...nie, niestety nie na powrót. Co prawda książki dalej czytam i raczej nigdy nie przestanę (ostatnio bardzo rozczarowałam się "Krzyżem Romanowów", zostałam zaskoczona "Stażystką"- i wcale nie tym, że JFK miał kochanki, ale samym sposobem narracji; a także przerażona "W ukryciu"), ale na pisanie o nich brakuje mi już czasu. A jak zaczęło brakować na pisanie to i do blogosfery jakoś rzadziej zaczęłam zaglądać. Choć może nie blogów, ale ich autorów mi brakowało.
Tym razem przyszłam pokazać Wam moje nowe miejsce w sieci. Bo zdecydowanie nie nową pasję. Pierwszy aparat dostałam już w wieku 7 lat i od tego momentu kolejne towarzyszyły mi prawie zawsze i wszędzie. Teraz chciałabym przemienić hobby w zawód. I jako, że w dalszym ciągu, w autopromocji jestem beznadziejna (może dlatego staję się weteranką rozmów o pracę), to mam nadzieję, że obrazki powiedzą same za siebie.
Zapraszam
(nie, nie czają się tam wirusy ani żadne brzydkie rzeczy)
środa, 11 maja 2016
czwartek, 5 marca 2015
Tajemnicze stowarzyszenie. "Polskie ścieżki masonerii"
Po, zdecydowanie za długiej, przerwie wracam do Was, a przynajmniej mam taką nadzieję, z książką, którą czytałam na początku roku, i z którą mam dość duży problem.
Tematyka masonerii najczęściej przewija się w literaturze i filmie przy okazji różnego rodzaju teorii spiskowych. Na pewno słyszeliście jak to masoni zbudowali Waszyngton czy, że bez ich udziału nie dzieje się nic na świecie. Dla mnie pierwszym skojarzeniem jest... Pan Samochodzik, który w Niesamowitym dworze stanął oko w oko z tajemniczą lożą. Trudno jednak czerpać wiedzę z tak powierzchownych źródeł (o ile w ogóle można tak powiedzieć o wspomnianych przeze mnie książkach/filmach), dlatego też kiedy pojawiła się szansa dowiedzenia się o masonerii czegoś więcej, chętnie z niej skorzystałam.
Andrzej Zwoliński skupia się na historii tego ruchu w Polsce. Sięga aż do początków wolnomularstwa w naszym kraju, czyli do wieku XVII, kiedy to pierwsze loże powstały w Gdańsku, Toruniu i Królewcu. Swój wywód zaś kończy na czasach nam zupełnie współczesnych pokazując, które ze znanych nam osób mają powiązania z lożami. Książka podzielona jest na rozdziały odpowiadające pewnym epokom naszych dziejów, co ułatwia lekturę i pozwala na spojrzenie na historię masonerii jako część historii Polski.
Dla mnie zdecydowanie najciekawszymi były pierwsze rozdziały, w których autor opowiada i historii samego ruchu i tym jaki wpływ miał on na dzieje świata. Niestety jednak czasami narracja zamienia się w długie listy członków poszczególnych lóż. Tendencja ta wzrasta im bardziej zbliżamy się w lekturze do czasów współczesnych. Myślę, że spokojnie część tych nazwisk można by ominąć, gdyż przeciętnemu czytelnikowi nic one nie mówią.
Pisałam na początku, że mam z Polskimi ścieżkami masonerii problem. A dokładniej dwa. Pierwszy dotyczy braku bibliografii. Lubię spojrzeć na koniec i zobaczyć z jakich źródeł korzystał autor (czasem to może całkiem sporo o książce powiedzieć), a jak temat mnie zainteresuje poszukać kolejnych pozycji do czytania. Tu zostałam tego pozbawiona. A szkoda.
Drugi problem dotyczy drukarskiego chochlika jaki zakradł się do mojego egzemplarza i porwał z niego 30 stron tekstu. Troszkę mi się przez niego narracja urwała...
Myślę, że Polskie ścieżki masonerii są ciekawą lekturą dla osób, które o wolnomularstwie wiedzą niewiele i chciałyby to zmienić. Wydaje mi się, że jest to dobra książka na początek zaznajamiania się z tą tematyką.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu M
Pisałam na początku, że mam z Polskimi ścieżkami masonerii problem. A dokładniej dwa. Pierwszy dotyczy braku bibliografii. Lubię spojrzeć na koniec i zobaczyć z jakich źródeł korzystał autor (czasem to może całkiem sporo o książce powiedzieć), a jak temat mnie zainteresuje poszukać kolejnych pozycji do czytania. Tu zostałam tego pozbawiona. A szkoda.
Drugi problem dotyczy drukarskiego chochlika jaki zakradł się do mojego egzemplarza i porwał z niego 30 stron tekstu. Troszkę mi się przez niego narracja urwała...
Myślę, że Polskie ścieżki masonerii są ciekawą lekturą dla osób, które o wolnomularstwie wiedzą niewiele i chciałyby to zmienić. Wydaje mi się, że jest to dobra książka na początek zaznajamiania się z tą tematyką.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu M
poniedziałek, 9 lutego 2015
W cieniu fabryk. "Północ i Południe"
Po raz kolejny miałam okazję czytać powieść napisaną przez Elizabeth Gaskell. I to powieść, dzięki której, mam wrażenie, stała się ona na powrót sławna. Również tym razem autorka mnie nie zawiodła.
Wyjątkowo, jak dla mnie, autorka miejscem akcji uczyniła nie sielankową angielską wieś czy kulturalny Londyn, ale miasto przemysłowe, którego pierwowzorem był Manchester. To właśnie w robotniczym Milton osiada rodzina, w pewnym sensie, uciekinierów z Południa. W związku z porzuceniem przez pana Hala posady proboszcza i wyznawanej wiary, muszą oni szukać nowego życia. Trafiają do miasta skrajnie różniącego się od zielonej, spokojnej, pełnej szczęśliwości wioski, którą wcześniej zamieszkiwali. Milton wydaje się być nieprzyjazne, pełne ponurych, szarych ludzi i wiecznego pośpiechu. Dodatkowo, wychowana wśród londyńskiej śmietanki, Margaret odczuwa instynktowną niechęć i pogardę w stosunku do ludzi parających się produkcją i handlem.
A przynajmniej tak wydaje się przystojnemu i bogatemu fabrykantowi, panu Thortonowi. Północ i Południe to głównie historia dwóch ścierających się charakterów i światopoglądów: idealistycznej Margaret i twardo stąpającego po ziemi Thortona. Początkowo mamy wrażenie, że ta znajomość będzie katastrofą. Jednak z czasem oboje otwierają się na nowe ideę i doświadczenia. Margaret poznaje miasto, zaprzyjaźnia się z nietypowym robotnikiem i jego chorą córką, przygląda się ich codzienności i pracy. Z kolei Thorton dopuszcza do głosu niepokornego pracownika i, dzięki niemu, wysłuchuje racji i potrzeb swoich robotników.
| źródło |
Jak łatwo się domyślić Północ i Południe to nieskomplikowana, dość naiwna, historia miłosna. O uczuciu, które wyrasta ponad podziały społeczne i pokonuje wszystkie przeszkody. A napotka ich po drodze sporą liczbę. Zdecydowanie Elizabeth Gaskell nie zaskakuje jeśli chodzi o ten fragment fabuły. I równie zdecydowanie, nie jest to żadną przeszkodą w czytaniu. Książka jest tak klimatyczna i pełna czaru, że czytanie jej to sama przyjemność.
