środa, 9 października 2013

Artystyczne marzenia Hitlera. "Obrońcy dzieł sztuki. Alianci na tropie skradzionych arcydzieł'

Książka, o której chcę Wam dzisiaj opowiedzieć może być dla Was zaskoczeniem jeśli chodzi o tematykę. W końcu przez półtora roku prowadzenia blogu ani razu nie pisałam o żadnej publikacji dotyczącej II wojny światowej. Ja po prostu takich książek nie czytam (jak na historyka jest to dość nietypowe wyznanie, ale jednak). Nie dlatego, że są zbyt brutalne, opowiadają o ogromnym okrucieństwie czy ludzkim zezwierzęceniu. Uważam jednak, że jest ich zbyt dużo i irytuje mnie sprowadzanie historii Polski do kilku tragicznych lat. I żeby nie było: uważam, że powinno się o nich mówić/pisać, a przede wszystkim pamiętać, ale kiedy w księgarni widzę działy "Historia Polski", "Historia Europy" i "II wojna" (przy czym często ten ostatni bywa największy) to mam wrażenie, że zatraciliśmy proporcje.

Po tym wstępie pewnie zastanawiacie się skąd w takim razie na blogu recenzja wojennej opowieści. Obrońcy dzieł sztuki. Alianci na tropie skradzionych arcydzieł to książka niezwykła. Ruchy wojsk i toczone walki są w niej tylko tłem do gawędy o ludziach, o których na długie lata świat zapomniał. Chodzi tu o żołnierzy Sekcji Zabytków, Dzieł Sztuki i Archiwów. 

Jednostka ta, działająca w terenie od 1943 r., w momencie zakończenia wojny liczyła sobie ok. 60 członków rozsianych po wszystkich frontach. Była to absurdalna wręcz liczba w stosunku do zadań, które przed nimi postawiono, czyli odnajdowania zagrabionych przez hitlerowców dzieł, odnajdywania ich właścicieli, dbania żeby były przechowywane w bezpiecznych warunkach i nie uległy zniszczeniu. Sekcja ta miała pod swoją opieką nie tylko obrazy czy rzeźby, ale także architekturę i wszelkie dokumenty, zarówno te historyczne jak i te, które mogły być potrzebne do powojennych rozliczeń.

W swojej książce Edsel i Witter skupiają się na froncie zachodnim i 15 działających tam oficerach. Choć momentami słowo "działających" bardzo nie przystawało do sytuacji. Autorzy opisują sytuację ludzi, którzy zostali wysłani na front bez samochodów, sprzętu fotograficznego, łącznościowego czy jakiegokolwiek innego, niezbędnego w tych okolicznościach. 

Oficerowie, którzy są bohaterami Obrońców dzieł sztuki dostają się do kolejnych miejsc łapiąc na stopa wojskowe furgonetki, jadące w przybliżonym kierunku, czasem błąkają się bez przydziału odsyłani z miejsca na miejsce. Nie mają żadnej władzy, a jedynie mogą próbować wpłynąć na dowódców armii czy starać się wyprosić choćby dwóch żołnierzy, którzy mogliby trzymać straż przy kolejnym odkrytym repozytorium. Przede wszystkim zaś nie znajdują zrozumienia. W świecie, gdzie giną narody i kończy się znana ludziom cywilizacja, oni chcą ratować obrazy i budynki. Na szczęście z biegiem czasu znaleźli zrozumienie.

Obrońcy dzieł sztuki to historia grupki pasjonatów, która dla idei ryzykowała swoje życie. Książka napisana została w oparciu o liczne dokumenty. Autorom udało się także porozmawiać z kilkoma obrońcami, których opowieść pozwoliła wyjść poza suche fakty zamieszczone w aktach. 

