mężczyzny, w którym kocha się od lat jest dla niej tak przygnębiającym przeżyciem, że wieczór spędza popijając martini i oglądając „Rin Tin Tina”. Zainspirowana przygodami dzielnego psa postanawia nabyć szczeniaczka. Pada na owczarka niemieckiego. Savannah zakupuje go za pośrednictwem słowackiej strony internetowej. Szumiący w głowie alkohol sprawia, że nie przeszkadza jej fakt, że większość z zamieszczonego na niej tekstu nie jest przetłumaczona na angielski. Ważne, że jest napis „szczeniaczki” i że na zdjęciach psiaki wyglądają słodko.

Jak można się domyślić zwierzak, który kilka dni później czeka na nią na lotnisku zdecydowanie nie jest małą, słodką kuleczką. Transporter, w którym przyleciał sięga Savannah do ud, a zakupiona wcześniej obroża może mu się zmieścić jedynie na łapę. Dodatkowo zwierzak rozumie komendy jedynie w języku słowackim, co nieco utrudnia komunikację. Jednak Joe okazuje się być idealnym lekarstwem na samotność. Dodatkowo sprawia, że Savannah zaprzyjaźnia się z przystojnym weterynarzem.

Stworzenie, które wprowadziło w życie bohaterki mnóstwo chaosu jednocześnie pomoże jej odzyskać spokój i ułożyć swoją przyszłość. Savannah musi nauczyć się żyć z jedynymi bliskimi jacy jej pozostali, musi stawić czoła przeszłości i w końcu przekroczyć próg rodzinnego domu.

Zostań to całkiem sympatyczna książka o miłości i przyjaźni. Nie należy spodziewać się nowatorskiej fabuły gdyż oparta jest na typowym schemacie komedii romantycznej. Z wszystkimi jego wzlotami i upadkami. Książka należy do tych przyjemnych lektur, które czyta się błyskawicznie. Przesycona jest nie tylko ciepłem, ale i humorem. Czytając o pierwszych kontaktach Savannah i Joe'go nie sposób się nie uśmiechnąć.

Zostań jest debiutem pisarskim Allie Larkin. Napisanie książki zajęło autorce 7 lat. W tym czasie w jej domu zamieszkał szczeniak owczarka niemieckiego, który stał się pierwowzorem Joe'go.

Przyznam, że jak na moje potrzeby Joe jest troszkę za grzeczny. Spodziewałam się, że będzie większym rozrabiaką (efekt namiętnego oglądania od najmłodszych lat filmów o psach- policjantach). Co nie zmienia faktu, że książka przypadła mi do gustu, znowu obudziła chęć posiadania psa i spowodowała maraton Komisarza Alexa.

środa, 10 kwietnia 2013

Diabla mistyfikacja. "Siarka"

Pomysł zaprzedania duszy diabłu był wykorzystywany przez literaturę i film wielokrotnie. Wystarczy wspomnieć doktora Fausta czy naszego rodzimego Pana Twardowskiego. Tym razem do tej idei odwołują się Preston i Child.

Krytyk sztuki Jeremy Grove zostaje znaleziony martwy w swoim domu. Ciało jest na wpół spalone, zaś obok niego wypalony jest ślad kopytka. Dodatkowo wszystko śmierdzi siarką jeszcze bardziej przywołującą na myśl piekło. Przed śmiercią zmarły wykonał trzy telefony. Do katolickiego kapłana i dwóch, pozornie sobie nieznanych mężczyzn. Prowadzący śledztwo agent Pendergast, wraz z sierżantem D'Agostą, starają się znaleźć pomiędzy nimi powiązania. Przyglądają się również wszystkim tym, którzy zgromadzili się na kolacji wydawanej przez ofiarę w wieczór śmierci. Prawie wszyscy z nich skorzystali na tym zgonie.

W ciągu kilku dni, w bardzo zbliżony sposób, ginie jeden z tajemniczych rozmówców Grove'a, a kolejny opuszcza w pośpiechu Stany Zjednoczone i udaje się do Florencji gdzie znajduje się ściśle strzeżony oddział jego firmy. Detektywi odkrywają, że wszyscy ci mężczyźni poszukiwali jeszcze jednej osoby. To właśnie ona stanowi jedyny ślad, który prowadzi ich do Włoch. Tam spotykają się z prawdziwie diaboliczną postacią i niebezpiecznym, śmiercionośnym urządzeniem.

Siarka utrzymuje przyzwoity poziom serii powieści z agentem specjalnym Pendergastem. Jak zwykle wydarzenia toczą się szybko, czytelnik jest zaskakiwany coraz bardziej niesamowitymi sytuacjami, zaś zakończenie budzi strach i niedowierzanie. Mimo wszystko miałam jednak wrażenie, że całość fabuły jest przekombinowana. Maszyna, której używa zabójca wydaje się być własnością MacGyvera czy Inspektora Gadgeta, zaś same zbrodnie mają przestraszyć policjantów i wyprowadzić ich w błąd. Stąd też liczne ślady diabła, zapach piekła, czy wyprute wnętrzności. Choć z drugiej strony muszę zauważyć, że sam morderca jest mistrzem w swoim „fachu”, czynienie zła traktuje jak swoistą formę sztuki, a ze zbrodni robi arcydzieło.

