niedziela, 20 kwietnia 2014

Rodzina w cieniu śmierci. "Dom nad jeziorem smutku"

Co się stanie kiedy życie całej rodziny zostanie zdominowane przez jedno, tragiczne wydarzenie? Czy nagłe odejście najbliższych to coś, po czym można wrócić do normalnego życia? Takie pytania stawia przed czytelnikiem Marilynne Robinson, a odpowiedzi, których na nie udziela mogą nie przypaść do gustu.

Finferbone to mała mieścina na zachodzie Stanów Zjednoczonych. Zapewne byłaby ona jednym z wielu sennych miasteczek, gdyby nie tragedia, która miała tam miejsce. Lata wcześniej przejeżdżający przez nie pociąg zjechał z mostu do jeziora. Uratowały się jedynie dwie osoby. Reszty pasażerów nigdy nie odnaleziono. Jedną z ofiar był mieszkaniec Fingerbone: Edmund Foster. Pozostawił on żonę i trzy córki, zaś jego zniknięcie stało się początkiem rozpadu rodziny. 

źródło
Lata później, jedna z nich, Helen wraca do rodzinnego domu. Ze sobą przywozi dwie córeczki. Zostawia je u babci, a następnie zjeżdża samochodem do jeziora. Od tego momentu Ruth i Lucille trafiają pod opiekę różnych członków rodziny. Najpierw babci, później sióstr dziadka, a następnie siostry swojej matki Sylvie. Przybycie tej ostatniej miało być dla dziewczynek szansą na nowe życie jednak Sylvie nie jest taką zwyczajną ciotką. Od lat prowadzi życie włóczęgi, podróżując z jednego końca kraju na drugi. Swoje przyzwyczajenia i dziwactwa przynosi ona ze sobą do niedużego domku w Fingerbone. Powoduje tym nie tylko rozłam między siostrami, ale także silną reakcję mieszkańców.

Dom nad jeziorem smutku to książka bardzo melancholijna, pełna rozgoryczenia i rozczarowania światem, a także tęsknoty za szczęśliwym życiem. Przez cały czas miałam ogromną nadzieję, że tej nietypowej rodzinie uda się poukładać swoje emocje i stworzyć dom. Tak naprawdę, dość zapewne naiwnie, wierzyłam w to prawie do samego końca. Jednak Robinson ma dla nas inne zakończenie. Takie, które zmusza do refleksji. 

źródło
W ogóle jest to książka dość nietypowa. Dialogi, które się w niej znajdują można policzyć na palcach. Dla mnie było to spore zaskoczenie, ale jednocześnie doskonale wpisywało się w atmosferę powieści. Dom nad jeziorem smutku to historia opowiadana nam przez Ruth. Opowiadana z perspektywy czasu. Czytają miałam wrażenie, że trzymam w ręku jej wspomnienia spisane wiele lat później. To wrażenie potęgował jeszcze, wspomniany wcześniej, brak dialogów. Budził on uczucie, że oto Ruth chce się podzielić ze mną swoim życiem. Nie pamięta co kto powiedział, ale pamięta wydarzenia i swoje uczucia i reakcje.

Jeżeli spodziewacie się lekkiej i przyjemnej książki obyczajowej to sięganie po Dom nad jeziorem smutku niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Ta powieść potrzebuje czasu i uwagi czytelnika. Wtedy możemy się w nią zatopić.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu M


 Książkę zgłaszam do wyzwań: Historia z trupem, Klucznik

wtorek, 15 kwietnia 2014

Imperium stylu. "Prada. Obyczajowy fenomen"

Zaskoczyła mnie ta książka. Spodziewałam się biografii Prady (szczególnie, że we wstępie Giani Luigi Paracchini pisze o swojej znajomości z projektantką), a tak naprawdę dostałam historię jej firmy. Dlatego też trudno było mi porzucić moje oczekiwania i oddać się lekturze. Szczególnie, że do najłatwiejszych się ona nie zalicza.