Książka ta nie jest naukowym opracowaniem naszpikowanym trudną terminologią i usypiającym czytelnika już po kilku stronach. Autorzy pokazują nie tylko ruchy wojsk i przenoszenie dzieł sztuki, ale sprawiają, że ich bohaterowie ożywiają, a książkę czyta się z zapartym tchem jak doskonałą powieść sensacyjną. Cała historia ubogacona została licznymi zdjęciami, które pokazują nam jak wyglądała Europa w końcu wojny, a także zabierają do podziemnych kopalni tajnych składów gdzie przechowywane były dzieła sztuki.

Robert M. Edsel jest biznesmenem, którego podróż do Florencji skłoniła do rozważań nad losem zabytków sztuki podczas wojny. W 2000 r. rozpoczął poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie. Tak powstała jego pierwsza książka Rescuing Da Vinci. Obrońcy dzieł sztuki to efekt kontynuowania przez niego badań. W kolejnych odkryciach pomaga mu, założona przez niego Fundacja Obrońców Zabytków dla Ochrony Sztuki, której zadaniem jest zbieranie informacji o obrońcach zabytków działających w 13, pogrążonych w wojnie, krajach. Fundacja kontynuuje ich prace- odnajduje zrabowane dzieła i oddaje prawomocnym właścicielom.


Z kolei Bret Witter jest autorem kilku bestsellerów znajdujących się na liście Times'a. Z tego co się zorientowałam jego udział w powstawaniu Obrońców dzieł sztuki ograniczył się jedynie do pomocy w pisaniu.

O tym jak bardzo książka ta porusza wyobraźnię najlepiej świadczy fakt, że 18 grudnia do kin wejdzie jej ekranizacja zrealizowana przez George'a Clooney'a. Film będzie nosił tytuł The Monuments Men, ale niestety data polskiej premiery (o ile taka będzie) jest nieznana.

W związku z tym, pozostaje mi jedynie czekać na, zapowiadaną we wstępie, książkę o działalności obrońców zabytków na froncie wschodnim. Do tego czasu oddam się marzeniom o odnalezieniu Bursztynowej Komnaty.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat




Książkę zgłaszam do wyzwania: Nie tylko literatura piękna

wtorek, 8 października 2013

Żegnamy Mistrzynię.

Wychowałam się na książkach Joanny Chmielewskiej. Niektóre z nich czytałam tyle razy, że rozpadły się na drobne kawałki. Dlatego z ogromnym żalem przyjęłam wiadomość, że pisarka zmarła dziś nad ranem w Warszawie. 
Będzie mi brakowało jej pióra i humoru.

poniedziałek, 7 października 2013

Pierwszy jesienny stos

Mam wrażenie, że dość dawno żadnego stosu nie pokazywałam. Ten to mieszanka książek z biblioteki, "pamiątek z nad morza" i prezentu od wydawnictwa.



  1. Michael Hesemann, Ciemne postacie w historii Kościoła- egzemplarz recenzyjny od Wydawnictwa M
  2. Therry Jonquet, Tarantula
  3. Dan Wells, Pan potwór
  4. Graham Masterton, Dom kości
  5.  Jael McHenry, Kuchnia duchów
  6. Catherine McKenzie, Idealnie dobrani
  7. Krzysztof Mazurek, Podróż na liściu bazylii
  8. Kate Summemscale, Podejrzenia pana Whichera. Morderstwo w domu przy Road Hill
  9. Paul D. van Hoy II, Reportaż ślubny w praktyce
  10. Neil van Niekerk, Lampa błyskowa w fotografii ślubnej 
Znacie coś? Polecacie/odradzacie?

niedziela, 6 października 2013

W gaju oliwnym. "Wakacje w Italii"

Gorące słońce, równie gorący romans i pyszne jedzenie. Brzmi znajomo, prawda? Każdy z tych elementów znajdziemy w dowolnej książce o Włoszech. A powstało ich ostatnio całkiem sporo. Nie będę ukrywać, że Wakacje w Italii również w pewien sposób wpisują się w ten sprawdzony schemat. Ale nie do końca.