Po raz pierwszy mamy w Siarce wspomnianego młodszego brata agenta Pendergasta: Diogenesa, geniusza zła znanego czytelnikom późniejszych powieści. Autorzy wprowadzają tę postać bardzo dyskretnie. Pendergast mówi, o liście, który od niego otrzymał, opowiada też o wspólnym dzieciństwie i sadystycznych skłonnościach Diogenesa.

Brakowało mi w tej książce tego ironicznego humoru, który do powieści Prestona i Childa wnosił Bill Smithback. Pojawiają się za to nowi bohaterowie, którzy odegrają później znaczące role. Miałam wrażenie, że Siarka została potraktowana troszkę po macoszemu, jako pewnego rodzaju wprowadzenie do trylogii braci Pendergastów. A szkoda bo pomysł był zdecydowanie nietuzinkowy i mogło powstać mroczne arcydzieło.Co nie zmienia faktu, że jest to książka ciekawa i godna polecenia.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Indiańska tajemnica. "Nadciągająca burza"

Nigdy nie myślałam, że będę czytać książkę Prestona i Childa bez autentycznego zainteresowania. Tak niestety było tym razem. Zapewne częściowo miał na to wpływ braku w Nadchodzącej burzy postaci agenta Pendergasta. Jednak to zdecydowanie nie był jedyny powód.

Akcję powieści należałoby umiejscowić pomiędzy Relikwiarzem a Gabinetem osobliwości. Archeolog Nora Kelly otrzymuje, wysłany po szesnastu latach od napisania, list. Jego autorem jest jej zaginiony ojciec. Opisuje on w nim prowadzone przez siebie poszukiwania Quiviry, legendarnego miasta Indian Anasazi. Jego odkrycie byłoby dokonaniem na miarę otwarcia grobowca Tuttenchamona. Na rekonesans jego śladami udaje się niewielka ekspedycja, której przewodzi Nora. Resztę zespołu stanowią ludzie wybrani przez sponsora wyprawy. Są to m. in. jego córka i dziennikarz Bill Smithback. Każdy z uczestników to zarazem specjalista w swojej dziedzinie jak i wielka indywidualność co już od początku budzi niesnaski. Szczególnie, że muszą się oni podporządkować młodej, niezbyt znanej w świecie naukowym kobiecie. Tym logicznie myślącym osobom przyjdzie zmierzyć się z pierwotnym złem, istotami, których istnienia nawet nie podejrzewali, a które zrobią wszystko żeby uniemożliwić badaczom osiągnięcie celu.

Wraz z wyprawą wyruszamy na płaskowyż Kolorado, żeby wśród skał i piasku szukać drogi do Quviry. Przyznam, że to był element powieści, który obudził moją agresję. Za każdym razem kiedy autorzy drobiazgowo opisywali kolejny fragment kanionu, wyschnięte koryto, kamienisty szlak, skalny grzbiet itd. itp. miałam ochotę cisnąć książką. Tak samo było w przypadku każdych napotkanych śladów obecności Indian Anasazi. Szczegółowe opisy ich siedzib sprawiały, że traciłam zainteresowanie lekturą.

W ogóle Nadciągająca burza robiła na mnie wrażenie dość rozwlekłej i ospałej powieści. Bohaterowie jadą przez kaniony i marudzą, że za mało wygód; że brak helikoptera; że na pewno nic nie znajdą, a w ogóle to „czy daleko jeszcze”? Niby jest to tylko fragment książki, ale zdecydowanie wpłynął na jej tempo i moje jej postrzeganie.

Równie pozbawione życia co podróż wydają się być same wykopaliska. Czytelnik ma świadomość istnienia ludzi w wilczych skórach, którzy czają się gdzieś w mroku i zagrażają ekspedycji, ale brakowało mi napięcia znanego z poprzednich książek Prestona i Childa. Nadciągająca burza nie była w stanie całkowicie mnie pochłonąć.

Mimo wszystko nie skreślam tej książki, gdyż nie jest ona całkiem zła. Po prostu ciekawa fabuła została trochę "zagadana". Tym, którzy chcieliby dopiero zapoznać się z twórczością Prestona i Childa polecam raczej serią z agentem Pendergastem.

sobota, 6 kwietnia 2013

Bez pary na wesele. "Single"

Single na weselu to chyba jeden z badziej ulubionych motywów Hollywood. Poczynając od przystojniaków polujących na druhny, poprzez pary, które świeżo się rozstały, a kończąc na tych, którzy marzą o przekonaniu się że nowy partner/partnerka swojej byłej miłości jest gruby/szpetny/nieinteligentny, a najlepiej jakby posiadał wszystkie te cechy.