Bohaterowie pełni są wigoru i charakteru. Nie mamy tu do czynienia z mdlejącymi pannami czy niezdecydowanymi charakterami. Każdy z nich wnosi do powieści swoją, często bardzo rozbudowaną, historię.
Dodatkowo dostajemy możliwość podejrzenia miasta fabrycznego, mnie osobiście szczególnie bliskiego, w czasach jego powstawania. Kobieca literatura XIX-wieczna rzadko porusza ten temat, dlatego też zajrzenie do Milton/Manchesteru jest ciekawym doświadczeniem.
Północ i Południe to książka bardzo różnorodna, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Polecam gorąco.
środa, 21 stycznia 2015
Na kraniec świata. "Smocza cesarzowa"
Pierwszą część serii Bohatyr czytałam ponad dwa lata temu. Żelazny kostur przypadł mi do gustu bardzo i nie mogłam się doczekać wydania kolejnej części trylogii, ale kiedy już się ona ukazała nie było mi z nią po drodze. Stąd też ta długa przerwa pomiędzy powieściami.
Od scen, które kończyły Żelazny kostur upłynęło trochę czasu. Bohatyrzy, wraz ze Światosławem, osiedli w Bułgarze. Wódz umacnia swoje panowanie i planuje kolejne podboje, zaś wojownicy się nudzą. Kiedy więc Światosław wysyła wojsko do kraju Czeremisów, bohatyrzy upraszają go, żeby im również pozwolił wyruszyć. Jednak ich cel będzie inny. Udadzą się oni dalej, na ziemie należące do nieznanego im plemienia Czudów. Ich misją ma być pomszczenie poległego druha- Wołcha i zabicie czarownika Tungarina, który przejął magiczny kostur Wołcha, a teraz dąży do zyskania nieśmiertelności i nieograniczonej mocy. W tym celu drużyna uda się na koniec świata i zmierzy z magią, o której istnieniu nie miała pojęcia.
Mam nieodparte wrażenie, że pierwsza część była zdecydowanie lżejsza. Przyciągnęła mnie ona do siebie sympatycznymi postaciami i ironicznym humorem. Tym razem mi tego zabrakło. Żeby pokazać jak bardzo wystarczy powiedzieć, że moim ulubionym bohaterem Smoczej cesarzowej był koń. Rumak dokładniej. Buruszko. On jeden nie wydawał się być sparaliżowany smutkiem, zniechęceniem czy podejrzliwością. Na całej reszcie wcześniejsze wydarzenia wycisnęły niezatarte piętno.
W ogóle miałam wrażenie, że wszystko w tej książce jest smutne i ponure. Ludzie, pogoda, wydarzenia. Jakby autor celowo starał się nam pokazać świat pozbawiony radości i kolorów. Jednocześnie przy tym Cevernak przez większość czasu trzyma nas w napięciu i zaskakuje kolejnymi pomysłami.
Smocza cesarzowa to książka na wskroś przesiąknięta magią. I to zdecydowanie nie tą dobrą. Jest mrocznie, groźnie i nieprawdopodobnie, a nad głowami bohaterów toczy się nadprzyrodzony bój. Pomimo tego, że powieść nie obudziła mojego zachwytu to trudno mi było się od niej oderwać i z ogromną chęcią sięgnę po kolejną część.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica
Książkę zgłaszam do wyzwania: Grunt to okładka
Mam nieodparte wrażenie, że pierwsza część była zdecydowanie lżejsza. Przyciągnęła mnie ona do siebie sympatycznymi postaciami i ironicznym humorem. Tym razem mi tego zabrakło. Żeby pokazać jak bardzo wystarczy powiedzieć, że moim ulubionym bohaterem Smoczej cesarzowej był koń. Rumak dokładniej. Buruszko. On jeden nie wydawał się być sparaliżowany smutkiem, zniechęceniem czy podejrzliwością. Na całej reszcie wcześniejsze wydarzenia wycisnęły niezatarte piętno.
W ogóle miałam wrażenie, że wszystko w tej książce jest smutne i ponure. Ludzie, pogoda, wydarzenia. Jakby autor celowo starał się nam pokazać świat pozbawiony radości i kolorów. Jednocześnie przy tym Cevernak przez większość czasu trzyma nas w napięciu i zaskakuje kolejnymi pomysłami.
Smocza cesarzowa to książka na wskroś przesiąknięta magią. I to zdecydowanie nie tą dobrą. Jest mrocznie, groźnie i nieprawdopodobnie, a nad głowami bohaterów toczy się nadprzyrodzony bój. Pomimo tego, że powieść nie obudziła mojego zachwytu to trudno mi było się od niej oderwać i z ogromną chęcią sięgnę po kolejną część.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Instytutowi Wydawniczemu Erica
Książkę zgłaszam do wyzwania: Grunt to okładka
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Niebo gwiaździste nade mną... "Pod nocnym niebem"
Co Wam przychodzi na myśl, jak pomyślicie o "typowej angielskiej powieści"? Mnie stare, arystokratyczne domostwo i powikłana rodzinna sytuacja. To wszystko znajduje się w Pod nocnym niebem. Ale nie tylko to.
Jude, pracownica domu aukcyjnego, dostaje zlecenie, które namiesza w jej życiu. Ma skatalogować i przygotować do sprzedaży zawartość biblioteki dworu Starbrough Hall, rezydencji mieszczącej się koło miejsca gdzie dorastała i związanej z jej rodziną. Dlatego też przyjazd na miejsce będzie dla niej nie tylko pracą, ale również podróżą sentymentalną i próbą wyjaśnienia pewnych przeżyć. Od najmłodszych lat Jude prześladowały koszmary, w których biegała po okolicznych lasach i gubiła się w okolicach, wybudowanej na wzgórzu, wieży. Teraz te same sny ma jej siostrzenica, zaś sama Jude ma okazję zobaczyć wieżę w rzeczywistości i poznać jej historię.
Jude, pracownica domu aukcyjnego, dostaje zlecenie, które namiesza w jej życiu. Ma skatalogować i przygotować do sprzedaży zawartość biblioteki dworu Starbrough Hall, rezydencji mieszczącej się koło miejsca gdzie dorastała i związanej z jej rodziną. Dlatego też przyjazd na miejsce będzie dla niej nie tylko pracą, ale również podróżą sentymentalną i próbą wyjaśnienia pewnych przeżyć. Od najmłodszych lat Jude prześladowały koszmary, w których biegała po okolicznych lasach i gubiła się w okolicach, wybudowanej na wzgórzu, wieży. Teraz te same sny ma jej siostrzenica, zaś sama Jude ma okazję zobaczyć wieżę w rzeczywistości i poznać jej historię.
