Kiedy zaczynałam lekturę tej książki spodziewałam się kolejnego romansu, tym razem wzbogaconego o pokaźną dawkę babskiej przyjaźni i solidarności. Jednak zdecydowanie się pomyliłam.
Herbaciarnia Madeline to miejsce gdzie krzyżują się drogi trzech kobiet: właścicielki lokalu, Madelaine Davis, samotnej, starszej pani, która niedawno sprowadziła się do Avalonu; właśnie porzuconej przez męża słynnej wiolonczelistki Hannah de Brisay i Julii Evarts, która pięć lat po tragicznej stracie syna w dalszym ciągu pozostaje w otępieniu, odgrodzona od świata grubym murem. Kobiety te nie spodziewają się, że przypadkowe spotkanie tak bardzo zmieni ich życie, a przyjaźń nawiązana nad herbatą wpłynie na bieg wydarzeń w miasteczku i uczyni z herbaciarni jego centrum oraz jednego z bohaterów powieści.
Gdyby autorka poprzestała na opisach rozmów o życiu i uczuciach prowadzonych nad filiżanką egzotycznego naparu mielibyśmy książkę dość typową. Sympatyczną, ale jednak wtórną. Na szczęście tak się nie stało. Kolejnym bohaterem, zdecydowanie pierwszoplanowym, Darien Gee uczyniła chleb przyjaźni amiszów (który, notabene, z amiszami nie ma nic wspólnego). Torebka z zakwasem znaleziona przez Julię na ganku staje się początkiem wielu niesamowitych historii.
Co jest takiego niezwykłego w tym wypieku? To, że po 10 dniach troski o zakwas dzieli się go na cztery części- jedną zatrzymuje dla siebie, a trzy pozostałe rozdaje przyjaciołom/ sąsiadom, którzy rozpoczynają cykl od początku. Dlatego też po kilku tygodniach torebki zakwasu krążyły po całym mieście jednocząc mieszkańców i wyzwalając kuchenne szaleństwo. Pozytywny łańcuszek przekazywany z rąk do rąk zmieniał ludzi. Dla mnie było to wręcz fascynujące jak nagle obce sobie wcześniej osoby mają jeden cel, wymieniają doświadczeniami, rozmawiają, nawiązują przyjaźnie.
Herbaciarnia Madeline jest pierwszą książką Darien Gee wydaną nie pod pseudonimem. Trzy wcześniejsze podpisała ona jako Mia King. Pisarstwem zajęła się kiedy wraz z mężem postanowili rzucić pracę w korporacji i przenieść się na Hawaje, gdzie dalej mieszkają i wychowują dzieci. Inspiracją do powstania tej powieści było "uzależnienie" autorki od chleba przyjaźni amiszów. Za kilka dnia w Stanach ukaże się jej druga powieść, której akcja osadzona jest w Avalonie. Mam nadzieję, że doczeka się ona polskiego przekładu.
Na koniec zdradzę Wam, że uwielbiam piec, a autorka zamieściła na końcu zarówno przepis na zakwas jak i na różne wersje chleba przyjaźni amiszów (bardziej przypominać ma on ciasto niż typowy chleb). Kusi mnie żeby je wypróbować tylko jest we mnie obawa: co ja zrobię z 3 kolejnymi torebkami zakwasu? Więc wiecie, jakby za kilka tygodni pojawiło się na blogu ogłoszenie, że oddam w dobre ręce to proszę się nie dziwić.
Widzę, że książka jest o wiele głębsza, niż mogłoby się wydawać :-) Nabrałam na nią ochoty!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :-)
Filozoficznych rozważań nie należy się zbytnio spodziewać, ale zdecydowanie nie jest to kolejne romansidło (bez obrazy dla tychże). Urzekła mnie ta książka.
UsuńJakze mnie cieszy ta recenzja, ksiazka wydaje sie byc dokladnie taka, jak sie spodziewalam. I ciesze sie, ze ja mam.
OdpowiedzUsuńZdecydowanie polecam! Książka jest trochę jak gorąca herbata- cieplej od niej człowiekowi na duszy :)
UsuńZapowiada się a) apetycznie, b) ciekawie ;)
OdpowiedzUsuńJest tak i tak- taka "tucząca" literatura. Czytasz i co chwila szukasz czegoś do przegryzienia :)
UsuńCzyli bez herbaty i ciasta lepiej nie podchodzić :-) Zakwasem się nie martw - można rozpocząć akcję "chleb przyjaźni blogerów" ;-)
OdpowiedzUsuńOj tak, ich brak może utrudnić lekturę :) Jest to jakieś rozwiązanie, tylko że tam "chleb przyjaźni" rozpętał szaleństwo w którym brało udział całe miasteczko... Już się boję jakby to wyglądało w wydaniu blogowym :P
Usuń