Przyznam, że pierwsze zdania mnie zaskoczyły. Pomyślałam, że jeżeli główna bohaterka twierdzi, że w jej miejscu (szafie, mieszkaniu) nie ma miejsca na mężczyznę, to będzie to nietypowa opowieść. I chwilami rzeczywiście bywała.

Rodzice Rosie niedawno zginęli. Osierocona nastolatka jest przekazywana pomiędzy krewnymi nigdzie nie znajdując prawdziwego domu. Jej życie zmienia się dzięki koleżance ze szkoły: Addoloracie. Dziewczyna zaprasza ją na Majorkę gdzie ma spędzić wakacje liczna grupa licealistów. Jak to bywa grupa wykrusza się i ostatecznie w podróż udają się cztery dziewczyny. Ten kilkutygodniowy odpoczynek zwiąże je ze sobą na cale życie. "Dziewczęta z willi" będą służyć sobie pomocą i razem wyjeżdżać na wakacje. Kolejna podróż zawiedzie je do Italii, gdzie Rosie poznaje przystojnego syna właściciela plantacji oliwek: Enzo. Niestety ich gorący wakacyjny romans zostaje brutalnie przerwany, ale lato, które razem spędzili daje im impuls do zaczęcia nowego życia. Rosie powoli wychodzi z żałoby, oddaje się dwóm swoim pasjom: fotografii i gotowaniu i coraz bardziej docenia włoską, stereotypową rodzinę Addolarty, która przygarnęła ją w trudnych chwilach. Z kolei Enzo przechodzi przyspieszony kurs dorastania.

Wydarzenia z Londynu, dotyczące czterech koleżanek poznajemy dzięki opowieści Rosie, pamiętnikowi Addoloraty i listom, które dziewczęta do siebie wysyłają. Przyznam, że bardzo podobało mi się spoglądanie na to samo wydarzenie z kilku różnych stron. Z kolei losy rodziny Enza przedstawia nam, stojący z boku, narrator. Przeskoki pomiędzy tymi dwoma miejscami, z jednej strony pozwalają nam na bieżąco obserwować losy bohaterów, z drugiej finansowe problemy plantacji Enza jakoś mnie nie porywały.

Biorąc do ręki Wakacje w Italii spodziewałam się kolejnego banalnego romansu. I tutaj autorka mnie zaskoczyła tym, że skupiła się głównie na przyjaźni między dziewczętami, a nie na miłosnych porywach. Mamy więc okazję zobaczyć jak z obcej sobie grupy, stają się one najbliższymi dla siebie osobami, które nieraz pomagają sobie w kłopotach. A w związku z tym, że każda z nich ma inny charakter, dzielą je też potrzeby i zainteresowania, dochodzenia do takiej bliskości było ciężkie i burzliwe.

Nicky Pellegrino jest Brytyjką, która, jako dziecko, spędzała wakacje u kuzynów we Włoszech. W swoich książkach odwołuje się do przeżyć tamtego okresu. Opisuje namiętności, burzliwe kłótnie, a przede wszystkim jedzenie, które stało się jej wielką miłością. My możemy obecnie przeczytać cztery z jej książek.

Nie powiem, że Wakacje w Italii mnie zachwyciły. Coś mi w tej książce nie pasowało. Może były to smutek i rozczarowanie życiem, które towarzyszyły wszystkim bohaterom. Przyznam, że nie spodziewałam się ich tam znaleźć. W końcu liczyłam na gorący włoski romans z dobrą dawką humoru. 

czwartek, 3 października 2013

Niemka na rosyjskim dworze. "Katarzyna Wielka. Gra o władzę"

Katarzyny II chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Co prawda w naszej tradycji wiąże się ona zazwyczaj jedynie z zaborami i nieposkromionym seksualnym apetytem, ale na pewno nie pozostaje postacią anonimową. Tym razem spojrzymy na nia oczami osoby, która otaczała ją przyjaźnią i troską.