Pod nocnym niebem to przeplatające się historie kilku pokoleń związanych, w różny sposób, z Starbourgh Hall. Kim jest tajemnicza Esther, prowadząca wraz z Anthony'm Wickhamem obserwacje astronomiczne w XVIII w.? Czemu pisze o nim "ojciec", skoro nie pozostawił on żadnego potomstwa? Co stało się z nią po jego śmierci? Kim była cyganka spotykana sto lat później przez babcię Jude? Jaką rolę w rodzinnej tajemnicy odgrywa wieża w środku lasu?
| źródło |
Rachel Hore stworzyła książkę magiczną, w której przeszłość miesza się z teraźniejszością, a kolejne kawałki układanki przynoszą przypadkowi ludzie. Dodatkowo autorka skupiła się nie tylko na skomplikowanej fabule, ale również właśnie na tych osobach, które przychodzi nam poznać.
Współcześni bohaterowie są tak ciepli i serdeczni, że ma się ich ochotę poznać. Oczywiście nie wszystko jest różowe i kłótnie Jude z siostrą to pewnego rodzaju norma, ale gdy porówna się ich do bohaterów sprzed wieków, to wydają się wręcz aniołami. Zdecydowanie ich poprzednicy nie mieli i łatwego charakteru i stara historia nie raz przyprawi czytelnika o ciarki na plecach.
Jeśli pragniecie klimatycznej powieści i nie straszna Wam akcja dziejąca się w otoczeniu gwiazd i starego księgozbioru, to Pod nocnym niebem będzie dla Was doskonałą lekturą.
Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle
czwartek, 1 stycznia 2015
Podsumowanie wyzwania + ogłoszenie
Rozpoczynamy Nowy Rok i z tej okazji życzę Wam dużo szczęścia. Niech noworoczne postanowienia przetrwają dłużej niż do końca tygodnia :)
Ja rok zacznę od kolejnego półrocznego podsumowania wyzwania.
Nie ma co ukrywać: wyzwanie nam umarło. Przez ostatnie pół roku przeczytane zostały 62 książki i jest to wynik osiągnięty wspólnie przez 5 osób: Paulę (do której należy dokładnie połowa z zamieszczonych recenzji), Wiki, ania notuje, Iwonę S. i Sylwuchę (tak to się odmienia?). Dziewczynom serdecznie gratuluję osiągniętych wyników. Gdybym miała dziś robić nową zakładkę i nową listę osób, to byłaby ona nad wyraz skromna i zawierała jedynie te 5 nicków. I tym sposobem doszliśmy do ogłoszenia: jak łatwo się domyślić z poprzednich zdań była to ostatnia edycja wyzwania Nie tylko literatura piękna. Pomysł wyraźnie się wypalił, a zdecydowanie nie pomógł mu mój brak regularności i zaangażowania (w końcu sama też nie przeczytałam przez ostatnie pół roku nic do wyzwania. Choć zaczęłam, ale skończyć się jeszcze nie udało).
Za to postanowiłam się pobawić w statystyka i zebrać informacje ze wszystkich czterech części. Przypomnijmy sobie jak było:
![]() |
| źródło |
- zaczęłyśmy w listopadzie 2012 r., a więc wyzwanie trwało ponad 2 lata. Przyznam, że nie miałam pojęcia, że aż tyle.
- do zabawy zgłosiło się 30 osób, z czego 24 przeczytały choć po jednej książce
- w sumie, w tym czasie, przeczytałyśmy 481 książek (najbardziej płodnabyła druga edycja)
- najbardziej rozczytane były: Paula (112), Wiki (54), Agata CM (50), Sylwuch (42), ania notuje (33), Franca (29), Anek7 (27), Imani (25)
Serdecznie dziękuję wszystkim za zabawę. Na pewno nie ja jedna odkryłam tu książki, które koniecznie muszę przeczytać. Za następne ciekawe wyzwania wznoszę noworoczny toast.
niedziela, 28 grudnia 2014
Miłość w szaleństwie. "Słoneczniki"
Po Cezannie z Niedzieli nad Sekwaną i Monecie z Kobiety z parasolką nadszedł czas na spotkanie z kolejnym malarzem. Oczywiście już pierwszy rzut oka na okładkę mówi nam, że tym razem będzie to Vincent van Gogh.
Jest lipiec 1888 r. Malarz od jakiegoś czasu przebywa w Arles, gdzie szuka tematów do swoich obrazów. Tam, przypadkiem, w parku, poznaje Rachel młodą prostytutkę zatrudnioną w miejscowym burdelu. Od tego spotkania zaczyna odwiedzać ją regularnie i bardzo szybko wychodzą poza relację prostytutka-klient.
Oboje są ludźmi doświadczonymi przez los, nieszczęśliwymi duszami poszukującymi miłości. Znajdują ją u siebie nawzajem. Rachel, kiedy tylko może, wymyka się do malarza. Spędza z nim dnie, staje się gospodynią w jego domu i towarzyszką podczas malowania. Sielankę przerywa przybycie Gauguina. Wprowadza on nerwową atmosferę zarówno w twórczość Vincenta, jak i w jego relacje z Rachel. Ostatnie spięcie między artystami doprowadza van Gogha do załamania nerwowego i okaleczenia. Od tej pory jego życie będzie pasmem ataków nerwowych, leczenia szpitalnego, a dla Rachel czasem oczekiwania na wyzdrowienie ukochanego i ślub.
W ogóle książkę czytało mi się źle. Autorka zastosowała znienawidzony przeze mnie środek: obcojęzyczne wstawki (w tym wypadku francuskie) w polskim (w oryginale zapewne angielskim tekście). Już kilkukrotnie pisałam, że uważam to za zabieg bezsensowny, niczym nieuzasadniony i kojarzący się z tanim artyzmem ("napiszę ma petite zamiast moja mała- będzie mądrzej/ciekawiej/bardziej klimatycznie). Jako że już podawałam argumenty popierające mój pogląd, tym razem powstrzymam się od wywodu.
Jednak, żeby nie było, że Słoneczniki mają same minusy. Kilka plusów też by się znalazło. Między innymi jednym z nich jest to, że Sheramy Bundrick, jako historyk sztuki, potrafi opisać poszczególne obrazy van Gogha tak, że stają nam one przed oczami. Przy tym nie zanudza ona czytelnika technicznymi szczegółami, ale odmalowuje artystyczną wizję. Korzystając z listów van Gogha do brata Budrick stara się również opowiedzieć nam historie, które stoją za malowidłami.
Słoneczniki to książka oparta na ciekawym pomyśle. Mnie jego wykonanie przypadło do gustu średnio. Czytałam ją bez zachwytu, ale też bez zbytniego bólu. Może więc dla Was będzie to lektura ciekawsza.
czwartek, 25 grudnia 2014
Wesołych Świąt!
![]() |
| źródło |
W tę magiczną, bożonarodzeniową noc chciałam złożyć Wam serdeczne życzenia:
- niech te Święta upłyną Wam w radosnej i pełnej miłości atmosferze;
- niech Wasze marzenia się spełniają, jednocześnie ciągle marzcie o nowych rzeczach;
- niech ludzie wokół Was będą zawsze życzliwi i przyjacielscy;
- niech przyszłość zawsze jawi się w jasnych barwach;
- niech zawsze będzie ktoś, kto wesprze, doradzi, poda chusteczkę gdy będzie ona potrzebna i będzie z Wami płakał ze śmiechu, gdy nadarzy się okazja;
- niech zawsze przed Wami będą nowe książki do przeczytania, nowe historie do przeżycia i nowi ludzie do poznania
- niech trzydniowe obżarstwo nie odłoży się w Waszych taliach :)
Wesołych Świąt
piątek, 19 grudnia 2014
Niedokończona sprawa. "A teraz śpij"
Stalker. Słowo, które ostatnio jest używane coraz częściej. Szczególnie, że współczesne technologie dają prześladowcą ogromne pole do popisu. Nic więc dziwnego, że i literatura zaczęła poruszać ten temat.
