wtorek, 7 maja 2013

W szachy o życie. "Ósemka"

Są książki, które budzą we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony fabuła wydaje się być ciekawa, stworzona z pomysłem, z drugiej jednak lektura idzie mi opornie, myśli podczas czytania uciekają, a po książkę sięgam z lekką niechęcią. Taka niestety była właśnie Ósemka.

Pomysł połączenia w jednej książce historii i teraźniejszości (lub raczej bardzo niedawnej przeszłości) nie jest niczym nowym. Tak samo jak poszukiwanie mistycznego, zaginionego przedmiotu, który ma niezbadane możliwości. Wszystko to brzmi ciekawie i intrygująca, ale przyjrzymy się temu dokładniej.

Tajemniczym przedmiotem, na tropie którego są bohaterowie Ósemki, są szachy- wykonane przez Maurów, podarowane Karolowi Wielkiemu i przez niego ukryte w opactwie Montglane aby nikt nie zawładnął ich ogromną mocą (jakie dokładnie mają one właściwości dowiadujemy się dopiero na ostatnich stronach- wcześniej autorka przedstawia je dość mgliście). Do zawładnięcia kompletem dążyły koronowane głowy i rządni władzy politycy wielu krajów i wielu epok. Aż dziw, że przetrwały one schowane przez prawie tysiąc lat.

Historyczna fabuła zabiera nas do Francji czasów Wielkiej Rewolucji. W związku z likwidacją klasztorów przeorysza opactwa Montglane wydobywa szachy, rozdaje figury swoim zakonnicom i wysyła je z nimi w różne zakątki Europy tak, aby nikt nie zebrał całego kompletu. My towarzyszymy dwóm nowicjuszkom: Mireille i Valentine, które zamieszkują u swojego opiekuna, malarza Jacquesa- Louis Davida. Umieszczone w samym centrum Paryża panienki mają być punktem kontaktowym dla wszystkich sióstr, którym grozi niebezpieczeństwo. Nie spodziewają się, że zostaną uwikłane w politykę i że te drogocenne figurki będą mieć tak ogromny wpływ na ich losy: przyciągną śmierć, zmuszą do podróży przez pustynię, ofiarują miłość.

Akcję części współcześniejszej poznajemy z ust jej głównej bohaterki: Catherine. Jest ona ekspertem komputerowym (a w latach 70. kobieta na takim stanowisku to widok nieczęsty). W związku z narażeniem się szefowi ma zostać wysłana na kontrakt do Algierii. Znajomy prosi ją wtedy żeby przywiozła stamtąd stare szachowe figury. Przed wyjazdem dostaje ona dziwne ostrzeżenie, z ust starej kobiety, podającej się za wróżkę. Staje się też uczestnikiem dziwnego turnieju szachowego oraz znajduje zwłoki zaginionego szofera przyjaciółki. Wyraźnie ktoś interesuje się jej osobą, a intryga wokół niej zaczyna gęstnieć.

Opis fabuły brzmi bardzo interesująco, ale w praktyce nie był już tak różowo. Przede wszystkim miałam wrażenie, że ciągle któraś z bohaterek jedzie przez pustynię (przy czym autorka stara się nam bardzo dokładnie przedstawić mijane krajobrazy). Druga irytująca mnie rzecz to była kompletna nieświadomość Catherine. Wypełniała ona polecenia kolejnych osób, szła tam gdzie została wysłana, akceptowała niejasne wskazówki i bardzo powoli szukała rozwiązań. Na niekorzyść książki działała jeszcze jedna rzecz: matematyczne rozważania prowadzone w kontekście czy to komputerów, szachów czy ropy. Wynika to zapewne z tego, że Katherine Neville karierę robiła właśnie w dziedzinie komputerów. Pracowała dla OPEC, była wiceprezesem Bank of America. Jednocześnie zajmowała się malarstwem i fotografią. Postać Catherine obdarzyła ona zarówno swoimi pasjami jak i doświadczeniami zawodowymi. Ósemka jest literackim debiutem pisarki i jedną z czterech jej książek.



Oczywiście Ósemka ma nie tylko słabe strony. Były momenty, że lektura naprawdę mnie wciągała. Trzeba przyznać, że zrobienie bohaterami "sław" Wielkiej Rewolucji było całkiem ciekawym zabiegiem. Również XX- wieczne postacie przyciągają uwagę czytelnika. Jest to zbieranina przeróżnych charakterów, która nie raz zaskakuje swoim zachowaniem- potrafi rozbawić i przestraszyć.