Wydawało mi się, że Prada, jako marka, istnieje "od zawsze", podczas gdy odzież ich projektu zaczęła powstawać dopiero po 1978 r., kiedy to rodzinny biznes przejęła Miuccia Prada. Do tego momentu jedynym wyrobem firmy były torebki, walizki itd. Nowe oblicze marka zawdzięcza nie tylko samej Miucci, ale też jej wspólnikowi i mężowi: Patrizio Bertellemu. Ich spotkanie w 1977 r. zapoczątkowało nowy rozdział w historii Prady i doprowadziło do ogromnego rozwoju firmy.

Prada. Obyczajowy fenomen pozwala nam przyjrzeć się różnym gałęziom tego, ogromnego w obecnej chwili, przedsiębiorstwa. Autor opowiada nam o liniach, które powstają jako odpowiedź na potrzeby ciągle zmieniającego się społeczeństwa, o wykupywanych przez Pradę firmach czy też wspieranych przez nią artystach.

źródło
Tak naprawdę jedyne czego w tej książce jest mało to sama Miuccia Prada. Momentami ona w ogóle ginie, staje się tłem, symbolem. Zarówno Pradzie, jak i Bartellemu Paracchini poświęcił po jednym rozdziale. Niedużo, szczególnie biorąc pod uwagę, że dwa razy tyle zostało przeznaczone na opisanie startów jachtu Prady: Luna Rossa w regatach o Puchar Ameryki. Zdecydowanie nie były to ciekawe dla mnie rozdziały, a w ilości osób jakie brały udział w tych wydarzeniach, zginęłam od razu.

źródło
Poza tym książka porusza wiele wątków, których się po niej nie spodziewałam. To, że autor pisze o zmieniającym się stylu, kreacjach Prady, ubiorze samej Miucci było dla mnie wręcz oczywiste. Za to ciekawym zaskoczeniem były dla mnie informacje o artystach wziętych przez firmę pod skrzydła czy o nowatorskiej architekturze jej salonów. Przyznam, że czytałam o tym z wielkim zainteresowaniem. Dodatkowym bonusem zaś była wkładka z kolorowymi zdjęciami, która pokazuje ubiory Prady na przestrzeni lat. 

Jeżeli więc spodziewacie się biografii sławnego projektanta, to, tak jak ja, zostaniecie zaskoczeni i trochę rozczarowani. Jeżeli jednak macie ochotę zajrzeć za kulisy wielkiego modowego przedsiębiorstwa to Prada. Obyczajowy fenomen będzie dla Was książką idealną.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję: Grupie Wydawniczej Publicat


Książkę zgłaszam do wyzwań: Od A do Z, Grunt to okładka

czwartek, 10 kwietnia 2014

Z głową w słoju. "Krytyka zbrodniczego rozumu"

Miało być ambitniej, miałam odejść od prostych i nierozwijających lektur i co? I staruszek spotkany w kolejce w szpitalu nakrzyczał na mnie, że marnuję czas na kryminały. A mogłabym po coś lepszego sięgnąć!

Na szczęście pan miał rację tylko w pewnym stopniu, gdyż Krytyka zbrodniczego rozumu to książka, która łączy dwa moje ulubione gatunki: powieść historyczną i kryminał.

Jest rok 1804. W Królewcu dochodzi do kolejnej okrutnej zbrodni. Miasto w zabójstwach widzi rękę diabła. Na mieszkańców padł trach, a prokurator nie radzi sobie ze śledztwem. Młody sędzia, Hanno Stiffeniis, dostaje rozkaz porzucić swoje małe miasteczko i przybyć do Królewca aby rozwiązać zagadkę. Nie spodziewa się, że pomysłodawcą jego zawezwania jest sam Immanuel Kant, jego dawny mentor. Słynny filozof jest już człowiekiem w podeszłym wieku i schorowanym, ale dalej wybitnym i nietuzinkowym. Otwiera on przed Hanno nowe możliwości prowadzenia dochodzenia i zapoznaje go ze swoimi metodami docierania do wiedzy.