Ellen jest hipnoterapeutką pomagającą ludziom pokonac ich słabości i lęki. Od niedawna spotyka się z Patrickiem, przystojnym wdowcem, posiadającym ośmioletniego syna. Spodziewała się, że to nawiązanie relacji z Jackiem może być problemem, ale nie będzie to największym wyzwaniem z jakim Ellen musi sobie poradzić. Jednak dość szybko dowiaduje się, że Patrick ma mroczną tajemnicę: Saskię, byłą dziewczynę, która nie potrafi opuścić jego życia, śledzi go, pisze do niego maile/smsy/listy, dzwoni, przychodzi na mecze Jacka, a nawet... zapisała się na terapię do Ellen.
A teraz śpij przepełnione jest skrajnymi uczuciami. Z jednej strony widzimy rodzącą się miłość, z drugiej zazdrość i przeogromny smutek. Dodatkowo Ellen ma wrażenie, że nie tylko Saskia chce jej odebrać Patricka, ale że jego serce w dalszym ciągu należy do jego zmarłej żony. Trudno jest jej zaakceptować, że kobieta ta będzie stale obecna w ich życiu.
| źródło |
Dodatkowo napiętą atmosferę podkreślał fakt, że zarówno policja jak i otoczenie Patricka nie tylko było w tej sprawie bezsilne, ale wręcz ją bagatelizowało. Dla wszystkich mężczyzna, jako ofiara prześladowczyni wydawał się czymś niepoważnym i przesadzonym. Ellen wszystkie zabiegi Saskii rozpatrywała wręcz jako ciekawostkę i pragnęła ją poznać i porozmawiać z nią.
Początkowo byłam dość sceptycznie nastawiona jeśli chodzi o tematykę powieści. Sam pomysł uczynienia bohaterem hipnotyzerki wydawał mi się przesadzony. I trochę tak było. Liane Moriaty z jednej strony skupia się na problemie prześladowania i jego społecznym odbiorze, a z drugiej chce nam pokazać, że wszystkie stereotypy dotyczące hipnozy są mylne i krzywdzące. Jak dla mnie było tego trochę za dużo.
| źródło |
Sposób w jaki Liane Moriaty opowiedziała tę nietypową historię i fakt, że sprawiła iż trudno było mi przestać czytać sprawiają, że mam ochotę na lekturę kolejnych książek autorki.
niedziela, 14 grudnia 2014
Ku czci Atona. "Nefertiti"
Nienawidzę porównywania książek. Na hasła "druga Agata Christie", "następca Sherlocka Holmesa" itd. dostaję nerwicy. Tym razem jednak, takie porównanie samo nasuwało mi się podczas lektury. I w żaden sposób nie mogłam się go pozbyć z umysłu. Ciekawe czy zgadniecie jaka książka/autor chodzili mi po głowie.
Egipt XIV w. p.n.e. Nadchodzi czas zmian. Właśnie umarł następca tronu, jego godność przejmuje młodszy syn: Amenchotep. Przyszły król potrzebuje odpowiedniej partnerki. Jego obecna pierwsza żona ma zbyt niskie pochodzenie jak na małżonkę faraona. Wybór panującej królowej pada na jedną z dwóch córek jej brata. Księżniczka Nefertiti wydaje się być idealną kandydatką do tej roli. Wychowana w arystokratycznym domu, inteligentna, pełna wdzięku- może przykuć uwagę księcia i zdobyć jego serca, a także, na co liczy królowa, sprowadzić go z drogi herezji.
Przeprowadzka do pałacu zmienia wiele nie tylko w życiu samej Nefertiti, ale również w życiu jej siostry, Mutny. To właśnie ona wprowadzi nas w tajemnice królewskiej rezydencji. To również ona jest tą z sióstr, która obudzi w czytelniku sympatię: spokojna, prostolinijna, uczuciowa, lecząca ludzi ziołami, szukająca miłości i marząca o własnym domu i życiu z dala od polityki i pałacu. Jest ona absolutnym przeciwieństwem Nefertiti. Starsza siostra jest żądna władzy, chce kierować krajem na równi ze swoim mężem i nie zawaha się przed niczym, żeby cel osiągnąć. Poparcie, radę i pomoc znajduje u swojego ojca, który dzięki małżeństwu córki został wielkim wezyrem, i który zajmuje się polityką Egiptu, podczas gdy małżonkowie walczą ze starymi bogami i stawiają nowe miasto. Dodatkowo Nefertiti jest pełna pychy i zazdrości, od rodziny wymaga spełniania jej zachcianek, zaś kolejne córki budzą jej rozczarowanie.
| źródło |
Oczywiście nie ośmieliłabym się sądzić, że Michelle Moran inspirowała się powieścią Gregory. Choć może, w związku z tym, że Nefertiti to debiut literacki Moran, jakiś wpływ ona na nią miała.
Sama książka, podobnie jak reszta powieści Moran, jest wciągająca i bardzo klimatyczna. Czujemy pustynny upał, przyglądamy się budowaniu nowej stolicy i konfliktom z kapłanami starych bogów. Jednocześnie możemy podejrzeć miłosne i rodzinne perypetie obu sióstr i zobaczyć jak sobie radzą w kryzysowych sytuacjach.
| źródło |
Jeśli patrzyliście czasem na sławne popiersie przedstawiające Nefertiti i zastanawialiście nad tym jak mogły wyglądać jej losy, to ta powieść pokazuje jak mogłoby wyglądć życie tej księżniczki.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Gra z mordercą. "Ulubione rzeczy"
Pamiętacie Karuzelę samobójczyń? Marudziłam wtedy, że, jak zwykle, zaczęłam czytać serię od środka. Kiedy więc wypatrzyłam w bibliotece: Ulubione rzeczy koniecznie musiałam je przeczytać.
W Londynie grasuje seryjny morderca, który wziął sobie za przykład Kubę Rozpruwacza. W przeciwieństwie do swego idola nie zabija on jednak prostytutek, a szanowane kobiety w średnim wieku. Świadkiem pierwszego morderstwa jest młoda policjantka, Lacey Flint. Fakt ten, a także to, że doskonale zna ona historię Kuby Rozpruwacza i może służyć radą jako ekspert, sprawia że zostaje ona zaangażowana w śledztwo. Jednak stopniowo atmosfera wokół niej zaczyna gęstnieć, a sama Lacey ze świadka zmienia się w podejrzaną lub też osobę, do której skierowane jest całe to makabryczne przedstawienie.