Warwara Nikołajewna przyjechała do Petersburga jako mała dziewczynka. Była córką introligatora, którego Rosja skusiła perspektywą zarobku. Jej ojciec służył carycy Elżbiecie i poprosił władczynię by ta, po jego śmierci, zaopiekowała się jego córką. W ten sposób Warwara trafiła na carski dwór. Początkowo jako szwaczka, a później szpieg kanclerza i w końcu samej Elżbiety. To właśnie od cesarzowej dziewczyna dostaje zadanie: zdobyć zaufanie księżniczki z Zerbst, która niedługo ma przyjechać do Rosji aby poślubić następcę tronu.

Obie nastolatki dość szybko znajdują wspólny język. Warwara staje się przewodniczką Katarzyny po zawiłym świecie petersburskiego dworu, pomaga odnaleźć się jej w nowej rzeczywistości i stara chronić zarówno przed carycą jak i kanclerzem. Zapomina przy tym o podstawowej zasadzie szpiega: nie ufać nikomu i nie wierzyć w przyjaźń możnych.

Spodziewalam się, że Katarzyna Wielka. Gra o władzę jest książką opowiadająca o dziejach Katarzyny już za czasów jej panowania. Tymczasem autorka skupia się na młodzieńczych latach przyszłej carycy. Ukazuje nam dwór Elżbiety, dwór, który uwielbia się bawić, a jednocześnie pokornie modli się do świętych ikon. Gdzie łatwo jest zostać wyniesionym, ale jeszcze szybciej można upaść na samo dno. Gdzie caryca wydaje za mąż swoje dworki i służące tylko dlatego, że przestały być jej potrzebne lub po prostu dlatego, że ma ochotę potańczyć w chłopskiej sukmanie na ich weselu. Nie liczą się dla niej ludzie i przed ołtarzem stają dwie, obce dla siebie, osoby.

Katarzyna wydaje się być w tym wszystkim często nieobecna. Odesłana na wieś, leżąca w połogu, poniżana przez kochankę męża. Jest tylko pionkiem w pałacowej grze. Autorka sprawia, że momentami czytelnik czuje dla niej współczucie. Szczególnie, że z kartek książki wychodzi do nas nieporadna dziewczynka, która pragnie akceptacji.

To co przede wszystkim rzuca się w oczy podczas lektury to ogromne poczucie samotności, opuszczenia i strachu, które towarzyszy wszystkim bohaterom niezależnie od tego jakie miejsce w pałacowej hierarchii zajmują. Pod tym względem książka jest przytłaczająca i ponura, szczególnie wtedy kiedy uświadomimy sobie, że te aspekty nie stanowią jedynie fantazji autorki.

Ostatnio dość rzadko sięgałam po powieści historyczne. Potrzebowałam od nich wytchnienia. Katarzyna Wielka sprawiła, że znowu do nich wróciłam. Książka wciągnęła mnie już pierwszymi stronami i utrzymała w napięciu aż do końca. Czułam chłód ciągnący od Newy i oglądałam wraz z cesarzową Elżbietą kolejne plany przebudowy Pałacu Zimowego. Przez te dwa dni, które poświęciłam na lekturę, miałam wrażenie, że jestem częścią tego świata.

Przez cały czas lektury nie mogłam tylko zrozumieć jednego: skąd wziął się tytuł powieści?. W końcu Katarzyna nie była najważniejszą postacią, a Gra o władzę w jej wydaniu to ledwie kilkanaście (może kilkadziesiąt) stron. Rozwiązanie zagadki przyniosła strona autorki. W Kanadzie, gdzie Ewa Stachniak mieszka i pracuje, ukazała się ona jako The Winter Palace co, według mnie, jest zdecydowanie bardziej adekwatnym tytułem. Katarzyna Wielka to czwarta powieść w dorobku autorki. Wszystkie wcześniejsze również zostały poświęcone kobietom: Zofii Potockiej, Delfinie Potockiej, Elizie Krasińskiej. Sama autorka uważa, że pisze o historii Polski widzianej oczami przybysza z zewnątrz, a w związku z tym, że jej powieści ukazują się w Kanadzie muszą być zrozumiałe dla czytelnika nic o tej historii nie wiedzącego. Dlatego nie ma tam niuansów dotyczących np. naszej dawnej polityki. Obecnie Ewa Stachniak pracuje nad kontynuacją Katarzyny Wielkiej.