Mimo wszystko jednak, dla mnie Ósemka jest zmarnowanym pomysłem zapisanym na prawie 700 stronach. Uważam, że bazując na wizji Katherine Neville można było stworzyć dużo ciekawszą powieść.

poniedziałek, 6 maja 2013

Boże, chroń królową! "Elżbieta II. Portret monarchini"

Elżbieta II to swoista ikona. Dla mnie, tak jak zapewne dla wielu, jest pewnego rodzaju pewnikiem w niespokojnym świecie. Podczas gdy zmieniają się prezydenci, premierzy, przywódcy, papieże ona nieporuszenie trwa na stanowisku.

Zawsze podziwiałam królową angielską za siłę, którą posiada. Jednak jak ogromne są jej pokłady zrozumiałam dopiero podczas lektury książki Elżbieta II. Portret monarchini. 

Książa opowiada o życiu angielskiej władczyni od momentu niespodziewanego wstąpienia na tron jej ojca aż do czasów współczesnych. Niespodziewany "awans" ojca sprawił, że był on nieprzygotowany do sprawowania władzy. Chciał przed tym uchronić swoją następczynię dlatego Elżbieta już od najmłodszych lat zapoznawana była z angielskim prawodawstwem i obowiązkami monarchy. Mamy szansę zobaczyć wydarzenia, które ukształtowały młodą dziewczynę i sprawiły, że stała się ona potem niezłomną kobietą. 

Ilość materiałów, do których sięgnęła autorka jest imponująca. Bibliografia zajmuje sześć, gęsto zapisanych, stron. Są tam zarówno opracowania naukowe (niestety tylko kilka z nich zostało przetłumaczonych na język polski), jak i programy telewizyjne czy prace do tej pory nigdzie nie publikowane.

Zapewne w tym momencie zaczęliście się obawiać, że Elżbieta II. Portret monarchini to nudna, stricte naukowa, biografia, której lekturę może przetrwać jedynie historyk. Zdecydowanie tak nie jest. Sally Bedell Smith stara się pokazać jak najbardziej ludzkie oblicze tej niezłomnej kobiety. Skupia się na panujących w rodzinie Windsorów relacjach, licznych podróżach rodziny królewskiej, ich reakcji na wydarzenia ważne dla kraju i radzeniu sobie z nowymi czasami i obyczajami. Dzięki temu królowa przestała być dla mnie postacią posągową, idealną, ale zeszła z piedestału i okazała się być realnym człowiekiem z ogromnymi pasjami, śmiejącym się z dowcipów i rozpaczającym po stracie. 

Biografia ta, to nie tylko historia, często dość burzliwa, jednej rodziny, ale także okazja przyjrzenia się temu jak przez 60 lat panowania królowej zmienił się świat. Autorka nie skupia się co prawda na przedstawieniu epoki samej w sobie, ale czyni ją barwnym tłem dla opisywanych przez siebie wydarzeń. 

Książka została wzbogacona licznymi fotografiami z najważniejszych chwil życia Elżbiety i rodziny Windsorów. Głownie przedstawiają ich one podczas pełnienia oficjalnych obowiązków, ale nie brakuje też zdjęć z ich życia prywatnego. Najbardziej zaskoczyły mnie te z młodości królowej- nie miałam pojęcia, że była ona taką pięknością. 

Sam fakt, że autorka jest Amerykanką sprawia, że ma ona do brytyjskiej monarchii dość neutralny stosunek. Przygląda się jej , jak pięknemu zjawisku, a jednocześnie nie agituje w swojej książce za czy przeciw. Choć na pewno widać tam dużo sentymentu żywionego dla Elżbiety, którą Sally Bedell Smith miała okazję dwukrotnie, przelotnie spotkać. 

Elżbieta II. Portret monarchini to nie pierwsza biografia członka rodzin Windsorów napisana przez Sally Bedell Smith. Wcześniej spod pióra tej amerykańskiej historyczki wyszła biografia księżnej Diany, a także opowieści o osobistościach ze świata polityki m.in. Kennedym czy Clintonach.

Na koniec przyznam, że autorka/tłumaczka kupiła mnie już pierwszym zdaniem. Mianowicie pisząc o ślubie najmłodszego pokolenia królewskiego rodu użyła określeń: książę Wilhelm i księżna Katarzyna, a nie książę William i księżna Kate, które mnie osobiście bardzo irytują (w końcu mamy królową Elżbietę a nie Elisabeth). Niby jest to drobiazg, ale świadczy o dużej dbałości o szczegóły i dał mi nadzieję, że cała książka jest taka "dopieszczona". I nie zawiodłam się.