Po raz kolejny zagadka, którą stawia przed czytelnikiem S. J. Bolton okazuje się być niełatwa do rozwikłania. Chociaż, w przeciwieństwie do policji, my od początku wiemy co stało się przyczyną morderstw. Jednak to, co wydaje się być pewnikiem i oczywistością, z każdą kolejną stroną poddawane jest w wątpliwość. Autorka zabawia się naszym "kosztem" sprawiając, że już nie wiemy w co wierzyć.
| źródło |
Ulubione rzeczy to książka z gatunku tych, od których nie można się oderwać, a autor zaskakuje pomysłami. Dodatkowo S. J. Bolton jest mistrzynią niedopowiedzeń i nerwowej atmosfery, szczególnie, że cała powieść napisana jest z punktu widzenia Lacey, czyli osoby, dla której to śledztwo było wyjątkowo trudne i stresujące. Chociaż, jeśli chodzi o mój lęk to, Karuzela przestraszyła mnie bardziej.
I wbrew logice, właśnie to budzi moje wielkie nadziej na przyszłość. Ulubione rzeczy to pierwszy tom z serii przygód Lacey Flint i wyraźnie widać, że z kolejnym autorka się rozwinęła. Już się boję następnych.
I wbrew logice, właśnie to budzi moje wielkie nadziej na przyszłość. Ulubione rzeczy to pierwszy tom z serii przygód Lacey Flint i wyraźnie widać, że z kolejnym autorka się rozwinęła. Już się boję następnych.
wtorek, 2 grudnia 2014
Tajemnice kuchni francuskiej. "Julie & Julia. Rok niebezpiecznego gotowania"
Znowu książka o gotowaniu. Tym razem jednak z akcją dziejącą się w czasach współczesnych i pozbawioną nierealnych przygód.
Julie jest znudzoną życiem sekretarką. Czuje, że potrzebuje jakiegoś wyzwania, żeby nie zwariować. Na ratunek przybywa jej, znaleziona przypadkiem w rodzinnym domu, książka kucharska autorstwa Julii Child: Doskonalenie francuskiej sztuki kulinarnej. Julie postanawia zmierzyć się z zawartymi w niej przepisami. Daje sobie na to rok, w tym czasie ma zamiar przygotować 524 potrawy. Żeby podzielić się swoim projektem Julie & Julia. Rok niebezpiecznego gotowania z większą ilością osób zakłada bloga, na którym opisuje swoje perypetie związane z gotowaniem. A tych jest dużo, od niemożności dostania konkretnego mięsa, którego jej mąż szukał po całym mieście, przez problemy związane z uzyskaniem odpowiedniej konsystencji czy smaku, aż do uczt powstających w środku nocy.
Dla Julie ten rok jest czasem magicznym. Znajduje nową pasję, a tak naprawdę, znajduje również siebie. Jej projekt pozwala również na zgromadzenie przy jednym stole wielu ważnych dla niej osób, a także na poznanie nowych przyjaciół, jakich Julie znalazła w czytelnikach swojego bloga.
| źródło |
Julie Powell sprawiła, że Julia Child jest w książce obecna nie tylko w swoich przepisach. Na kartach powieści znajdujemy urocze, zatrzymane w czasie scenki z lat 40. kiedy to Julia poznawała swojego męża i zaczynała uczyć się gotować. Nie są to prawdziwe kartki z pamiętnika, ale świadomość, że autorka pisząc je bazowała na rzeczywistych wydarzeniach sprawiała, że Julia przestawała być dla mnie tylko twarzą z okładek książek kulinarnych.
Jako, że Julie & Julia. Rok niebezpiecznego gotowania zrobiło międzynarodową karierę i doczekało się nawet ekranizacji, znowu poczuję się odmieńcem w swych sądach. Mnie ta książka nie zachwyciła. Co prawda czytało się ją całkiem przyjemnie, ale nie porwała mnie na tyle, żebym chciała do niej wrócić czy żebym miała problemy z przerwaniem lektury. Owszem perypetie bohaterki są ciekawe, momentami zabawne, a momentami smutne; sama Julie robi wrażenie osoby bardzo sympatycznej i nieogarniętej, ale w tym wszystkim czegoś mi brakowało.
| źródło |
Może to wina samych kulinariów, którym poświęcone zostało tak dużo uwagi. Jak zapewne zauważyliście zazwyczaj mnie ten temat nie odstrasza, a wręcz przeciwnie, budzi tęsknotę za regionalnymi smakami. Tym razem jednak większość gotowanych przez Julię rzeczy wydawała mi się niezjadliwa i raczej obrzydliwa. Zdecydowanie nie miałam ochoty biec do kuchni i gotować.
Co prawda ja fanką tej książki nie zostałam, ale Was nie zniechęcam. Na pewno jest w niej coś, co zapewniło jej taki sukces.
sobota, 29 listopada 2014
Z Egiptu do Rzymu. "Córka Kleopatry"
Twórczość Michelle Moran odkryłam całkiem niedawno i natychmiast zrozumiałam, że będzie to kolejna, długotrwała przyjaźń. Dlatego też, wbrew moim normalnym wyborom, sięgnęłam po dwie książki, których akcja dzieje się w czasach starożytnych. Dziś jedynie o jednej z nich: Córce Kleopatry.
Akcja książki rozpoczyna się w momencie, gdy Oktawian dokonuje podboju Egiptu i wkracza do Aleksandrii. NIe widząc innego wyjścia Kleopatra i Marek Antoniusz popełniają samobójstwo zostawiając na pastwę zwycięzcy trójkę dzieci: sześcioletniego Ptolemeusza i dziesięcioletnie bliźnięta: Selenę i Aleksandra. Nieoczekiwanie Oktawian okazuje i łaskawość i zabiera ich ze sobą do Rzymu. Najmłodszy z rodzeństwa nie przeżywa podróży, lecz bliźnięta zostają honorowymi gości, czy też zakładnikami, dyktatora.
Życie, które przyjdzie im prowadzić jest z jednej strony bardzo komfortowe i wygodne, z drugiej jednak pełne niebezpieczeństw i dość samotne. W otoczeniu ludzi, którzy w swoich narodach byli ważnymi osobistościami, a po ich podboju przez Rzymian stali się sługami władcy, rodzeństwo balansuje na cienkiej granicy jaka odgradza króla od niewolnika.
| źródło |
To zagrożenie bardzo szybko odkrywa Selene. Od samego początku pozostaje ona nieufna w stosunku do nowych opiekunów i znajomych. Kiedy więc na Forum pojawia się tajemniczy człowiek żądający zwiększenia praw niewolników, dziewczyna przeprowadza niewielkie śledztwo. Jednocześnie, przyzwyczajona do tego, że w Egipcie jej płeć nie ma znaczenia i może robić wszystko to co brat, buntuje się ona przeciwko rzymskim konwenansom. Chce projektować świątynie i pałace, a nie prząść i szyć.
Oczywiście to Selene jest główną bohaterką Córki Kleopatry, a jednocześnie naszą narratorką i przewodniczką po Wiecznym Mieście. Przyznam, że trochę dziwnie oglądało mi się Rzym, którego jeszcze praktycznie, w dzisiejszym rozumieniu i kształcie, nie było (a opisy umieszczone przez Michelle Moran były bardzo plastyczne i powołujące miasto do życia). Mieliśmy okazję podejrzeć jak wyglądało życie w bogatych willach, jak wyglądały te domy i jak budowano Forum Romanum.
| źródło |
Dodatkowo, zazwyczaj nie potrafiłam się zachwycić klimatem książek/filmów dziejących się w starożytności, ale Michelle Moran udało się przykuć moją uwagę. Powiem więcej, losy Selene i Aleksandra tak mnie wciągnęły, że nie mogłam się oderwać. W związku z czym uważam, że Córka Kleopatry zainteresuje nawet, takich jak ja, sceptyków.