źródło
Krytyka zbrodniczego rozumu to, pod pewnymi względami, bardzo klasyczny kryminał. Hanno ma podejrzanego, na którego wskazuje wiele rzeczy i który przyznaje się do winy, ale okazuje się on być niewinnym. Ma kolejnego- to samo. W końcu, za trzecim razem trafia i rozwiązuje zagadkę. Po drodze oczywiście spotyka niewiastę w opałach i łotra o dobrym sercu, giną świadkowie, a kolejne poszlaki jedynie gmatwają sprawę. Tylko że wszystko to jest strasznie przewidywalne. 

Rozwiązanie zagadki dostajemy już na początku. Autor zdradza nam je prawie bezpośrednio. Dodatkowo wyraźnie rzuca się w oczy, że żaden z podejrzanych nie może być winny więc i napięcie przy lekturze jest mierne. Choć był moment, który mnie poruszył, ale nie dlatego że Gregorio skonstruował ekscytującą scenę, ale dlatego że zastanawiałam się czy Hanno po raz kolejny da się wyprowadzić na manowce i oskarży niewinną osobę, czy jednak przejrzy na oczy. Sam bohater również nie jest najmocniejszą stroną tej powieści. Jest trochę taką ciepłą kluchą. W jednej chwili krzyczy na podejrzanego, w drugiej ma wyrzuty sumienia, że sprawił mu przykrość.

źródło
Za to Krytyka zbrodniczego rozumu, jako powieść historyczna, przypadła mi do gustu. Autor ukazuje Królewiec początków XIX w. Miasto, które jest sparaliżowane strachem i praktycznie zamarło. Ale również miasto rozpolitykowane. Po kątach knują stronnicy Bonapartego, ludność czeka na informacje o wojnie, która wisi w powietrzu, zaś w twierdzy przygotowywane są kolejne wywózki na Syberię. Co prawda spodziewałam się, że większą rolę odegra w powieści filozofia Kanta, ale przedstawienie go jako twórcy nowoczesnej kryminalistyki zdecydowanie rekompensowało te braki i stawiało Kanta w roli nauczyciela- mentora. Ja z zaciekawieniem czytałam o jego poglądach, z kolei Hanno, który relacjonuje dla nas cały przebieg śledztwa, czasami ma dość faktu, że filozof wydaje się wiedzieć wszystko. Szczególnie że Kant wykorzystuje demony przeszłości jakie ścigają prokuratora.

Irytowała mnie niekonsekwencja autora (lub też tłumacza). Jak pisałam, akcja dzieje się w Królewcu, ale już port znajduje się w Pilau a nie Piławie, a bohaterowie jechali na Elbing a nie Elbląg. Przy tym jednocześnie rozmawiają oni np. o Gdańsku a nie Danzing. Gryzło mnie to strasznie. W końcu nie można mieć wszystkiego; albo rybki albo akwarium. Tłumacz (zwalmy na niego) mógłby wybrać jedną formę i trzymać się jej przez całą powieść. W ogóle w tej książce takich kwiatków jest więcej. Osobę, która czytała ją przede mną bardzo zirytowały (rozbawiły?) wiadomości geograficzne. Mianowicie, według autora, w porze odpływu statki osiadają na mieliźnie, a morze się cofa odsłaniając plażę. I cały czas mówimy o Królewcu i Bałtyku... Mam nadzieję, że warstwa historyczna została przez Gregorio lepiej przemyślana i dokładniej sprawdzona.

Wbrew temu co napisałam Krytyka zbrodniczego rozumu nie jest książką złą. Owszem akcja nie porywa, ale sam pomysł był ciekawy. Na tyle, że zapowiadany jest ciąg dalszy przygód Hanno.