Po raz kolejny zaczęłam zazdrościć Brytyjczykom monarchii. Szczególnie, że Elżbieta wyzierająca z kartek książki to osoba, z której każdy obywatel, niezależnie od politycznych przekonań, może być dumny. Elżbieta II. Portret monarchini to doskonała lektura dla każdego, kto choć raz zadawał sobie pytanie "jak to z tą rodziną królewską jest naprawdę?". Polecam.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat



Książkę zgłaszam do wyzwań:



środa, 1 maja 2013

Ćwicząc dygnięcia. "Córka markizy"

Kilka miesięcy temu miałam przyjemność czytać pisarski debiut Lauren Corony Wenecję Vivaldiego. Zachwycałam się wtedy tamtą powieścią i pisałam, że chętnie sięgnęłabym po kolejne dzieła autorki. Udało mi się to ostatnio i przyznam, że zostałam pozytywnie zaskoczona. Córka markizy spodobała mi się jeszcze bardziej.

Po raz kolejny autorka swoimi bohaterkami czyni dwie młode, wychowywane razem, panienki. Jedna z nich, Lili, jest córką markizy Emilie de Chatelet, genialnej matematyczki, jednej z pierwszych kobiet, które odważyły się poświęcić nauce. Niestety dziewczyna nie miała okazji poznać matki, gdyż ta umarła zaraz po porodzie. Wychowuje ją przyjaciółka Emilii, Julie de Bercy, której córka, Delphine, jest rówieśniczką Lily i jej najlepszą przyjaciółką. Dziewczynki bardzo się różnią. Podczas gdy, Lilly odziedziczyła po matce inteligencję, ciekawość świata, niechęć do konwenansów i dworskiego życia oraz odwagę by przeciwstawić się narzucanym ograniczeniom, Delphine marzy o pobycie na dworze, pięknych sukniach, kapeluszach, a przede wszystkim o dobrym mężu. W związku z tym dziwi trochę ogromna przyjaźń jaka łączy obie bohaterki. Lata wspólnie spędzone w klasztornej szkole i dość wyzwolonym domu sprawiły jednak, że są one sobie bliskie jak siostry.

Miałam wrażenie, że francuski dwór z wieku XVIII jest zdecydowanie bliższy autorce niż Pieta, o której pisała poprzednio. Najlepsze domy Paryża to nie tylko miejsce spotkań towarzyskiej śmietanki miasta, ale również gniazdo żmij, z którymi dziewczęta będą sobie musiały poradzić. Każda zrobi to na swój sposób: intelektem bądź wdziękiem.

Lauren Corona opowiada jednak nie tylko o dwóch wchodzących w życie panienkach. Narrację dotyczącą ich życia w połowie wieku XVIII przeplata ona krótkimi migawkami z życia markizy Emilie de Chatelet. Widać wyraźnie fascynację autorki tą kobietą i jej dokonaniami. Przyglądamy się jej przez
30 lat. Zostajemy wtajemniczeni w nieszczęśliwe małżeństwo, liczne romanse, a także ujawnienie się jej jako naukowca.

Z jednej strony Córka markizy to sprawnie opowiedziana historia dorastania i poszukiwania własnej drogi, książka spokojna, nostalgiczna. Z drugiej jednak strony z dużą dozą ironii i humoru opowiadająca o realiach epoki: strojach, konwenansach itd. Przygotowania bohaterek do prezentacji na dworze zdecydowanie obudziły moje rozbawienie. Jednocześnie poczułam ulgę, że zmiana obyczajów sprawiła iż nie muszę się zamartwiać tym czy mam tren ułożony idealnie co do milimetra.

Zdecydowaną zaletą powieści są również jej bohaterowie. Chyba w całej książce nie ma ani jednej mdłej postaci. Są okrutne, przesłodzone, naiwne, zdeterminowane, ale nigdy nudne.