Książkę zgłaszam do wyzwania: Grunt to okładka
poniedziałek, 24 listopada 2014
We Florenckim garnku. "Apetyt"
Gorące słońce, smaczne jedzenie, piękna Florencja, renesansowe Włochy i romantyczna historia miłosna- czegóż można chcieć więcej? A jednak, wbrew temu, że wszystkie te elementy w powieści znajdziemy, Apetyt nie okazał się książką idealną.
Nino Latini jest synem rzeźnika marzącym o dwóch rzeczach: miłości pięknej Tessiny i zostaniu sławnym kucharzem. Jedno i drugie marzenie wydaje mu się być nie do zrealizowania: Tessina zostaje wydana za starego bogacza, zaś sam Nino pracuje w zajeździe należącym do wuja, który pomiata nim na każdym kroku. Jednak pewnego dnia los się do niego uśmiecha. Talent chłopaka dostrzega sam Wawrzyniec Wspaniały i oferuje mu pracę w swojej kuchni. Młodzieniec dostaje się pod kuratelę srogiego Zohana, który funduje mu twardą szkołę życia. Docenia on jednak talent Nina i kiedy przenosi się do Rzymu proponuje mu wspólny wyjazd. Tam chłopak ma szansę gotować dla najsławniejszych osobistości tego okresu. Marzenia o Tessinie nie pozwalają mu się w pełni cieszyć swoim triumfem i skłonią go do szaleńczych zachowań.
| źródło |
Apetyt okazał się być powieścią bardzo nierówną. Sama nie jestem do końca przekonana czy mi się podobała czy nie. Wszystko to dlatego, że jej pozytywne cechy mieszały się z negatywnymi, a żadne nie przeważały szali.
Zacznijmy od plusów: Florencja i Rzym. Oba miast żyją, tętnią kolorami, zapachami. Florencja to spokojne miasteczko, według Nina miasto idealne, pozbawione wad. Gdzie nie czuć smrodu, i gdzie można zjeść najlepsze potrawy na świecie. Rzym z kolei to miasto dziwaków, pełne zbrodni i niebezpieczeństw.
Drugim plusem są artyści, których spotykamy: młody Leonardo nie jedzący na uczcie prawie niczego, gdyż wszystko zawiera mięso, którego on nie jada; Botticielli wstawiający się za przyjacielem czy Filippo Lippi pewny siebie, lekko szalony i zachęcający Nina, aby ten podążał za głosem serca. Dodatkowo Philip Kazan pozwalał nam, oczami Nina, spojrzeć na wielkie dzieła powstające tym czasie.
| źródło |
Z minusów na pierwszy plan wybijała się fabuła, która po prostu mnie irytowała. Nino co chwilę pakował się w jakieś, wręcz nieprawdopodobne, tarapaty, które przewracały jego życie do góry nogami. Układał je na nowo, a następnie znowu... Nie oczekuję od takich powieści, że będę podręcznikami życia w danych czasach czy książką ściśle historyczną, ale jakieś, choćby najmniejsze, pozory realności mogłyby utrzymywać. A Apetyt wywierał na mnie wrażenie historii złożonej w całość z kilku, osobno nawet ciekawych, niepasujących do siebie opowiastek.
Wyjątkowo, wszak nie raz pisałam, że lubię książki, w których gotowanie jest jednym z głównych bohaterów, tym razem chwilami miałam przesyt tą tematyką. Może wynikało to z tego, że potraw przygotowywanych przez Nina raczej nie mam szans powtórzyć na własną rękę. Albo też dlatego, że znaczna część z nich nie wydawała się być apetyczna.
Philip Kazan stworzył powieść, którą czyta się bez zbytniego wysiłku, ale również bez zbytniego zaangażowania. Ja pozostaję na nią obojętna. Jakie wrażenie wywrze na Was musicie sprawdzić sami.
piątek, 21 listopada 2014
Śladami św. Kutberta. "Morderstwo w klasztorze"
Mam ostatnio szczęście do kryminałów z niewykorzystanym potencjałem. Morderstwo w klasztorze też się niestety do nich zalicza. Czytając notkę od wydawcy miałam nadzieję na coś w stylu współczesnego Imienia róży. Dostałam ponad 500 stron (i to sporego formatu) przegadanej powieści aspirującej do miana tajemniczej.
W klasztorze w Yorkshire zostaje popełnione morderstwo. Jego ofiarą pada starszy zakonnik. Chwilę wcześniej rozmawiał on z młodą Amerykanką, Felicity i podarował jej tajemniczy notes. Od tego momentu Felicity znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Dlatego też opat decyduje się wysłać ją na poszukiwanie rozwiązania zagadki i wyjaśnienie szyfru Dominica. Jako towarzysza wyznacza jej wykładowcę historii, brata Antony'ego. Śladem starszego zakonnika przemierzają oni północną Anglię i Szkocję odwiedzając miejsca związane ze św. Kutbertem i jego kultem i tropiąc tajemnicze towarzystwo chroniące skarb świętego.
| źródło |
Sama historia opowiadana przez Anthony'ego jest dość ciekawa (a u mnie dodatkowo przywoływała wspomnienia sagi Wojny wikingów), ale było jej zdecydowanie za dużo, jak na powieść kryminalną. Zanim przebrnęłam przez kolejny wykład to wydarzenia współczesne stawały się odległe, mało znaczące i zamazane.
Dodatkowo cała fabuła jest dość przewidywalna. Dość szybko domyślamy się kto będzie "tym złym", może ciut trudniej jest rozpoznać "tego dobrego", ale tak naprawdę on nie ma znaczenia. Przez te 500 stron nie czułam się zaskoczona czy przestraszona. Wszystko było bardzo poprawne, układne. Morderstwo w klasztorze to jedna z tych książek, które czyta się bez zbytniego zaangażowania, ale też bez zbytniego trudu.
| źródło |
W momencie kiedy mamy do czynienia z tak ogromną ilością świetnych kryminałów (o jednym z nich już niedługo napiszę) uważam, że szkoda tracić czas na czytanie tych, które są tylko poprawne. Dlatego też Morderstwo w klasztorze nie znajdzie się wśród polecanych przeze mnie książek.
poniedziałek, 17 listopada 2014
Lek na całe zło. "Dieta miłośniczek czekolady"
Nie czytajcie tej książki jeśli jesteście na diecie! Zdecydowanie nie da się z nią zaprzyjaźniać nie podjadając jednocześnie czekolady.
Fabuła książki jest banalnie prosta. Oparta na podstawie znanego wszystkim miłośniczkom kobiecych powieści schematu: cztery przyjaciółki, których życie toczy się różnym rytmem, a które mimo tego są nierozłączne i zawsze mogą na siebie liczyć. Lucy jest tymczasowo w związku na odległość ze swoim szefem; Autumn pochodzi z bogatej, białej rodziny zaś jej chłopak jest czarnym pracownikiem socjalnym; Nadia i Chantal mają kłopoty w małżeństwach- mąż Nadii jest hazardzistą, zaś Chantal cierpi z powodu braku czułości. Obie wyprowadziły się z domów i zamieszkały razem.
Pozornie ich problemy są całkiem inne, ale tak naprawdę sprowadzają się do jednego: facetów. I oczywiście czekolady. Ona występuje tej powieści w każdej możliwej formie: tabliczek, pralinek, cukierków, ciastek, ciast i deserów. Wylewa się z każdej strony i od koniec lektury czułam się absolutnie zasłodzona. Niestety poczucie "nigdy więcej czekolady" trwało krótko.
| źródło |
Dieta miłośniczek czekolady to powieść lekko szalona, bardzo zakręcona, czasem zabawna a czasem smutna i nostalgiczna. Jest to druga powieść Carole Matthews, którą miałam okazję czytać. Pierwsza, Z tobą lub bez ciebie nie zachwyciła mnie za bardzo. Tym razem było lepiej.
Bohaterki to kobiety barwne, pełne pasji i charakteru. Żadna z nich nie jest przezroczysta czy nijaka. Bywają zagubione, zaniepokojone, smutne, rozbawione i zakochane. Przy tym zawsze pozostają sobą i mogą liczyć na pomoc przyjaciółek.
Oczywiście Dieta miłośniczek czekolady nie jest powieścią skomplikowaną i złożoną. Jednak nie nudziła mnie nawet przez chwilę i niejednokrotnie zaskakiwała obrotem spraw. Polecam tę książkę wszystkim, którzy pragną lekkiej, pełnej słodkości powieści.
środa, 12 listopada 2014
Walcząc z przeznaczeniem. "Wybory"
Ostatnimi czasy żadna książka nie była dla mnie tak przyjemny zaskoczeniem jak właśnie Wybory. Jej autorka udowodniła mi, że z bardzo prozaicznego tematu da się zrobić tak klimatyczną historię.
Nowy Orlean, początek lat 50. Josie Moraine wychowywana jest przez matkę- prostytutkę. Miano "córki kurwy" towarzyszyło jej przez całe życie. Z tego powodu siedemnastoletnia Josie nie zdecydowała się na naukę w lokalnym collegu, gdzie musiałaby znosić drwiny wszystko o niej wiedzących koleżanek. Zamiast tego wybrała pracę. W dzień, wraz ze swoim przyjacielem Patrickiem, prowadzi księgarnię, rankami sprząta burdel, w którym pracuje jej matka.
W ogóle matka Josie to temat na osobną opowieść- nieodpowiedzialna, egoistyczna kobieta, która przynosi córce tylko cierpienia i kłopoty. Nawet kiedy znajduje się tysiące kilometrów od niej. Dlatego też jej obowiązki przejęła, w pewnym sensie, Willie- burdelmama i prawdziwa kobieta interesów. Twardą ręką trzyma ona swoje "dziewczynki", wie o wszystkim co dzieje się w Nowym Orleanie i potrafi wyciągnąć z tego dla siebie korzyść, a Josie darzy szorstką miłością. I prawdopodobnie dziewczyna poprzestałaby na dotychczasowym życiu gdyby w drzwiach księgarni nie stanęło dwoje klientów: bogaty mężczyzna pytający ją gdzie studiuje i równie bogata dziewczyna, zachwalająca college Smiths'a, okazująca Josie wiele przyjaznych uczuć i obiecująca otoczyć ją opieką jeśli zdecyduje się tam studiować. Josie staje więc przed trudnymi wyborami, które dodatkowo skomplikuje morderstwo, kradzież, śmierć i miłość.
![]() |
| źródło |
Wybory miały być kolejną lekką powieścią, a stały się książką od której nie mogłam się oderwać. Pełną emocji, poplątanych ludzkich losów i niespodzianek. Taką, której bohaterów chciałoby się spotkać i zobaczyć więcej niż tylko ten wielki wycinek ich życia. Jeśli więc chcecie poczuć magię Nowego Orleanu, to zdecydowanie powinniście sięgnąć po tę książkę.
poniedziałek, 10 listopada 2014
Stos na pożegnanie
Absolutnie nie z blogiem! Wręcz przeciwnie, na bloga, jak córka marnotrawna, wracam. Udało mi się ogarnąć nowe zajęcia i nową szkołę, powinnam mieć więc więcej czasu. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Niestety za to żegnam się z moją ulubioną biblioteką. Choć będę jeszcze kombinowała jak to zmienić. Ostatnio jak szalona wymieniałam w niej książki. Czeka więc na napisanie/dokończenie/opublikowanie prawie 10 recenzji.
Czego możecie się w najbliższym czasie spodziewać? Już pokazuję
- Sheramy Bundrick, Słoneczniki
- Philip Kazan, Apetyt
- Rachel Hore, Pod nocnym niebem
- Michelle Moran, Nefertitti
- Jill Mansell, Spacer w parku
- Liane Moriarty, A teraz śpij
- Julie Powell, Julie & Julia
- S. J. Bolton, Ulubione rzeczy
- Michelle Moran, Córka Kleopatry
Spieszę również nadrabiać zaległości w wyzwaniu. Wszystkich zaniedbanych czytaczy literatury "nie-pięknej", przepraszam.
środa, 5 listopada 2014
Różne stadia miłości. "Suknia ślubna"
Rachel Hauck poznałam niedawno, czytając Był sobie książę. Co prawda miałam drobne zastrzeżenia do tej książki, ale przypadła mi do gustu na tyle, że bez wahania sięgnęłam po kolejną powieść autorki.
Tym razem głównym bohaterem książki jest przedmiot, tytułowa Suknia ślubna. Całkiem przypadkowo trafia ona w ręce Charlotte, właścicielki salonu właśnie z sukniami ślubnymi. Jeszcze kilka dni wcześniej niespodziewany podarek sprawiłby jej ogromną radość. Suknia jest piękna i Charlotte chętnie włożyłaby ją na swój ślub. Teraz jednak zaręczyny zostały zerwane, ślub odwołany, a dziewczyna stara się zorganizować swoje życie od nowa. Suknia tylko przywołuje wspomnienia więc Charlotte postanawia znaleźć dla niej pannę młodą. Wcześniej jednak rozpoczyna poszukiwania poprzednich właścicielek.
My jedną poznajemy dużo wcześniej niż Charlotte. Jednocześnie ze współczesną historią Rachel Hauck opowiada nam inną, o 100 lat wcześniejszą. Historię pięknej i pochodzącej z dobrego domu Emily, która przygotowuje się do ślubu z najbogatszym i najbardziej pożądanym kawalerem w mieście. Tylko że Emily nie jest przekonana, że to właśnie jego kocha. Wie za to na pewno, że nie pójdzie do ołtarza w sukni uszytej przez miejscową "projektantkę" z usług której korzystają całe wyższe sfery. Nie interesują jej falbany, draperie, kilogramy materiały i metry trenu. Chce czegoś prostego, eleganckiego i piękne, a to może jej dać tylko jedna osoba. Niestety skorzystanie z jej usług wiąże się z ogromnym skandalem. Wybrana przez nią krawcowa jest...czarnoskóra, a w sferach, w których Emily się obraca jest to chyba najgorsza z możliwych wad.
Pojawiają się jeszcze dwie inne historie: Hillary i Mary Grace, kolejnych panien młodych, które brały ślub w tajemniczej sukni, pojawiającej się zawsze w odpowiednim momencie i pasującej na każdą z nich. Wszystkie te kobiety łączy pewna magia związana z suknią. Wszystkie one, oprócz nieżyjącej Emily, zaprzyjaźniają się ze sobą.
Suknia ślubna to powieść z jednej strony ckliwa i pełna romantyzmu, z drugiej dotykająca trudnych tematów: biedy, osamotnienia, rasizmu czy traktowania kobiety jedynie jako ozdoby domu. Przy tym wszystkim nie miałam poczucia, że autorka mnie umoralnia czy wskazuje jedyną słuszną drogę. Nie, ona nam pokazuje różne ludzkie losy i sprawia, że zaczynamy się zastanawiać czy do ślubu dojdzie i jak znaleźć prawdziwą miłość.
Ale żeby nie było, że Suknia ślubna to powieść na skroś sentymentalna to miała również zabawne momenty. Do moich ulubionych należały sceny, kiedy Charlotte zabierała manekina z suknią do salonu, żeby dotrzymał jej towarzystwa, a następnie z nim rozmawiała i razem oglądali telewizję.
Poprzednio zwracałam uwagę na religijną wymowę książki. Suknia ślubna jest pod tym względem bardziej wyważona, choć i w niej odwołania do wiary i Boga się znajdują. Jednak tym razem nie czułam, że powieść stara się mnie umoralnić czy nawrócić.
Suknia ślubna to piękna opowieść o miłości. Snuta zarówno przez małżonka z wieloletnim stażem, dziewczynę, która nie wie komu oddać serce, jak i porzuconą młodą kobietę odkrywającą miłość na nowo. Jest to przyjemna lektura, godna polecenia.
| źródło |
Suknia ślubna to powieść z jednej strony ckliwa i pełna romantyzmu, z drugiej dotykająca trudnych tematów: biedy, osamotnienia, rasizmu czy traktowania kobiety jedynie jako ozdoby domu. Przy tym wszystkim nie miałam poczucia, że autorka mnie umoralnia czy wskazuje jedyną słuszną drogę. Nie, ona nam pokazuje różne ludzkie losy i sprawia, że zaczynamy się zastanawiać czy do ślubu dojdzie i jak znaleźć prawdziwą miłość.
Ale żeby nie było, że Suknia ślubna to powieść na skroś sentymentalna to miała również zabawne momenty. Do moich ulubionych należały sceny, kiedy Charlotte zabierała manekina z suknią do salonu, żeby dotrzymał jej towarzystwa, a następnie z nim rozmawiała i razem oglądali telewizję.
Poprzednio zwracałam uwagę na religijną wymowę książki. Suknia ślubna jest pod tym względem bardziej wyważona, choć i w niej odwołania do wiary i Boga się znajdują. Jednak tym razem nie czułam, że powieść stara się mnie umoralnić czy nawrócić.
Suknia ślubna to piękna opowieść o miłości. Snuta zarówno przez małżonka z wieloletnim stażem, dziewczynę, która nie wie komu oddać serce, jak i porzuconą młodą kobietę odkrywającą miłość na nowo. Jest to przyjemna lektura, godna polecenia.
sobota, 25 października 2014
W salonie figur woskowych. "Madame Tussaud"
Do tej pory Madame Tussaud kojarzyła mi się jedynie z Londynem. Nigdy nie zwróciłam uwagi na to, że twórczyni salonów figur woskowych nosi francuskie nazwisko. Już samo to było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Jeszcze większym było to, że kobieta ta miała skomplikowane i nietuzinkowe życie.
Marie Tussaud, a właściwie Marie Grosholtz poznajemy tuż przed wybuchem Wielkiej Rewolucji. Mieszka ona w Paryżu wraz z matką i przyszywanym ojcem i wraz z nim prowadzi salon figur woskowych. Udziela również prywatnych lekcji siostrze króla. Wydaje się, że rodzina żyje szczęśliwie: salon cieszy się popularnością, otaczają ich przyjaciela, a we wtorkowe wieczory to w ich domu zbierają się rozpolitykowani młodzieńcy mówiący o konieczności zburzenia starego porządku. Wszystko komplikuje się kiedy przechodzą oni od słów do czynów.
Marie i jej rodzina znajdują się w centrum wydarzeń politycznych. Jako obcokrajowcy muszą tym bardziej udowadniać swoje oddanie rewolucji. Kiedy więc tłum przynosi pierwsze odcięte i okrwawione głowy, Marie siada na progu i wykonuje ich woskowe odlewy. Zaś po kilku dniach jedzie do Wersalu aby zabezpieczyć się również na wypadek powrotu monarchii.
| źródło |
Michelle Moran skupiła się w swojej powieści na dwóch kwestiach: prowadzeniu podwójnego życia i totalnej bezradności człowieka wobec politycznej nagonki i wobec tłumu. Marie robi odlewy głów kolejnych ofiar rewolucji, często osób, które znała i ceniła, ponieważ doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli powie "nie", to zostanie zabita. Zaciska więc zęby, zamyka oczy, zobojętnia się na wszystko i przystępuje do pracy. Jednocześnie i ona i ojczym starają się grać na wszystkie możliwe fronty, tak żeby, niezależnie od tego kto ostatecznie uzyska władzę, znaleźć się na powierzchni. Trudno ich za to potępiać, ale była to postawa daleka od tych, które prezentują zazwyczaj idealni, pozbawieni skaz bohaterowie.
W ogóle Marie miała jeszcze jedną, poważną skazę. Jedyne co się dla niej liczyło to pieniądze. Wystawy w Salonie się zmieniały zależnie od tego jak powiał polityczny wiatr, ceny były podnoszone z chwili na chwilę, a Marie wszystko przeliczała na monety. Gotowa była poświęcić swoją miłość i przyszłość dla lepszego zarobku.
Jak większość powieści historycznych, tak i ta jest pisana z punktu widzenia głównej bohaterki. Po raz kolejny uznaję to za bardzo udany zabieg. Mamy szansę jej oczami patrzeć na to, co dzieje się w Paryżu, poczuć jej strach, nienawiść, obrzydzenie, pogardę i miłość. Dzięki temu historia ta staje się bardziej realna i przejmująca.
Madame Tussaud przenosi nas do Paryża roku 1789. Miasta śmierdzącego, pełnego gniewu i strachu. Jednocześnie udajemy się do pięknych ogrodów Wersalu i pod gilotynę. I każde z tych miejsc jest równie realne. Michelle Moran funduje nam podróż w czasie i przestrzeni. I to taką, której nie przypłacimy głową.
Gorąco polecam Wam tę powieść. Ja zaś wracam do stosu czekającego na recenzję- czas i wenę na czytanie mam. Gorzej z pisaniem.
Madame Tussaud przenosi nas do Paryża roku 1789. Miasta śmierdzącego, pełnego gniewu i strachu. Jednocześnie udajemy się do pięknych ogrodów Wersalu i pod gilotynę. I każde z tych miejsc jest równie realne. Michelle Moran funduje nam podróż w czasie i przestrzeni. I to taką, której nie przypłacimy głową.
Gorąco polecam Wam tę powieść. Ja zaś wracam do stosu czekającego na recenzję- czas i wenę na czytanie mam. Gorzej z pisaniem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