Jeżeli nie straszne Wam są prawdziwe rosyjskie zimy i intrygi, w których można stracić głowę to zdecydowanie powinniście po Katarzynę Wielką. Gra o władzę sięgnąć.

wtorek, 1 października 2013

Muza reżyserów. "Wyższe sfery. Życie Grace Kelly"

Rzadko się trafia, żeby autor biografii był jednocześnie przyjacielem osoby, o której pisze. Szczególnie gdy jest to postać tak nietuzinkowa i broniąca swojej prywatności jak było to w przypadku Grace Kelly.

Od śmierci aktorki do powstania książki Wyższe sfery. Życie Grace Kelly upłynęło ponad ćwierć wieku. Zresztą takie było życzenie księżnej. Uważała, że jest zbyt młoda by pracować nad własną biografią i jej napisanie złożyła w ręce Donalda Spoto. Zaznaczając przy tym, żeby wstrzymał się 25 lat zanim zasiądzie do pisania. W efekcie powstała publikacja pełna ciepłych wspomnień i nostalgii.

Autor skupia się głównie na tym etapie życia Grace, kiedy odnosiła ona ogromne zawodowe sukcesy. Nie pomija jednak jej dzieciństwa spędzonego w bogatej, uprzywilejowanej rodzinie. Ze zdziwieniem czytałam, że pośród krewnych, dla których sport był wręcz religią, aktorka traktowana była jak czarna owca, po której nie można spodziewać się zbyt wiele. Podziwiałam ogromną siłę woli, która już w tym czasie ukształtowała się w aktorce, i która pomagała jej realizować marzenia.

Grace Kelly, którą spotykamy na kartach książki Donalda Spoto nie jest hollywoodzką gwiazdką. Ona wręcz nie lubi Hollywood i kiedy tylko może ucieka z Los Angeles do Nowego Jorku, gdzie występuje na scenach teatralnych. Zaskoczyło mnie, że pomimo ogromnej kariery jaką udało się zrobić aktorce pozostała ona dalej normalną, nieśmiałą dziewczyną.

Donald Spoto nie boi się pisać o romansach Grace Kelly. Wspomina o mężczyznach, z którymi się wiązała i miłostkach, które przeżywała. Za to z dużą powściągliwością autor opisuje związek z księciem Monako. Miałam wrażenie, że za wszelką cenę stara się on chronić prywatność dzieci swojej przyjaciółki. Czasy po porzuceniu przez Grace aktorstwa są wspominane dość lakonicznie. Spoto skupia się na jej działalności oficjalnej niewiele pisząc o życiu rodzinnym. I tak jak z jednej strony miałam poczucie niezaspokojonej ciekawości, tak z drugiej doceniłam biografa, który potrafił znaleźć złoty środek pomiędzy pisaniem o księżnej, a wywlekaniem jej życia prywatnego na widok publiczny. Czuło się, że Spoto wie, które aspekty były dla niej ważne i powinny pozostać czymś osobistym.


Ta dysproporcja widoczna jest doskonale w wyborze fotografii, o które wzbogacona została książka. Są to głównie zdjęcia z filmów czy premier, nie ma zaś takich, które pochodziłyby z rodzinnego albumu.

Zaskoczyła mnie w tej książce właśnie ta "elegancja", która sprawia, że czytelnik nie czuje się jak podglądacz, ale jak mile widziany gość, któremu chce się opowiedzieć o sobie trochę więcej. Zdecydowanie tym Donald Spoto zdobył moje uznanie. Szczególnie, że Wyższe sfery powstawały już w czasach kiedy ostatnie granice przyzwoitości zostały przekroczone.

Muszę jeszcze wspomnieć, że Wyższe sfery to nie tylko książka poświęcona życiu i twórczości Grace Kelly, ale także doskonałe świadectwo rodzenia się potęgi Hollywood.

Spod pióra Donalda Spoto wyszło wiele biografii. Pisał on m.in. o życiu Audrey Hepburn, Marilyn Monroe czy Alfreda Hitchcocka. Na swoim koncie ma on 27 książek poświęconych wielkim osobowością. Jeżeli wszystkie są tak wciągające jak Wyższe sfery to będę mieć lekturę na wiele wieczorów. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat






Książkę zgłaszam do wyzwania: Nie tylko literatura piękna

niedziela, 29 września 2013

W blasku fleszy. "Miłość: instrukcja obsługi"

Kiedy spotkają się "przeciętna" kobieta marząca o sławie i miłości oraz sławny mężczyzna tęskniący za spokojem i anonimowością muszą iść iskry.

Amy pracuje jako asystentka stylistki w Vogue. Może brzmi to dumnie, ale jej praca ogranicza się do prasowania ubrań i upinania ich na modelkach. Amy pragnie znaleźć mężczyznę idealnego. Kiedy trafia na Orlanda wydaje jej się, że w końcu znalazła swojego księcia z bajki. Problem jest jeden: Orlando to sławny aktor i bożyszcze wszystkich kobiet (niezależnie od ich wieku) zamieszkujących Wielką Brytanię. Amy jednak wcale nie jest zrażona tym faktem. Już widzi siebie na czerwonych dywanach, rozkwitającą w blasku reflektorów. Orlando ma jednak inne plany. Za wszelką cenę chce ochronić swoją prywatność i nie rzucać Amy na pożarcie paparazzim. Kiedy więc rewelacje z ich wakacji trafiają na pierwsze strony gazet traci cierpliwość do dziewczyny.

Powiem szczerze: Amy mnie irytowała. Robiła wrażenie wiecznej dziewczynki, która jeszcze nie dojrzała do myślenia o kimś innym niż o sobie. Rozpętuje lawinę wydarzeń, a potem jest zdziwiona kiedy zostaje przez nią zmieciona. Brakuje jej czasami tego uroczego "zakręcenia" jakie zazwyczaj prezentują sobą bohaterki tego typu powieści. Na szczęście tylko czasami.

Okładka Miłość: instrukcja obsługi kusi czytelnika (choć zapewne czytelniczkę bardziej) trzema słowami. Zabawne. Seksowne. Optymistyczne. I rzeczywiście ani przez chwilę nie czułam się oszukana. Wszystkie te cechy znajdziemy w powieści. Jest ona typowym poprawiaczem humoru z wielką miłością i seksem w tle. Chociaż zaskakujący dla czytającego może być fakt, że Amy mieszka z prawdziwymi "potworami", które starają się ze wszystkich sił uprzykrzyć jej życie. 

Clare Naylor wykorzystała znane nam już schematy postaci: szalona najlepsza przyjaciółka; ktoś starszy, kto doradzi iść za uczuciami itd.

Mam wrażenie, że ostatnio czytam zbyt dużo książek z tego gatunku. Trudno już jest mnie wprawić w zachwyt i zaskoczyć. I może dlatego Miłość: instrukcja obsługi jawi mi się jedynie jako przyzwoita powieść. Do ideału rzeczywiście trochę jej brakuje, ale przyciąga uwagę i bawi, a to chyba jej główne zadania. Także myślę, że na nadchodzące pochmurne dni będzie jak znalazł.

Książkę zgłaszam do wyzwania: Z literą w tle