Wszystko to sprawia, że mam nadzieję, iż każda kolejna książka Lauren Corony będzie takim pozytywnym zaskoczeniem. I nie mogę już doczekać się następnych.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Detektywi nie z tego świata. "Tajemnice Nowego Orleanu"

Nowy Orlean to miasto tajemnicze, pełne miejsc przesiąkniętych przeszłością. Opowiadaniem o jego interesującej historii zajmują się członkowie agencji turystycznej: Nikki, Andrea, Patricia, Nathan, Mitch i Julian, prywatnie grupa przyjaciół, spędzająca ze sobą wolny czas. Właśnie podczas przerwy w pracy, będąc w ulubionej kafejce Nikki i Andrea wpadają na tajemniczego nieznajomego, który przyciąga ich uwagę. Kilka dni później Andrea ginie. Przedawkowała narkotyki. Policja uważa, że powróciła ona do dawnego nałogu. Innego zdania jest Nikki, której przyjaciółka śniła się w momencie śmierci. Od tego czasu zaczęła widzieć jej ducha. Wpada również często na spotkanego wcześniej mężczyznę. Kiedy opisuje go policji okazuje się, że był on agentem FBI i jakiś czas temu został zamordowany, także niemożliwe jest, że dziewczyna go widzi. Znajomi zaczynają podejrzewać, że Nikki dalej jest w szoku po śmierci przyjaciółki i niezbędna jest jej opieka psychologiczna.

Jedyną osobą, która ją rozumie jest Brent: rządowy specjalista zajmujący się zjawiskami nadprzyrodzonymi. Jemu duchy po raz pierwszy ukazały się w dzieciństwie, po wypadku jego rodziców. Od tego czasu nauczył się z nimi rozmawiać i pomagać im. Do Nowego Orleanu sprowadza go sprawa zabójstwa rządowego agenta, ale bardzo szybko zauważa on, że obie zbrodnie dużo łączy i że Nikki jest w ogromnym niebezpieczeństwie.

Tajemnice Nowego Orleanu zaskoczyły mnie całkowicie. Jest to nie tylko sprawnie skonstruowany kryminał, ale też książka z duszą (bądź z duchami, jak kto woli). Autorce udało się wpleść do powieści istoty nie z tego świata w sposób bardzo sugestywny, obrazowy. W pewnym momencie czytelnik ma wrażenie, że to taka specyfika Nowego Orleanu iż duchy krążą po ulicach, pomagają rozwiązać śledztwo, walczą z narkotykami czy zaprowadzają porządek na "swoim" cmentarzu. Ot, taka ciekawostka turystyczna miasta. Jednocześnie Heather Graham nie popada w przesadę dzięki czemu książka nie stała się groteskowa.

Kolejną zaletą powieści jest wartka akcja. W jednej chwili bohaterowie uprawiają bardzo gorący seks (tak, mamy w niej też wątki romansowe), po to by za chwilę pójść na cmentarz porozmawiać z zaprzyjaźnionym duchem czy podziałać na nerwy agentowi FBI. Autorka zaskakuje i trzyma w napięciu szczególnie, że każe nam osoby mordercy szukać w najbliższym otoczeniu ofiar.

Czytając Tajemnice Nowego Orleanu trudno uwierzyć, że Heather Graham zasłynęła głównie jako autorka romansów. Pierwszą powieść wydała w 1982 r. Obecnie jest najbardziej poczytną amerykańską autorką.

Jeżeli potrzebujecie lekkiego kryminału i nie odstraszają Was dziwni detektywi, to Tajemnice Nowego Orleanu powinny przypaść Wam do gustu. 

Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle


sobota, 27 kwietnia 2013

Krucjata u bram. "Śmierć w dzielnicy weneckiej"

Mam nadzieję, że nie macie jeszcze dość Feste. Nawet jeżeli to jest to (niestety, albo na szczęście zależnie od punktu widzenia) ostatnia recenzja jego przygód. Dlaczego o tym na końcu.

Pamiętacie zapewne, że ostatnio los zawiódł błazna i jego małżonkę do Konstantynopola. Ten sam los okrutnie z nich zakpił. Kiedy uporali się z zadaniem wyznaczonym im przez cech pod murami miasta pojawiło się dwieście okrętów czwartej wyprawy krzyżowej, a nasi bohaterowie zostali uwięzieni w mieście. Wiola jest błaznem cesarzowej, miejsce Feste na dworze cesarskim zajął karzeł Riko, a rozrywki na ulicach dostarcza młodziutki szczudlarz Plossus. Pieczę nad całym towarzystwem sprawuje oczywiście Feste, który został naczelnym błaznem Konstantynopola. Już same ich spotkania, podczas których dyskutują o sytuacji politycznej i planują kolejne posunięcia są dość barwne by czytelnik nie mógł oderwać się od książki. A oczywiście to nie wszystko co czeka na nas podczas lektury.