Książkę zgłaszam do wyzwań: Klucznik, Historia z trupem

piątek, 4 kwietnia 2014

Kolejne podsumowanie wyzwania

Jakoś trudno było mi się zabrać do napisania tych kilku zdań. Dlatego nie było ich z początkiem nowego miesiąca. Ale już nadrabiam.

Zaczęliśmy kwiecień, a więc czas na kwartalne podsumowanie naszego wyzwania. Jak zwykle pozwolę sobie uczynić to w punktach.
  •  Do wyzwania zgłosiło się 20 osób, ale niestety tylko 14 z nich przeczytało choć jedną nie-piękną książkę. Tym 14 gratuluję i dziękuję, resztę nawołuję do poprawy.
  • W sumie przeczytaliśmy 71 książek, ale zdecydowana większość z tej liczby przypada na dwie osoby: Agatę CM, która z 21 recenzjami o nos wyprzedziła Paulę, która ma na koncie recenzji 19. Jestem pod wrażeniem obu wyników. Gratuluję!
  • Tym razem gatunki i autorzy byli tak różnorodni, że nic nie wybiło się specjalnie na prowadzenie. 
I to by chyba było na tyle. Pozostaje mi jedynie życzyć Wam miłego czytania :)

czwartek, 27 marca 2014

Przesadziłam z odmóżdżaniem. "Oszaleć z miłości"

Zauważyliście zapewne, że ostatnio często sięgam po babską literaturę. To efekt godzin spędzanych w lekarskiej poczekalni i faktu, że w tak niesprzyjającym środowisku, łatwiej czyta się jednak książki niezbyt skomplikowane. Tym razem jednak przesadziłam.

Birdie, bogata dziedziczka fortuny wyrosłej na hotelach i polach golfowych zakochała się w przystojnym aktorze, Deanie. A jako że zawsze zdobywa ona to, czego pragnie, za cel stawia sobie poderwanie go. Niestety Birdie jest znana z dwóch rzeczy: tego, że jest znana i absolutnego braku stylu (jej dziadek dołożyłby do tej listy głupotę, zaś asystentka zdzirowatość, ale o tym nie mówi się publicznie). Motywacja dziewczyny jest tak wielka, "przypadkiem" wjeżdża ona (kilkukrotnie) w samochód Deana. Może nie jest to najlepszy sposób zawierania znajomości, ale idący za radą swojego agenta chłopak, decyduje się na kilka randek. Birdie jest przekonana, że znalazła miłość. Zerwanie jest dla niej ogromnym zaskoczeniem i ciosem. Postanawia ratować swój związek.

źródło
Jej pomysły są, łagodnie mówiąc, nierozsądne. Zaś ich eskalacją zlecenie porwania samej siebie przypadkowo poznanemu "specjaliście". Splot wypadków prowadzi do tego, że grup porywaczy jest więcej niż jedna, a galimatias sprawia, że doskonały plan okazuje się mieć wady. 

Do tego momentu miałam serdecznie dość Birdie. Jest ona jedną z tych bohaterek, których bardzo nie chciałabym spotkać w realnym życiu. Skrajnie egoistyczna osoba pod wpływem szoku ulega przemianie. Niby banał i szczyt naiwności, ale od tego momentu książkę czyta się zdecydowanie lepiej. I nie dlatego, że bohaterka robi się bardziej pozytywna, ale przede wszystkim dlatego, że fabuła wychodzi poza schemat "kocham Deana, zrobię wszystko by z nim być". Ośmielę się nawet stwierdzi, że Birdie zaczęła myśleć.