Single częściowo również odwołują się do znanych motywów. Hannah, jedna z druhen, ostatnie chwile przed ślubem spędza nie na pomaganiu pannie młodej w przygotowaniach, ale na wypatrywaniu przez okno Toma i jego dziewczyny oraz sms-owaniu z Robem, który w ostatniej chwili wymigał się od udziału w weselu. Jedynym pocieszeniem dla Hannah będzie Vicky. Tyle tylko, że koleżanka jest jeszcze bardziej przybita całą uroczystością i najchętniej spędziłaby ją w hotelowym pokoju korzystając z antydepresyjnej lampy, którą ze sobą przywiozła. Oprócz nich na weselu bez pary zjawiają się jeszcze John, skonfliktowany z rodziną wujek panny młodej i Phil, który przyjechał w zastępstwie za chorą mamę.

Drogi całej czwórki niejednokrotnie przeplotą się ze sobą podczas wesela.Szczególnie, że część nich będzie szukała pociechy w tym samym hotelowym barze. Nowe znajomości, podane w dobrej intencji "tabletki rozluźniające" i nadmiar alkoholu doprowadzą do prawdziwego galimatiasu.

Single to jedna z tych książek, które czyta się błyskawicznie i które świetnie się sprawdzają jako poprawiacz humoru. Chociaż zdecydowanie jest to powieść o słodko-gorzkim zabarwieniu. Każdy z bohaterów przywiózł na wesele swoje problemy, niezadowolenia z własnego życia i pracy, a także wspomnienia dawnych miłości. Autorka w swej opowieści przeskakuje od jednej postaci do drugiej, każdej z nich poświęcając osobny rozdział. Dzięki czemu możemy śledzić wydarzenia dziejące się jednocześnie w kilku miejscach, a także skupić uwagę na losach konkretnej postaci.

Dla Meredith Goldstein Single to debiut powieściowy, ale na pewno nie literacki. Na co dzień pisze ona dla "Boston Globe" gdzie prowadzi dział rozrywkowy oraz kącik porad miłosnych. Zapewne przychodzące do redakcji listy częściowo wpłynęły na fabułę książki.

Przyznam, że spodziewałam się bardziej "hollywoodzkiej" książki. Takiej gdzie wszystko jest różowe, nikt nie rozpacza nad zmarnowanym życiem i wszyscy rzucają w młodą parę kwiatowym konfetti. Single zdecydowanie nie prezentują takiej cukierkowej wizji świata. Dlatego książkę polecam tym, którzy mają ochotę na komedię z niedużą nutką refleksji.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu M


Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle


piątek, 5 kwietnia 2013

Stosik marcowy w kwietniu

 Z drobnym, kilkudniowym opóźnieniem pokażę Wam jeszcze jeden marcowy stos. Tym razem niewielki. Ale zacznę od chwalenia się.
Miło mi ogłosić, że nawiązałam współpracę z  Wydawnictwem M.Recenzja pierwszej otrzymanej od nich książki już na dniach.


A teraz stosik:


Dwa pierwsze egzemplarze to efekt wyżej wspomnianej współpracy. Są to:
1. Meredith Goldstein, Single
2. Auilina Mike, Tajemnica Graala

Reszta zdobyczy została przyniesiona z biblioteki:
3. Agata Christie, Pora przypływu
4. Douglas Preston, Lincoln Child, Siarka
5. Douglas Preston, Lincoln Child, Nadciągająca burza
6.David Starkey, Królowe. Sześć żon Henryka VIII 

Znaleźliście coś dla siebie?

wtorek, 2 kwietnia 2013

Zagadka matematyczna

Dzisiaj mam dla Was zagadkę, która mój humanistyczny umysł pokonała i doprowadziła do obłędu.

Równo tydzień temu (we wtorek 26 marca) panowie zrzucający z dachu śnieg zerwali mi kabel po którym biegnie internet. Awaria została zgłoszona od razu i miała być naprawiona w maksymalnie 48 godzin. Nie została do tej pory, za to najświeższa informacja z infolinii dostawcy internetu brzmi: technicy przyjdą w piątek (5 kwietnia). I teraz pytanie: jakim cudem 48 godzin trwa 11 dni?

Odpowiedzi wraz z uzasadnieniem proszę zostawić pod postem :-). Obliczenia mile widziane.


 Odkryłam jeden plus całej tej sytuacji: przeczytałam przez ten tydzień stertę książek (w tym kilka do marcowych wyzwań gdyż cały czas miałam nadzieję na szybką naprawę). Niestety nie wiem kiedy dane będzie mi o nich napisać. Dzisiaj udało mi się skorzystać z gościnności biblioteki, ale kiedy znowu będę miała szansę nie mam pojęcia. Także pozostaje mi jedynie przeprosić za nieodpowiadanie na Wasze komentarze i liczyć na przybycie panów techników. (stają się dla mnie powoli zakutymi w zbroję rycerzami na białych koniach, którzy przyniosą ratunek zamkniętej w wieży niewieście).