Znany nam już z części poprzedniej, cesarski skarbnik postanawia zaangażować błazny do poprowadzenia śledztwa w sprawie zagadkowej śmierci, która miała miejsce w dzielnicy weneckiej. Zabity był jego łącznikiem z wenecką flotą, dlatego też skarbnikowi trudno uwierzyć, że była to śmierć z przyczyn naturalnych, chociaż wiele poszlak na to wskazuje. Dodatkowo błazny mieszają się w politykę i starają zapobiec wojnie, która wisi na włosku.

Po raz kolejny najmocniejszą stroną książki są bohaterowie. Przede wszystkim błazny, które pojawiają się po raz pierwszy w Śmierci w dzielnicy weneckiej. Zarówno Riko jak i Plossus to indywidualności o niewyparzonym języku, z ironią podchodzący do tego co dzieje się wokół nich. Poznajemy też bardziej rodzinę cesarską. Przede wszystkim trzy księżniczki, które ciągle kłócą się  między sobą, która ma gorszego męża i nie mogą doczekać kolejnego zamążpójścia. Oczywiście nie zawodzi również cesarzowa, która absolutnie nie spokorniała. Uważa się za to bardziej powołaną do rządzenie krajem od swojego, uciekającego z pola bitwy, męża.

Tym razem historię poznajemy nie tylko z ust Feste. Dopuszcza on czasem do głosu swoją małżonkę, zapewniającą nam podgląd na kobiecy dwór cesarzowej i intrygi, które mają tam miejsce. Jednocześnie też Wiola wnosi do powieści trochę kobiecego zrzędzenia na męża, narażającego się na niebezpieczeństwa i nie dbającego o spokój ciężarnej żony.

Dodatkowym atutem książki jest barwna historyczna mozaika stworzona przez autora. Wbrew pozorom ten zabawny kryminał ma silne podstawy historyczne jeżeli chodzi o wydarzenia związane z czwartą krucjatą. Alan Gordon postarał się sięgnąć do relacji ludzi znajdujących się po obu stronach murów obronnych.

Niestety przyszedł czas na rozstanie się z Feste i jego towarzyszami. Trzynasta noc, Błazen wkracza na scenę Śmierć w dzielnicy weneckiej to jedyne książki z serii Gildia błaznów, które ukazały się w Polsce. Co prawda Alan Gordon skończył kilka lat temu pracę nad ósmą częścią cyklu, ale żadne z polskich wydawnictw nie podjęło się wydania kolejnych jego książek.

Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle


Wschodnie śledztwo. "Błazen wkracza na scenę"

Feste poznaliście kilka dni temu, kiedy, w Trzynastej nocy, mierzył się ze swoim dawnym wrogiem. Spotkanie z nim mogło się dla niego zakończyć tragicznie i pozostawiło mu trwały uraz do pewnego rodzaju broni.

Minęło kilka miesięcy, Feste nadal pozostaje w Orsyno gdzie leczy rany i zaznaje przyjemności płynących z... małżeństwa. Tak, tak, błazen się ożenił i to z księżną Wiolą. Dodatkowo jego żona postanowiła porzucić wygodne i ograniczone konwenansami życie i zostać terminatorem w cechu błaznów. Kiedy więc Feste dostaje polecenie udania się do Konstantynopola i zbadania zaginięcia/śmierci wszystkich tamtejszych członków bractwa nie wyrusza sam, ale z ukochaną przebraną w męski kostium.

Tym razem wplątują się w zbrodnię, która momentami jest przerażająca, czasem polityczna, często za to śmieszna i zaskakująca. Konstantynopol zdecydowanie nie jest miastem przyjaznym błaznom. W tajemniczych okolicznościach zniknęły wszystkie, które przebywały w mieście. Nikt nie wie co się z nimi stało, ciał nie odnaleziono, a w pozostawionych przez nich rzeczach nie ma żadnych wskazówek. Jedyne dwie osoby, chcące i potrafiące pomóc bohaterom to "nawrócony" błazen, który opuścił szeregi bractwa oraz Izaak, zakapturzona postać, przywódca półświatka, bez którego wiedzy nie dzieje się nic nielegalnego i którego wpływy są ogromne. Przyznacie sami, że tacy pomocnic nie budzą zaufania jeżeli trzeba zaryzykować własne życie.