źródło
Czytając Oszaleć z miłości miałam ciągle przed oczami taką, stereotypową, bogatą "blondynkę" z amerykańskich, nieambitnych komedii. I właśnie, taka jak te komedie, jest ta książka. Niby zabawna, ale jak bohater nie przypadnie do gustu to całość raczej irytuje niż śmieszy. Mnie, niestety, Birdie irytowała. Szczególnie, że Manby bardzo usilnie się starał żeby nie wzbudziła ona ani jednego ciepłego uczucia. Do wszystkich wymienianych wcześniej przez mnie "zalet" bohaterki należy dorzucić jeszcze jej absolutnie okropne stroje (pieczołowicie opisywane przez autora), a także naiwność i brak stylu. Wszystko to sprawia, że nie czuję się zachęcona do sięgnięcia po kolejne powieści Chris Manby. Za to po takiej ilości "odmóżdżaczy" nie mogę się jakiejś "cięższej" książki doczekać. Oszaleć z miłości przeważyło szalę. 

Książkę zgłaszam do wyzwań: Grunt to okładka, Od A do Z

wtorek, 25 marca 2014

Magazyn modowy. "Letni staż"

Na pewno czasem macie tak, że sięgając po kolejną książkę odkrywacie, że: "to już było". Z innymi bohaterami, w innym miejscu i pod inną okładką. Takie właśnie refleksje nawiedzały mnie podczas czytania Letniego stażu. Książki, która swoją drogą, wyszła spod pióra lubianych przeze mnie: Carrie Karasyov i Jill Kargman.

Kira, zainteresowana modą dziewczyna, trafia na staż do jednego z najbardziej poczytnych czasopism na jej temat. Jej pragnieniem jest dostać się pod skrzydła, budzącej grozę, redaktor naczelnej. Jednak miejsce to jest z góry zarezerwowane dla Daphne- córki właściciela pisma, przywódczyni kliki "popularnych", istoty uważającej się za centrum wszechświata i niezainteresowanej pracą. Zignorowałaby ona Kirę gdyby nie to, że pomiędzy dziewczyną i chłopakiem Daphne zaczęła rodzić się przyjaźń. A że wrogów należy trzymać jak najbliżej...

Jeżeli czytaliście Diabeł ubiera się u Prady i oglądaliście Wredne dziewczyny (lub inny z tego typu filmów) to niewiele Was w tej książce zaskoczy. No może wyjątkiem będzie, pojawiający się znikąd, Matt- wielbiciel Kiry. Poza tym jest dość schematycznie: szefowa, której wszyscy się boją; klika bogatych dziewczyn, które rządzą wszystkimi; przystojniak, w którym kocha się bohaterka, a wszystko to w świecie pięknych i bogatych, gdzie podstawowym obowiązkiem jest bywanie na imprezach i udzielanie się towarzysko.

źródło
Jednak było też w tej książce kilka rzeczy zaskakujących. Tutaj na plan pierwszy wybijał się zdrowy rozsądek Kiry, które nie rzuciła się na oślep w nowe życie, ale przygląda mu się krytycznie i ocenia je. Może autorki chciały w ten sposób pokazać swoim (zazwyczaj bardzo młodym czytelniczkom) dobrą drogę? Nietypowi mieli być również, w zamyśle pisarek, współlokatorzy dziewczyny, ale tutaj trochę im nie wyszło.

Letni staż to nie jest książką, o której dałoby się wiele napisać. Zdecydowanie jest to lektura na odprężenie, skierowana raczej do młodszego odbiorcy. Sądzę, że gdybym była w wieku bohaterów, czyli miała te 18- 19 lat, to lektura zainteresowałaby mnie dużo bardziej. Jako że mam troszkę więcej i podobnych książek przeczytałam już całkiem sporo, to Letni staż nie wywarł na mnie zbyt dużego wrażenia. Owszem, przyjemna powieść, którą czytało się szybko i równie szybko się o niej zapomni. 

To co utkwi mi w pamięci na dużej to definicja "hipstera" zamieszczona w książce. Mianowicie ma on być: zapalonym miłośnikiem jazzu; osobom zamiłowaną w rzeczach modnych i eleganckich, w nowościach.

Mimo wszystko, jeśli macie te 17-22 lata i nie czytaliście zbyt dużo książek tego typu, to Letni staż może przypaść Wam do gustu.

Książkę zgłaszam do wyzwania: Grunt to okładka

niedziela, 23 marca 2014

Nonna wkracza do akcji. "Kuchnia Franceski"

Spotykacie czasem książki, podczas lektury których macie wrażenie, że ktoś okrył Was ciepłym kocem, dał kubek z herbatą i sprawił, że wokół zapanował spokój? Dla mnie jedną z takich stała się właśnie Kuchnia Franceski.

Franceskę poznajemy w nietypowych okolicznościach. W samolocie. Jest przerażoną starszą panią, która wraca z wizyty u córki i wnuków. Boi się latać, więc w ręku trzyma różaniec i rodzinne zdjęcia. Wydaje się być krucha. Ten pogląd na jej temat zmieniłam dość szybko. Gdyż okazało się, że kiedy Franceska ma pod stopami ziemię jest wręcz nie do zdarcia. Mieszka w Nowej Anglii, z trójki dzieci w pobliżu zamieszkuje jedynie jej syn, czuje się samotna i strasznie się nudzi. I to właśnie nuda popchnęła ją do tego, żeby zostać nianią dla dwójki dzieci. Wychowywanych przez samotną matkę Lorettę: 9-letniego Willa i 12-letniej Penny.

Początki współpracy do najłatwiejszych nie należą. Dzieciom trudno jest zaakceptować fakt, że opiekuje się nimi starsza pani, zaś Franceska nie może się pogodzić z tym, że Lotta karmi rodzinę mrożonkami, a ona, nie chcąc być namolną, nie może nic ugotować. Zmienia się to z upływem czasu. 

źródło
Franceska staje się dla spragnionych uczucia dzieci wymarzoną babcią. Piecze ciasteczka, gotuje pyszne, włoskie dania, wysłuchuje zwierzeń, doradza, koi awantury. A przy tym jednocześnie jest osobą z charakterkiem. Ma nietypową umowę ze swoimi podopiecznymi: ona piecze pyszności, oni sprzątają pokoje/odkurzają/zmywają itd. Z dnia na dzień stają się dla siebie rodziną. Również dla Lotty jest ona kimś ważnym, kimś kto pomaga jej uporządkować życie.

Tytułowa bohaterka mnie zachwycała. Jej spowiedzi (i nieodłączna i niezmienna pokuta) poprawiały mi humor. Podobnie zresztą jak fakt, że zauważała rzeczy, których miała nie zauważyć i stwarzała przedziwne sytuacje. Zapewne życie z nią nie byłoby takie łatwe (możliwe wręcz, że byłoby bardzo trudne), ale czytając Kuchnię Franceski pozazdrościłam dzieciom takiej nonny.

źródło
Kuchnia Franceski jest jak włoska kuchnia: różnorodna. I bawi i smuci, skłania do zatrzymania się w biegu i odłożenia mrożonek z powrotem do zamrażalnika. Oczywiście nie jest to powieść, która zaskoczy zakończeniem. Tego czytelnik może domyślić się już po kilku stronach. Za to potrafi zadziwić sposobami, jakimi do tego zakończenia dotrzemy. 

Niejednokrotnie na blogu dawałam wyraz mojej miłości do Włoch i książek z gotowaniem w tle. Dlatego też nie mogłam przejść obojętnie wobec takiej pozycji. Jednak tych, którzy nie przepadają za książkami obracającymi się wokół jedzenia pragnę uspokoić: tutaj tego gotowania nie ma wiele. 

Jakiś czas temu natknęłam się na niepochlebną opinię o jednej z książek Petera Pezzeli. Mianowicie chodziło o Lekcje włoskiego. Była ona na tyle odstraszająca, że zrezygnowałam z lektury. Teraz cieszę się, że przypadkiem w moje ręce trafiła Kuchnia Franceski. I jestem zdecydowana sięgnąć po inne książki autorstwa Pezzelego. Lubię jak ktoś robi mi herbatę i otula kocem.