Błazen wkracza na scenę jest książką zdecydowanie bardziej komediową od swojej poprzedniczki. Sprawiają to zarówno małżeńskie sprzeczki Feste i Wioli jak i postaci zamieszkujące dwór cesarskich, a przede wszystkim cesarzowa- harpia, prawdziwy postrach męża i dworzan. Do tej zaszczytnej kompanii dołącza jeden urzędników postanawiających wykorzystać Feste do swoich celów i prowadzący z nim wielce interesujące rozmowy oraz dwóch jego żołnierzy. Jest to absolutnie mieszanka wybuchowa- powodująca u czytelnia wybuch dobrego humoru.

W ogóle Błazen wkracza na scenę jakoś bardziej przypadł mi do gustu. Intryga kryminalna była dla mnie łatwiejsza do ogarnięcia, a jednocześnie bardzo wciągająca. Język, którym opisano Konstantynopol sprawił, że poczułam się jakbym oglądała go własnymi oczami, a bogactwo charakterów zaskakiwało i sprawiało, że nuda nie była możliwa. 

Po raz kolejny mogę gorąco polecić przygody Feste. Z ogromnym uśmiechem na ustach.

Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Nie tylko klaun. "Trzynasta noc"

Tajne stowarzyszenia, które wpływają na wielką politykę istniały od zawsze i zapewne w dalszym ciągu mają się całkiem nieźle. Jednym z nich jest Gildia błaznów. Jej członkowie rozsiani są po całym świecie. Chowając twarz za grubą warstwą makijażu, zabawiają zarówno bogaczy jak i biedaków zbierając przy okazji informacje i sterując losami ludzi.

Człowiekiem, który zabierze nas do tego barwnego średniowiecznego świata jest Feste. Nie najmłodszy już błazen, którego spotykamy w karczmie gdzie topi w alkoholu swoje smutki i oddaje się lenistwu. Z otępienia, w które popadł wytrąca go posłaniec przynoszący informację, że zginął książę Orsyno. Cech wysyła Feste, żeby ten przyjrzał się sprawie. Jako że szef gildii spodziewa się jednak, że w Orsynie oczekiwał będzie na błazna jego dawny wróg, Malwolio, Feste dostaje nakaz pojechania tam w przebraniu kupca. Jest to dla niego nowa sytuacja, w której początkowo nie może się odnaleźć i już na samym początku pobytu popada w kłopoty. 


 Feste w Orsyno zmierzy się nie tylko z mordercą, który czeka na jego powrót, ale również z dość skomplikowaną sytuacją towarzyską. Na czele dwóch największych rodów stoją bliźnięta: księżna- wdowa Wiola, jej brat Sebastian i jego żona Oliwia. Każde z nich pożąda władzy i widzi siebie w roli regenta. I nie wszyscy pokazują swoje prawdziwe oblicze. 

Przyznam, że gubiłam się trochę w fabule, która jest w pewnym sensie, kontynuacją szekspirowskiego Wieczoru Trzech Króli. Wstyd powiedzieć, ale tej klasyki nie czytałam/oglądałam więc nie wszystkie odniesienia były dla mnie oczywiste. 

Pomimo tego jestem tą książką absolutnie zachwycona. Trzynasta noc to świetny kryminał, a sam błazen okazuje się być niezłym detektywem. Zbrodniarz nie zamierza poprzestać jedynie na morderstwie księcia i stara się wysłać w zaświaty, śladem władcy, kolejne osoby. Kryminalna intryga niejednokrotnie zaskakuje, a prowadzone przez Feste śledztwo wciąga czytelnika. Wydawało mi się podczas lektury, że zagadka jest prosta do rozwiązania i że wiem kto jest mordercą. Przekonałam się jednak, że miałam rację tylko połowicznie.

Oczywiście książka traktująca o przygodach błazna nie mogłaby istnieć bez dużej dozy humoru. Co prawda Trzynastą noc trudno określić mianem komedii, ale autor postarał się o to, żeby czytelnik uśmiechnął się podczas lektury. A wszystko to jest zasługą zarówno Feste, który opowiada o swoich przygodach z ironią, sceptycznie podchodząc do niektórych swoich czynów, jak i innych bohaterów w tym "krwiożerczego" ogiera błazna: Zeusa.

Trzynasta noc rozpoczyna całą serię książek traktujących o przygodach Feste. W obecnej chwili cykl autorstwa Alana Gordona liczy sobie osiem pozycji, z czego tylko trzy zostały wydane w Polsce.

Do lektury tej książki zachęcam wszystkich miłośników kryminałów i powieści historycznych. Ja zaś wracam do sarkastycznego błazna, wysłuchać opowieści o jego kolejnych przygodach.

Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle